CINEMON – kierunek: raw pop

Kolejna miła wizytówka z miasta Krakowa. Działający od 2005 roku zespół Cinemon przeszedł już długą drogę, od rozbudowanych kompozycji aż do czystego rocka na drugim albumie „Perfect Ocean”, będącym dobrym pretekstem do poniższej rozmowy. Którą – mam nadzieję, że wbrew pesymistycznym wizjom muzyków – ktoś przeczyta i nie będzie to tzw. „wielofan”, tylko prawdziwy miłośnik soczystego neo – rocka a wspomniana płyta nie zginie we współczesnym, informacyjnym ADHD. Niniejszym zapraszam do lektury…

Ktoś kiedyś określił rock’n’rolla jako sztukę niepokorną. Co to dla Was, jako zespołu Cinemon oznacza?

Kuba Pałka: Sztuka ma to do siebie, że nie ma granic i nie można jej do końca zdefiniować ani określić. Każdy artysta jest trochę niepokorny wobec świata. Dla artysty ważny jest jego osobisty świat. I nie ma to nic wspólnego z przejawem egotyzmu, tylko wrażliwością na świat i np. na społeczeństwo. Rock’n’roll jest sztuką, którą można zaszufladkować, ale myślę, że bardzo ciężko okiełznać. Dowodem są różne przykłady tzw. gwiazd, które mianują się jako rock’n’rollowcy. A to wszystko przez muzykę. Daje dużo adrenaliny. Szczególnie rock. Artysta jest wolnym człowiekiem i teoretycznie może robić w swojej dziedzinie co mu się podoba.

Michał Wójcik: „Niepokorność” to zabawna sprawa, bo z jednej strony oczekuje się od rokendrolowca 100% nonkonformizmu, a z drugiej, jakoś trzeba z ludźmi żyć i czasem trzeba się dostosować. Kiedy jest to „czasem”? Nie mam pojęcia i ciągle nie trafiam. Mieliśmy krótką przygodę z mediami, która chyba definitywnie się zakończyła przez tę niepokorność. Usłyszałem, że fajnie gramy, ale z takim podejściem…Więc absolutnie nie wiem, czego ludzie oczekują od rokendrola. I szczerze mówiąc, mam to w dupie…

Traktujecie rocka – Cinemon – jako odskocznię od codzienności, czy jako cel? Chodzi o to, że w Polsce raczej mało zespołów decyduje się położyć wszystko na jedną szalę…

Kuba: Jako część życia. W tym momencie ciężko byłoby mi rzucić codzienność i zdecydować się tylko i wyłącznie na granie. Powód jest oczywisty. Nie ma co ukrywać, że chodzi o kasę. Jeżeli zespół nie jest na radiowych listach w top 5, można spokojnie delektować się codziennością. Osobiście nie uważam tego za życiową tragedię. Zagraliśmy całkiem sporo koncertów i będziemy nadal je grać. Spotykamy się na próbach a ja prywatnie staram się codziennie grać na instrumencie z lepszym lub gorszym skutkiem. Poza tym mamy skromną, ale mamy! – grupkę fanów, których nie interesuje to czym się zajmujemy. Ważne, żebyśmy im podrzucali dobre numery i żebyśmy od czasu do czasu przyjechali na koncert. Oczywiście, życie z muzyki to marzenie każdego artysty. I nie mówię tu o łapaniu każdej chałturki na mieście tylko o homarze i brandy na backstage’u. Ale na to czasami trzeba poczekać, mając dość twardą dupę. Istotne jest to co jest tu i teraz . Na marzeniach czasami można nieźle popłynąć.

Michał: Dla mnie nie jest to już hobby, ale nie jest to jeszcze etat. Ilość pracy jest ogromna, ale nie ma wypłaty. Paradoksalnie, powoduje to, że tu wszystko jest „czyste”. Nie gramy dla kasy, bo tej kasy po prostu tam nie ma. Jeśli coś robimy, to po to, że chcemy to zrobić, a nie dlatego że inaczej pozdychamy z głodu. Zarabiamy czym innym, więc nie mamy ciśnienia. Innego niż wewnętrzne. Które i tak potrafi być zbyt duże.

kierunek: raw pop

kierunek: raw pop

Skoro o marzeniach mowa – jak wyobrażacie sobie Wasz zespół za parę lat?

