CINEMON – Jesteśmy wariatami…

Rock nie umarł, wymaga tylko nieco więcej zachodu we współczesnym, pokręconym świecie. Rewolucji nie będzie, zgorszenia też nie. Tłumy na koncercie? Z tym bywa różnie. Ale to nic, liczy się duch i szczerość. A jeśli jeszcze jest w tym talent i samozaparcie, nie może się nie udać. I tak jest właśnie z krakowskim Cinemon. To rasowy, surowy, archetypiczny wręcz rock, grany z pasją i dogłębną znajomością tematu. Nowa płyta, w stosunku do młodszej o dwa lata koleżanki, jawi się jako jeszcze prostszy kawał szorstkiego napierania. Prostota jest w tym przypadku wykładnią tej muzyki, podkreśleniem najistotniejszego jej elementu, czyli gitarowego riffu. Przed wami Michał Wójcik (gitara, śpiew) i Kuba Pałka (bębny), w szczerej rozmowie o blaskach i cieniach rock’n’rolla…  

Na początek głupio i banalnie – co słychać w polskim rocku? Jest lepiej  niż jakiś czas temu, kiedy wydawaliście poprzednią płytę?











Michał: Ze wstydem przyznaję, że nie słucham zbyt wiele polskiej muzyki. Nie wiem więc co działo się w polskim rocku w okolicy Perfect Ocean, ani nie szczególnie wiem teraz. Widziałem kilka świetnych składów na Spring Break – Ted Nemeth, The Stubs czy Fertile Hump. Jednak chyba ciężko nazwać je polskim rockiem, bo ten pierwszy raczej bliżej alternatywy, a dwa ostatnie nie są zbyt polskie w charakterze. W kategorii „polski rock”, choć z zupełnie innej strony, wybił się chyba jedynie Organek.

Kuba: Lubię słuchać dużo muzyki więc trochę się orientuję. Od czasu Perfect Ocean sporo się zmieniło na rynku muzycznym. Dużo przyszło z zachodu. Pojawiło się dużo zespołów grających w brzmieniu „vintage”, ale przede wszystkim coraz więcej zespołów wprowadza elektronikę, widać to i słychać na każdym kroku. My nadal staramy się działać w trio i  wydaliśmy płytę w podobnym rockowym klimacie. Można powiedzieć, że Master of Second-guessing jest „rockową” kontynuacją „Perfect Ocean”. Ma zdecydowanie inny charakter muzyczny, ale nie wnosi niczego, co nie byłoby w naszym stylu.

Opowiedzcie coś o dotychczasowych koncertach promujących płytę. Jak było, co się wydarzyło i co14718603_10154208530984794_1154517293420721833_n będziecie opowiadać swoim dzieciom?











M: Nie jesteśmy super znanym zespołem, więc jadąc do nowego miasta nigdy nie wiemy co zastaniemy – jesteśmy na łasce czy niełasce lokalnego klubu i jego publiczności. Na szczęście, w większości miejsc jest fajnie, a czasem zdarza się absolutnie fantastycznie. Krakowska premiera udała się cudownie – dawno nie graliśmy tak długo i tak intensywnie. Świetnie było w Jaśle – moim rodzinnym mieście – choć musimy przyznać, że prośbom o wspólne granie szlagierów Dżemu po koncercie uległ tylko Filip. Super było w Rzeszowie, w niezawodnym Sieradzu – tam robią to ludzie, którzy zrobią dla muzyki wszystko. Awaria zdarzyła się w Stalowej Woli gdzie przyszła garstka ludzi… ale z drugiej strony prawie każdy kupił płytę, znali teksty, a dwie dziewczyny przyjechały na ten koncert z Lublina – takie rzeczy znaczą dla nas bardzo wiele. Jednak to, co w koncertach lubię najbardziej, to kiedy słyszę: widziałem was na youtubie i wahałem się czy przyjść, ale przyszedłem i koncert mnie rozjebał. Fajnie się spocić na scenie, a potem usłyszeć coś takiego.