Michał: Marzy mi się, dwukropek: nagrać kolejną płytę, pojechać w kolejną trasę. Chciałbym byśmy mieli za sobą małą, ale pewną publiczność, która pozwoli ten cykl utrzymać jak najdłużej. Chciałbym też byśmy nadal byli młodzi i przystojni, ale tu mogę mieć jedynie nadzieję na „mądrzejsi”.

Kuba: Myślę, że to nie koniec zabawy na muzycznym rynku. Jeszcze trochę pogramy i pomęczymy uszy słuchaczy (śmiech). Póki co, nie zanosi się na komercjalizację naszego materiału, więc w TV raczej prędko się nie pojawimy. Ale w tym przypadku akurat nie mogę być jasnowidzem. Nasza muzyka bardzo się zmieniła przez te kilka lat. Tak jak my dojrzewaliśmy muzycznie grając, tak ewoluowała nasza muzyka. Domyślam się, że przez następne kilka lat jeszcze sporo się zmieni po względem muzycznym. O ile nie damy sobie siana z tym wszystkim. Jedno mogę potwierdzić i przewidzieć. Zawsze będziemy grać w trio… no, przynajmniej na koncertach.

Właśnie, na stronie stoi, że jesteście duetem – czy faktycznie aktualnie taki jest skład, a jeśli tak, to dlaczego?

Michał: Czasem się coś rozlatuje i sam nie wiesz czemu. Najpierw rozleciało się z Karoliną, potem z Bartem, potem z Mariuszem, potem z Michałem, potem z Kubą. Po co mamy to komuś robić? Duet to efekt pogodzenia się z karmą. Nie musimy udawać, że jest nas trzech, skoro jest nas dwóch. Nie jest to wcale łatwe, zwłaszcza jak chce się robić piosenki a nie jakąś popieprzoną awangardę, dlatego na żywo (jeszcze) z basistą (-ami). Zobaczymy, jak długo…

Kuba: Jesteśmy tak humorzastym duetem, że żaden basista nie jest w stanie z nami wytrzymać (śmiech). Mieliśmy tak dużo basistów, że nie nadążyliśmy z sesjami zdjęciowymi, więc postawiliśmy na duet z dochodzącymi basistami koncertowymi. Różni basiści generują u nas różne koncerty, co jest dość odkrywczym dla nas doświadczeniem.

Kolejna sprawa, to odrobinę historii – jak się w Waszym przypadku wszystko zaczęło – przypadek, premedytacja, szybka akcja, czy mozolne budowanie zespołu?

Michał: Jak w każdym związku – wszystkiego po trochu. Najpierw jest jakiś impuls, bo po co w ogóle zakładać band jeśli nie na znak od Boga? Potem przypadkowo spotykasz kogoś, z kim żre to tak jak należy. Potem pojawiają się problemy i trzeba premedytacji i mozolnego budowania. Nie mam pojęcia co przychodzi potem. Nirwana?

Kuba: Przypadek – Przyjechałem do Krakowa szukać zespołu i wyszukałem Michała na necie, który szukał perkusisty. Premedytacja – Wtedy miałem największe ciśnienie na granie w swoim życiu. Szybka akcja – Po pierwszej próbie już wiedziałem, że coś z tego będzie. Nie mogłem się doczekać następnego poniedziałku. Mozolne budowanie zespołu – To akurat trwa cały czas. Czyli jednym słowem, każdy z tych punktów.cinemon-press-2013-photo-7-small

W pewnym sensie Cinemon wypływa nie na klasycznym, „polskim rocku”, ale raczej w kontekście neo-rockowej sceny z takimi tuzami jak chociażby The Black Keys. Możecie – jeśli jest to w/g Was możliwe – umiejscowić Cinemon na mapie współczesnej sceny rockowej?

Michał: Polskiego rocka, mam nadzieję, nie ma w naszej muzyce w ogóle. Wstyd mi strasznie, bo to nie-patriotyczne, ale nie lubię bardzo. Rozumiem, że Maanam czy Republika to legendy, ale muzycznie to w ogóle na mnie nie działa. Pisząc o nas wspominają Zeppelinów, Beatlesów, Hendriksa. Z obecnych BK, White’a, a nawet QOTSA. I myślę, że to jakiś dziwny miks tego wszystkiego – lubimy stare brzmienia, lubimy popowe piosenki, chcielibyśmy żeby łupało, ale nie bezmyślnie i nie cały czas. Wymyśliliśmy jakiś czas temu określenie na to, do czego chcemy dążyć: RAW POP. Może uda się na następnej płycie…

Kuba: I to jest dobre pytanie. Każdy widzi w naszej muzyce coś innego. A dokładnie – wpływy innych zespołów, których nawet czasami nie znam. Po ostatnim koncercie dowiedziałem się, że ktoś z nas na 100% słucha Gov’t Mule. A ja na to: „yyyyy”… Mówią, że trochę White Stripes, Quens’, Yes, Zep, grunge czy stoner. Tu wymieniłem akurat te znane. Ale trafiają się również nazwy dość egzotyczne. Pierwszy album, ep-ka „Three Days” oraz „Perfect Ocean” to trzy różne, muzyczne bieguny. Mało tego. Każda płyta zawiera w sobie zróżnicowane numery. Stąd delikatna dezorientacja wśród naszej publiczności. Kiedy mamy ochotę na sentymentalny numer to taki robimy. Kiedy chcemy przypierdolić, to wychodzi np. „Analog Man”. Nie ma ram i określonego miejsca. Chyba jesteśmy sobą po prostu.

CINEMON Perfect Ocean Jak dowiedziałem się podczas rozmowy z muzykami zespołu, na okładce nie ma oceanu a nasz swojski Bałtyk. I to jedyne rozczarowanie związane z tą płytą. Krakowskie trio, które jest w rzeczy samej duetem, nie musi udawać, że gra niczym zespół z Ameryki czy innej Anglii. Choć bez problemu prowokuje porównania ze słynnymi duetami,Perfect Ocean okładka których dzisiaj pojawia się całkiem sporo. Zatem i Cinemon brzmi tłusto niczym kwintet, wygląda rasowo niczym The Black Keys i ma sporo do powiedzenia. Określenie muzyki, z nowej, drugiej płyty Krakusów jako neo – rock czy rock garażowy jest tylko w części zasadne, choć na pewno droga ku prostocie, jaką zespół odbył z rejonów niemal progresywnych (debiutancki album) jest znacząca. Oszczędność formy nie ma jednak nic wspólnego z brakiem pomysłów, po prostu zespół dotarł do korzeni, gdzie odnalazł swoje prawdziwe, obecne oblicze. Myli się jednak ktoś, kto oczekuje prostoty formalnej – gitarzysta Michał Wójcik i dzielnie mu sekundujący pałker Kuba Pałka grają z takim nerwem i polotem, że niepotrzebne im długaśne improwizacje. Od pierwszych dźwięków słychać, że zamiast aranżacyjnych wygibasów bardzie skupiają się na wydobyciu ze swoich instrumentów TEGO brzmienia, które decyduje o charakterze muzyki. Bluesujący klimat, rockowy, świetny brud, surowe piosenki, które – o dziwo – posiadają fajny zadzior w postaci dobrych melodii. Nie, nie takich chamsko radiowych, ale wyraźnych, uderzających po kilku przesłuchaniach. Słychać w tym wszystkim duży talent, pewność i luz, który jest czynnikiem łączącym wszystkie numery. Skoro G. Wolf jakoś ostatnio przycichł, pozwolę sobie namaścić Cinemona na sukcesora formacji Wojtka Garwolińskiego. Nie jest sam szczyt, ale czuję, że jeśli będą się w takim tempie rozwijać i gdzieś po drodze nie zgubią mieritum, następna płyta konkretnie sponiewiera.