K: Trasa to w ogóle stan umysłu. Jest trochę nerwów, trochę przyjemności, trochę szaleństwa i trochę choroby morskiej. Przebywanie z zespołem na wspólnych śniadaniach, koncertach i w samochodzie to coś co trzeba przeżyć. To zajebiste. Jest tak jak w grze Second Life. Żyjesz sobie normalnie, a tu nagle przenosisz się na cztery dni w inną rzeczywistość, która rządzi się swoimi prawami.

Czy trzymanie się konwencji i stawianie na stary dobry i sprawdzony rock jest waszym przepisem na sukces? Pytanie o tyle ważne, że patrząc na imponującą ilość koncertów trzeba się zastanowić – jak to się robi?










M: Przepis na sukces? Bez jaj (śmiech). Po prostu gramy, to na co mamy ochotę. Nie trzymamy się czegoś, bo tak trzeba, albo taki mamy „plan”. Przecież my tylko gramy. Spotykamy się i takie coś nam wychodzi. Z dobrymi i złymi tego konsekwencjami.

K: 
Każdy widzi sukces po swojemu. Lubimy grać koncerty i lubimy grać stary dobry sprawdzony rock. Trzeba wiedzieć czego się chce. Później trzeba to realizować. Cieszę się, że postrzegasz to. co robimy jako sukces. I mam nadzieję, że nie jesteś jedyny, a chyba nie jesteś, bo jednak ktoś przychodzi na koncerty i kupuje nasze płyty. Nie jest to jakaś szalona ilość ludzi, ale za to są to wyjątkowi ludzie… 









 I chyba w tym właśnie leży indywidualny sukces.

Moje zdziwienie wynika z faktu, że dość ciężko w tej zapchanej koncertami i zespołami rzeczywistości zorganizować pojedyncze występy, a Wy macie kalendarz wypełniony do stycznia, zatem musi być jakiś sposób: samozaparcie? Przypadek? Dobre przygotowanie z marketingu? Czy może jeszcze coś innego?











M: Ponownie – lubimy grać i uważamy, że zespół powinien działać przede wszystkim koncertowo. Więc… no, działamy!

K: Kiedyś postawiliśmy sobie taki warunek, że dobrze byłoby grać – mimo tej właśnie rzeczywistości – 50 koncertów rocznie.

Ciekawe założenie. To może złośliwie i pod włos – czasami mam wrażenie, że dla organizatorów wygodniej jest zaprosić trzyosobowy zespół co małym fiatem przyjedzie, niż dużą grupę, bo drogo, bo bus i sprzęt… Jest w tym coś?











K: We dwóch, jakbyśmy mieli małego fiata to chętnie byśmy nim jeździli na koncerty. Ale jednak jeździmy w cztery osoby, jeszcze z naszym dźwiękowcem, Arkiem. Poruszamy się więc busem, ponieważ wozimy ze sobą cały sprzęt nagłośnieniowy. Jesteśmy samowystarczalni jak ślimak z budką. A w kwestii organizatorów – nie spotkałem się, żeby właściciel klubu wspominał coś o  kwestii ilości członków zespołu.

M: Jeden znajomy organizator pół żartem, pół serio powiedział, że jesteśmy idealnym bandem na support, ze względu na naszą mobilność. We trzech jest dużo łatwiej, bo zajmujemy niewiele miejsca na scenie to raz, a dwa, że ustawienie sprzętu zajmuje nam tylko chwilę. Nie jesteśmy wybredni i nie robimy wielogodzinnych soundchecków, w ekstremalnej sytuacji jesteśmy w stanie ogarnąć się w 15-20 minut. Więc pod tym względem na pewno trio z własnym dźwiękowcem ma łatwiej.









 POLECAMY SIĘ!

Jesteśmy wariatami...

Jesteśmy wariatami…

No i sami odpowiedzieliście, co to jest sukces (śmiech). Jednym słowem – można uznać ten rok za udany. I pewnie ten optymizm powoduje, że okładka nowej płyty jest taka pięknie i optymistycznie tęczowa. Można powiedzieć  – radość w dość smutnych czasach…











K: No czasy nie są takie smutne, nie przesadzaj. A okładka – potwierdzam. Przepiękna. Pianki marshmallow.

Smutne może nie, ale dziwne na pewno. A co do okładki to jest piękna i mało rockowa jednocześnie. Chyba jest w tym umiłowanie psychodelii…











K: Poruszaliśmy ten temat ostatnio, że powinniśmy mieć węża, czaszkę i łańcuchy na okładce. Wtedy bylibyśmy stereotypowi. Jednak my tak nie lubimy, i może dlatego jest nam nieco ciężej.  Był pomysł na inną okładkę, ale po zrobieniu sesji zrobiło się zbyt mrocznie. Poszliśmy więc w inną, cukierkową stronę.

M: No bez przesady z tymi cukierkami i tęczami. Po prostu, miało być nieco w stylu lat 90. (ej, na „Ten” Pearl Jam też jest różowy!). Czy miało być optymistycznie? Tego nie jestem pewien, bo w gruncie rzeczy tekstowo płyta jest MROOOCZNA. Ale chyba mimo wszystko zgrywa się klimat okładki z muzyką – dobrze się tego słucha trzymając w ręku tego jewel case’a.

Wspominacie o mroku w tekstach. Ten temat zawsze jest dla mnie kontrowersyjny – pisać o „czymś”  czy lepiej sobie darować coś takiego. Skoro w tekstach Cinemon jest mrok, to może przybliżcie ten koncept. Uwaga: pomijamy hasło „każdy interpretuje sam” (śmiech).











M: Niezbyt lubię opowiadać o tekstach, bo to jakiś mój sposób na odreagowanie wszystkiego co się u mnie dzieje. Nie chcę też psuć zabawy tym nielicznym, którzy zadadzą sobie trud przebrnięcia przez nie, ani pozbawiać ich własnej interpretacji, tym samym zabierając im ICH utwór.
 Ale spróbuję odpowiedzieć na tyle niejasno bym nikomu niczego nie popsuł, a na tyle konkretnie, żebyś był zadowolony. 
W porównaniu z deathmetalowymi tekstami „Masters of Second-guessing” to może faktycznie jest pianka marshmallow,  ale daleko tam do wesołych podrygiwań, jakie momentami sugerowałaby muzyka. 
Prawie wszystkie te teksty powstały w bardzo ciężkim czasie kilku poważnych kryzysów na raz. Po trzydziestu kilku latach życia odkryłem, że mam depresję – a właściwie została ona w końcu oficjalnie zdiagnozowana. Boże, czuję jakby to było wyznanie nastolatki noszącej czarne ciuchy, ale serio, po „wyleczeniu” odkrywa się, że świat jest zupełnie czym innym, niż myślałeś przez trzydzieści pierdolonych lat! Życie bez tego gówna, to całkowicie nowa jakość (polecam, Michał Wójcik). Był to ten moment, kiedy urodził mi się syn – kosmicznie przełomowa chwila, za którą jestem najbardziej na świecie wdzięczny – byłem wtedy w co najmniej w średnim stanie psychicznym. Jest więc na „Masters…” dużo niezrozumienia i wzajemnego porzucania się, jest szukanie zrozumienia, rozgrzebywanie i próba analizy decyzji z całego życia (stąd zresztą tytuł…). No dobrze, jest też jedna piosenka o pirotechnice. Ta jest wesoła.

a4171142944_10

Cinemon Masters of Second-guessing (Winylowo)  Prawdziwy rock niczego się nie boi, nawet tęczowych kolorów. Dlatego nowa płyta krakowskiego Cinemon kusi ładnym designem, niby nie przystającym do muzyki, ale… Ale nie ma to znaczenia, bo po raz kolejny zespół ominął szerokim łukiem mielizny i stworzył szczery, surowy kawałek sztuki, która jest jeszcze bliżej korzeni rock’n’rolla. Co nie znaczy, że jest w jakiś sposób archaiczna; to raczej świadoma próba obdarcia tego stylu z niepotrzebnych naleciałości. Rzecz jasna, trudno uważać Cinemon za jakichś reformatorów, bo zachowują umiar i raczej rewolucji nie wzniecą, choć nie można im odmówić zdecydowania i samozaparcia, dzięki czemu stąpają twardo po ziemi, grają, bez jakiejś nadziei na szczególne profity. To się szczerość chyba nazywa… Przede wszystkim brzmienie – szorstkie, będące analogowym zapisem materiału nagranego na tzw. setkę. Od razu możemy się poczuć jak na sali prób. Nie ma tu niepotrzebnych poszukiwań i udziwniania na siłę aranżacji. Jest prosto, ale od pierwszych dźwięków czujemy, że to rasowa jazda. Prawda kryje się w „I’m Gone”, pięknie sunie „The Simplest of Truths”, trochę nostalgicznie robi się w rozbudowanym „Twist and Turn”. Jasne, nie unikniemy skojarzeń. Słychać w tym nieco dalekiego posmaku produkcji Homme’a. Gdzieś przemknie „oceanowaty” riff („So Naive”), a słuchając akustycznego „Paths. Choices And Irresistible Mistakes” nie opędzimy się od skojarzeń z Soundgarden. Czy to źle? W dzisiejszych czasach od rasowego, surowego rocka nikt nie oczekuje rewolucji. Chodzi raczej o wyrazistość wypowiedzi, plastykę brzmienia i szczyptę arogancji, która potrafi zmierzwić najlepiej ułożoną grzywkę. Być może na dzisiejszym, zatłoczonym rynku nie jest to nic nowego, ale jeśli macie na półkach ostatnią płytę Piva czy Cuby De Zoo, nie zastanawiajcie się ani chwili…

Czy w dobie powszechnego uganiania się za analogową, prostą produkcją, Cinemon czymś może zaskoczyć? Jakieś kruczki produkcyjne, które zostaną podchwycone przez inne, rockowe załogi.











K: Zaskoczyć? Nie nagrywamy numerów “każdy w innym studio w USA” i nie “wypuszczamy 10 klipów jednej nocy”. Zazwyczaj staramy się być sobą – choć w dzisiejszych czasach to faktycznie może być zaskoczenie. „Perfect Ocean” była nagrana przez nas w domu pod Krakowem. Była dopieszczona i wygładzona. Sami ją nagraliśmy, sami wyprodukowaliśmy i sami wydaliśmy. Na CD i na Winylu. „Masters…” zdecydowaliśmy się nagrać “tak jak robi to każdy” czyli w studio nagrań. Również miksem i wydaniem zajął się ktoś inny. Niby zrobiliśmy to jak inne zespoły, ale jednak w moim odczuciu brzmi ona nieco inaczej. Jest nagrana na tzw. „setę” co jest dość słyszalne. Miał być garaż. Czy to będzie podpowiedź dla innych zespołów czy nie – to już kwestia samego odbioru. Nam w każdym razie bardzo się podoba. Dużo rzeczy przychodzi naturalnie z czasem. Jeszcze nie wiemy, jaka będzie następna płyta i czy w ogóle będzie i jak zostanie nagrana. Ale wiem, że jak do tego dojdzie to będzie jeszcze bardziej wyjątkowa.

M: Faktycznie, idea była tym razem taka, żeby po wycackanym Perfect Ocean, zrobić coś w stylu „jak wyjdzie, tak będzie – to właśnie my”. Celowo poszliśmy do niezbyt taniego studia, żeby zbytnio nie rozczulać się nad 58 „tejkiem” solówki, co zdarzało się wcześniej. Tym razem nagranie na „setę”, niezbyt ogranego, powiedzmy szczerze, materiału. Są jakieś nierówności, są jakieś głupoty pograne, nie jest ą-ę, i brzmi jak stodoła, w której w istocie znajduje się studio.
 Nagrywał to, i produkował „na miejscu”, Marek Szwarc, który spytał czy nagrywamy na „naście” mikrofonów, czy na minimum z podejściem takim by brzmiało na płycie tak jak na nagraniu, bez zbędnej ingerencji. Oczywiście, wybraliśmy wersję drugą, i wcale nie dlatego, żeby zaoszczędzić na miksie (śmiech). Miało być spontanicznie i tak jest – na jednym tejku nagrał się zamek poduszki, który uderza w bęben. Na innym overheady nagrane są z przesterem. Marek omikrofonował bębny tak, że było tam 8 mikrofonów. W latach 60. cały zespół (nierzadko z orkiestrą) nagrywało się na 4 ślady, ale w XXI w. 8 mikrofonów czasem można użyć na jedną gitarę, więc rozumiesz różnicę? 
Potem ślady poleciały do Los Angeles, do Marka Rainsa, gościa, który produkował i miksował Rival Sons. I miksy też zrobił w ciągu paru dni, bez zbędnych ceregieli. „I’m Gone”, który wysłaliśmy jako pierwszy dostaliśmy po paru godzinach i od razu był taki jak trzeba, wiedzieliśmy już, że to jest to. 
W skrócie – miało być bez oglądania się za siebie, i mimo oczywistych chęci poprawek, poleciało to tak, „jak się nagrało”. 
Oczywiście, nie stało się to w 3 dni, zajęło nam to nieco więcej, z dograniem wokali włącznie. I przede wszystkim z zaakceptowaniem tego, że jest jaka jest i tak już zostanie. NA ZAWSZE. Rozumiecie, jaka presja?

14600857_10154208531159794_5285865227269831281_nTo jest chyba największy problem, bo każdy pewnie ma coś takiego, że chce poprawiać i poprawiać…. Tu jest tak jak być powinno, słychać surowiznę i zapach lampowych wzmacniaczy. A schodząc na ziemię – ile taka zabawa Was kosztowała. Wiem, że dżentelmeni o kasie nie gadają, ale takie rzeczy zawsze mnie ciekawią. Co się kryje za tą zasłoną niezależności?

K: Dość dosadne pytanie. Ceny w dobrym studio nagrań zaczynają się od 1K PLN za dzień. Tu już jest jakieś wyobrażenie o kosztach.  Bardziej obawiałem się samego miksu. Tak dobrze „ukręconego” soundu nie chcieliśmy stracić. Poszukiwaliśmy kogoś za granicą. Mastering „Perfect Ocean” zrobił nam Denis Blackman. Gość, u którego w studio mastering robił min. Eric Clapton czy  Collins. I nie okazał się katastrofą finansową. Do tego samego wniosku doszliśmy teraz. Miksem zajął się wspomniany Mark Rains, który zaproponował dość przyzwoitą kwotę. A to przecież koleżka od Rival Sons! Oczywiście, nie są to drobne na lody bo za jakość trzeba zapłacić. W finale całej zabawy wydaliśmy fortunę, ale i tak warto było.

M: Powiem inaczej: jest to raczej niezwracalna (ze sprzedaży płyt) inwestycja. Jesteśmy po prostu nieco… no. Wiesz, wariatami. Tacy szaleni…

I tu pojawia się odwieczne pytanie: czy u nas nie dałoby się osiągnąć takiego efektu? Czy wymierne skutki takiego posunięcia są lepsze od tych nagrań co np. miksował, nie wiem…, Perła czy B. Kondracki?











M: To nie tak, że „tam” jest lepiej, a u nas gorzej. Po prostu jest inaczej – każda osoba ma swój własny styl miksu, a ta osoba nigdy nie jest „samotną wyspą”, więc przejmuje też charakter od społeczności w której funkcjonuje. Stąd inny sound amerykańskich miksów, inny brytyjskich, inny polskich. Więc zależy w co chcesz celować. A cenowo akurat w przypadku miksów wyszło taniej w USA niż w PL, więc nie decydował tutaj czynnik „zróbmy drogo i zagranicą, bo będzie lepiej”. Zrobiliśmy tam, gdzie uważaliśmy, że będzie zajebiście – i jest.

Zastanawiam się, patrząc na zdjęcie: dlaczego nie zdecydujecie się oficjalnie przyjąć trzeciej osoby do składu na równych warunkach? Czy teraz, po wydaniu płyty, to się zmieniło?











M: Nie udało się jeszcze znaleźć nikogo, kto chciałby od tego zespołu tego samego co my. Obydwoje z Kubą mamy pracę, która pozwala nam na 50 koncertów rocznie. Ciężko znaleźć kogoś, kto jest fajnym gościem i ma te same przeloty mentalne co my, zajebiście gra na basie, a przy okazji jest w stanie poświęcić się temu w takim stopniu – bo 50 koncertów to naprawdę spory wysiłek i masa czasu spędzona poza domem. 
Na płycie gra Basik, Jacek Świegoda. Był to zdecydowanie pełnoprawny członek zespołu, pod każdym względem uzupełniający nasz z Kubą duet. Muzycznie chyba słychać to na płycie? Ale, nie wiedzieć czemu, woli projektować jakieś dworce i centra handlowe, zamiast spać na podłodze po pijaku na drugim końcu polski. CO JEST Z NIM NIE TAK?

K: Życie muzyka to nie tyko brandy i homar w sosie księżycowym.  Trzeba się nieco zmęczyć. Nie wszystkim to odpowiada. My lubimy ten sport… jeszcze. Kiedyś zagramy koncert z wszystkimi naszymi basistami. Będzie wielki ”szoł”. I wtedy skończy się dręczenie nas pytaniami o basistów. A przy okazji, korzystając z  rozmowy… zamieszczę ogłoszenie: „Czy jest tu jakiś basista?”

No i przy tym jesteście modni jako duet (śmiech). A propos mody: czy Cinemon to zespół modny?









  

Basik

Co jest nie tak z basistą?

M: Oj, ja bym bardzo chciał być modny! Od kiedy rośnie mi broda to się nie golę, normalnie, z lenistwa. I akurat wstrzeliłem się w ten moment, że jest to modne. Nawet prezesi w korpo mają brody! Mógłbym więc być prezesem! No, może musiałbym się nieco przystrzyc i użyć jakiejś odżywki, bo jednak wyglądam trochę jak bezdomny. I wydaje mi się, że podobnie jest z Cinemonem: jesteśmy niby „vintage” rockowi, gramy niby proste, komercyjne piosenki, a tak naprawdę jesteśmy bezdomni. Ani to prawdziwy vintage rock bo jesteśmy zbyt eklektyczni, ani nie jesteśmy komercyjni bo po angielsku i taki w zasadzie DIY. Nie ma się co oszukiwać – nie jesteśmy dobrze skrojonym produktem na nasz target. Często o tym myślę: może by się jednak skroić trochę bardziej, zrobić te charakterystyczne „vintage’owe” brzmienia, zaśpiewać po polsku, przyciąć brodę, grzywkę na bok zarzucić… I ilekroć o tym myślę, to myślę też, że nie po to chcę mieć ten zespół, by się wpisać w modę, sprzedać milion płyt i być znanym. No nie po to, w ogóle. Tak sobie to, widzisz, tłumaczę codziennie przed lustrem. Moja muzyczna baza – to co się wstrzeliło w czasy licealne – to grunge, kultura, w której w zasadzie gardzono modą i komercjalizacją. I patrząc na swoje życie dochodzę do wniosku, że chyba mi już tak zostało – na niczym nie umiem zarobić i ciągle noszę się jak w liceum. 
Ale kiedyś będziemy modni, zobaczysz. Niech oni wszyscy tylko zrozumieją, że to co MY robimy jest fajne, a nie to co ONI robią, aaaa! Frustracja.

K: Moda to coś za czym podążają wszyscy. My nie robimy tego co większość, tylko realizujemy swoje pomysły. Mieliśmy okres kiedy bardzo parliśmy w kierunek skandynawski. Trochę nam zostało. Tam, myślę, że bylibyśmy bardziej modni. Mamy nutę skandynawskiego klimatu. W Polsce trzeba się przygotować na underground.

Ale hit do radia już macie. To przekora czy życzenie?











K: To podstęp (śmiech). Niektórzy się nabierają na ten trywialny tytuł i rzeczywiście traktują to jako singiel radiowy

M: Chodziło by to był ładny numer, do którego wszyscy się bujają – powinien mieć teledysk jak Weezer, kurde, zrobimy tak Kuba? I nikt tak naprawdę nie widzi, że on o bardzo smutnych rzeczach jest. Ale faktycznie, lubimy się podśmiechiwać, że to hit do radia i faktycznie, niektórzy łapią i lubią puszczać. I jak to leci w radiu, to ironia dopiero się dopełnia.

Ironia dobra jest na smutek. Doprawdy, ironiczne jest to jakie gówna stają się często hitami. Marzy się wam idealny świat, gdzie rock jest tak popularny jak disco polo?











M: Mi się nic nie marzy, jesteśmy tu i teraz, a nie w jakiejś równoległej rzeczywistości. Każdy ma to na co zasłużył, i tak dalej. Nudny i jestem i taki racjonalny.

Racjonalizm u rockmena? Uuuu, a gdzie rock’n’rollowe szaleństwo?!











K: Rock był popularny jak discopolo w latach 60 i 70 i to jeszcze w Wielkiej Brytanii. Teraz mamy XXI wiek, i raczej już za późno na takie marzenia. Lepiej postawić na coś innego niż zastanawiać się jak to by było fajnie urodzić się w latach 50 – tych. A co do szaleństwa; jest szaleństwo – praca, dom, żony, dzieci, niedzielne obiadki. O co ci chodzi?

No tak to prawda. Ale skoro sam zaczynasz – jak rodzina odnosi się do tego jakby nie patrzeć, kosztownego i czasochłonnego hobby?











K: Jeżeli coś komuś by nie pasowało to siedzielibyśmy przed telewizorami i otwierali puszki piwa Tatra Mocna. Zazwyczaj związki polegają na kompromisach. Nie ma co tłumaczyć. Mamy kochane żony.

Skoro tak, to na koniec zdradzie co tam planujecie na nadchodzący rok?











K: Zapewne kilka koncertów w Polsce i za granicą. Pojawi się też kilka klipów. I pewnie nowy basista. Zrobimy konkretny plan jak zakończymy obecną trasę. Będzie nowy 2017 rok i nowe postanowienia. Czas pokaże. Miejmy nadzieję, że usłyszy nas jeszcze więcej ludzi.

M: Chcieliśmy pozwiedzać więcej krajów, wiesz, ten sławny zachód. Myślę, że na razie ograniczy się to do Niemiec, ale marzą się nam też Stany. Bardzo chciałbym zobaczyć ten kraj, a mam taką zasadę, że bez zespołu nie jeżdżę zwiedzać, więc, no, cholera, musimy tam zagrać. Być może uda się też pojeździć na wschód i południe, bo mamy tam kilku znajomych. Generalnie lubimy grać, a w Polsce graliśmy już wszędzie (śmiech). Więc trzeba znaleźć sobie jakąś marchewkę i jakieś nieodkryte terytoria, gdzie trawa zawsze jest zieleńsza, dziewczyny piękniejsze, a piwo zimniejsze. Pytałeś o szaleństwo – oto ono: wybierasz kursorem na google mapie jakieś miasto – znajdujesz z tyłu głowy jakieś nienormalne marzenie – i bam! za parę miesięcy jeździsz po świecie i grasz. Ludzie się cieszą, piwo się leje. Tak będzie.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Press zespołu, fot. Dominika Filipowicz (okładka) /Aleksandra Kucia (zdjęcia koncertowe)