W muzyce Cinemon słychać pewne, klasyczne wątki bluesrockowe, szczególnie jeśli chodzi o sposób konstruowania elementów aranżacji. Czy taki trop w Waszym przypadku ma sens?

Michał: A propos Republiki – przeczytałem w jakiejś biografii, że mieli „zakaz” używania skal bluesowych. Ja z kolei mam chyba nakaz. Cokolwiek, co wychyla się poza „bluesowe” harmonie jest dla mnie strasznie nowoczesne i od razu wylatuje. Z drugiej strony nigdy nie odważyliśmy się zagrać „prawdziwego” bluesa, choć kilkukrotnie robiliśmy przymiarki. Przecież to obrzydliwe! I między tymi skrajnościami próbujemy się gdzieś odnaleźć. Jest to o tyle trudne, że mamy dość szerokie horyzonty. Zwłaszcza Kuba – od śmierć metalu do, nie wiem, Michała Bajora. Mi się marzy robienie ciężkiej muzy i/lub elektroniki. Jednak, jeśli trzeba wybierać – a trzeba, bo czasu na życie nie ma – to wybieram… no. Cinemon.

Kuba: Dotychczas sprawdzało się to wybornie, więc po co rezygnować. Wybieramy między dobrem a złem. Czyli czymś co nam najbardziej leży. Mamy pewien przepis na schemacik (śmiech). Ale szczerze? Nie słyszę w Cinemon bluesa.

W dzisiejszych czasach, kiedy muzyka rockowa stała się – na szczęście – czymś oczywistym, coraz trudniej zaistnieć na rynku, przebić się itp. Myślicie, że forma kariery w 2014 roku zmieniła się? Co to słowo dla Was oznacza?

Michał: „Kariera” dla mnie oznacza to, że ktoś chce z nami zrobić wywiad. Z kolei „kariera w 2014” oznacza, że prawie nikt tego wywiadu nie przeczyta. Jest ogromna nadpodaż muzyki, totalne informacyjne ADHD. Skutek jest taki, że nie ma już die-hard fanów. Są „wielofani” – słuchają po trochu wszystkiego, ale za nic nie dadzą się pokroić. Ach, chciałbym, żeby ktoś dał się za nas pokroić!

Kuba: Dziś w znacznym stopniu muzyką steruje Internet. Mówią, że zespoły w latach 90-tych miały łatwiej. Nie jest to prawdą. Nie było Internetu, który teraz daje tyle możliwości. Paradoks. Każde czasy mają swoją zaletę oraz swoją wadę. Albo trzeba się dostosować, albo z tym walczyć. Pozostaje to pierwsze. Kariera to całe życie a nie tylko jeden rok. To rzecz, którą się pielęgnuje i zdobywa przez doświadczenie. Zdobywanie kariery to raczej nieograniczony stan i nie ma jednoznacznego stwierdzenia czy to już, czy jeszcze nie.

Kilka słów na temat Waszego debiutu – zazwyczaj zespoły mają dużo zastrzeżeń do swoich starych płyt – jak Wy podchodzicie do tych nagrań. Jeśli moglibyście coś zmienić – co by to było??

Michał: Kilka numerów na pierwszym albumie jest naprawdę niezłych – nie mam pojęcia jakim cudem je zrobiliśmy, bo przerastają mnie nawet teraz: Szóstka i solo w tym numerze – co ja tam u licha grałem? Jeśli kiedyś odważymy się ją zagrać na żywo, wtedy poprawimy niedoskonałości. O ile w ogóle uda nam się ogarnąć te numery. Oczywiście, brzmieniowo jest jak jest – to moja pierwsza, własna produkcja, ale po latach znoszę to dzielnie i nie narzekam. Obadajcie Barbiturany!

Kuba: Uważam, że to majstersztyk w każdym calu. Osobiście nie jestem w stanie teraz tego grać, ale czasami wrzucam płytkę do odsłuchu i z jednej strony mam niezły ubaw a z drugiej jestem zachwycony konstrukcją i dokładnością tego albumu. Piękna rzecz. Szkoda tylko, że nie mieliśmy na stanie orkiestry symfonicznej (śmiech…).cinemon-press-2013-photo-3-small-kuba

Przez pewien czas występowaliście w składzie z pianistą – jak wspominacie ten czas? Uważacie, że klawisze to jednak nie jest dobry pomysł?

Michał: Paweł wyczyniał cuda. Ale wraz z uproszczeniem formuły, zniknęły też klawisze. Po transformacji w trio chcieliśmy by basista od czasu do czasu zagrał na Hammondzie jak w Wolfmother, ale nigdy nie starczyło woli walki. Za to dwa razy na koncertach akustycznych zagrał na pianinie i wyszło cudnie. Niestety, pianino ciężko się wozi. Wolę wozić swoje cztery gitary.

Kuba: Miło. Bardzo miło. Mimo wszystko muszę potwierdzić zadane pytanie – to był pianista. Oczywiście, z szacunkiem dla kolegi Pawła, bo to świetny muzyk. Rozstaliśmy się ponieważ poszukiwaliśmy czegoś nowego. Wyszło nam to na plus. Obudziliśmy w sobie drzemiący rock’n’roll. Po prostu zmieniliśmy profil muzyczny. Dziś nie zdecydowałbym się jednak na stałego klawiszowca. Może gościnnie na koncert. Czas pokaże. Trio to jednak trio. Koncerty mają swoją moc.

cinemon-press-2013-photo-5-smallPozostając jeszcze w przeszłości – zaskakujące jest to, że Wasza ewolucja jest w pewnym sensie uwstecznieniem, bo przecież na pewnym etapie graliście niemal… progresywnie. Regres to dobry kierunek?

Michał: Im mniej grasz, tym więcej o sobie mówisz. Zawsze imponowali mi singer-songwriterzy – nie wiem, czy odważyłbym się wyjść na scenę sam z gitarą. To cholernie intymne i trzeba mieć coś do powiedzenia, a nigdy nie jestem pewien, czy mam. Prostota to mniej warstw, za którymi możesz się schować, wystawiasz się na strzał. A potem piszą, że to zwykłe piosenki, albo że „nic nowego nie odkrywają”. Ej! Siebie odkrywamy i jest to wszystko co możemy kiedykolwiek osiągnąć w muzyce! Jeśli to nie jest dobry kierunek, to nie ma dla nas dobrego kierunku.

Kuba: Kiedyś słuchałem dużo rocka progresywnego i metalu. Dziś słucham wszystkiego. Dla mnie – niekoniecznie okiem perkusisty – nie granie progresywnego rocka jest progresem w muzyce. Tak trudno jest dziś zrobić prosty, dobry numer. To wszystko zależy od profilu zespołu. Zmieniliśmy styl nie po to, żeby się cofać tylko po to żeby się rozwijać. Na „Perfect Ocean” jest utwór „Ride”. Jeden uderzający puls przez ponad 4 minuty. Kiedyś nie zrobilibyśmy takiego numeru. Miałem obawy jak Michał mi to zagrał. Dziś słucham i gram to z wielką przyjemnością. Jestem bardziej utwierdzony w przekonaniu, że jednak piosenka to podstawa. Historia zatacza kręgi. To widać na każdym kroku.

Na koniec jeszcze jedna kwestia – dlaczego ocean na okładce i w tytule? Bo jest spokojny i wzburzony jednocześnie? To jakaś metafora? Organizm perfekcyjny?

Michał: To nie ocean. To Bałtyk. Ale cieszę się, że dałeś się nabrać, bo o to chodziło. Bardzo bym chciał zobaczyć kiedyś ocean, a póki co, jeżdżę co roku nad polskie morze i dokładnie o tym jest ta płyta. To dziwne, że niby upraszczamy i nie jest to rock progresywny, ale ta „koncepcyjność” została. Co prawda zupełnie przypadkiem i już po zrobieniu materiału, ale jednak. Okładka i tytuł spina fajnie klamrą wszystko co się działo wokół tej płyty. Niekoniecznie motyw „niespełnionego perfekcjonizmu” obecny jest w każdej sekundzie i w każdym dźwięku, ale generalne przesłanie jest właśnie takie. Ot, taka mała choroba, no, psychiczna.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu