BUILDINGS – Wiemy, kim jesteśmy

Spotkaliśmy się z Travisem na jakimś koncercie i odtąd przez jedenaście lat już gramy. Przewinęło się kilku basistów, nagraliśmy trzy płyty i parę siedmiocalówek – tak podsumowuje swoją twórczość Brian Lake z zespołu Buildings, który niedawno, dzięki Antenie Krzyku pokazał nam swoją nową i niewątpliwie intrygująco hałaśliwą muzykę na płycie „You Are Not One of Us”. W przededniu koncertów w Polsce rozmawiamy z zespołem o hałasie, szufladkach, oryginalności, oraz zastanawiamy się, kto nie jest jednym z nas…

Różne nazwy już słyszałem, ale Buidlings należy faktycznie do tych dziwniejszych – skąd taki pomysł, jaka historia się za tą nazwą kryje?

Nie było żadnego, szczególnego powodu, w zasadzie znajomi stwierdzili, że nazwa pewnie wzięła się stąd, że jesteśmy w zespole wszyscy dość wysocy. Szczerze mówiąc, po prostu potrzebowaliśmy jakiejś nazwy, więc zdecydowaliśmy się na taką a nie inną, ot i cała historia.

Budynki zazwyczaj kojarzą się z czymś bezpiecznym, a czy wy ze swoją muzyką chcecie wyjść ze strefy bezpieczeństwa? Czy z waszego punktu widzenia muzyka Buildings jest niebezpieczna?

Nie powiedziałbym raczej, że jest niebezpieczna…  Myślę za to, że na nowej płycie odeszliśmy trochę od naszego starego sposobu tworzenia piosenek. Tym razem skoncentrowaliśmy się bardziej na stronie rytmicznej, na pracy basu i bębnów, brzmieniu tych instrumentów. Wyciągnęliśmy bas na pierwszy plan, skupiliśmy się na tym, żeby muzyka miała wyrazisty groove i ten aspekt jest najważniejszy, a nie matematyczne aranżacje, jak to miało miejsce wcześniej. No i eksperymentujemy trochę z samplami, co można usłyszeć na nowej płycie.

Wiemy, kim jesteśmy

Wiemy, kim jesteśmy

Wróćmy na moment do korzeni takiego grania. Pamiętasz, kiedy pierwszy raz usłyszałeś noise rockowe bandy?

„Noise rock” to w sumie dość dziwny termin. Ktoś go pewnie wymyślił, żeby jakoś opisać świeży brzmieniowo podgatunek muzyki punkowej. Ta nazwa jest w sumie dość dosłowna. Pamiętam, kiedy pierwszy raz spotkałem się ze skateboardingiem w wieku 15 lat. Usłyszałem wtedy po raz pierwszy Bad Brains i Fugazi. Potem mój przyjaciel puścił mi The Jesus Lizard oraz Helmet i muszę powiedzieć, że się uzależniłem od tej muzyki. Była głośniejsza, bardziej groovy od wszystkiego, co usłyszałem wcześniej. Tak to wyglądało.

Wspomniałeś o The Jesus Lizard. Swego czasu wysłałem do Davida Yow maila, chciałem pogadać o starych czasach, o jego zespole itp. I dostałem od niego uprzejmą odpowiedź, że nie lubi gadać o przeszłości. Myślisz, że współczesny noise rock może istnieć bez swoich korzeni?

Nie, nie może. Ale teraz jest bardzo dużo muzyki, która w zasadzie nie jest przez nikogo dosłownie inspirowana i jej twórcy niespecjalnie zerkają wstecz. My po prostu wiemy, kim jesteśmy…

Widzę, że ty też nie lubisz babrać się w dawnych czasach, pogadajmy zatem o tym co jest teraz, o muzyce jaką znajdziemy na nowej płycie. Muzyce, która rozpina się między klasycznym noise a czymś w rodzaju agresywnego indie. Czy uważasz, że Buildings znalazł się w stanie idealnej równowagi?

Nie staramy się znaleźć równowagi, nie o to chodzi. To w zasadzie jest stan takiego rozedrgania, ciągłego napięcia, poszukiwania, które pewnie nigdy się nie skończy bo ideału nie ma. Wiesz, słuchamy różnych rzeczy, ale nie jest to założenie, jakiś cel a raczej pewien kontekst. Tylko tyle.

W recenzji Waszej nowej płyty napisałem coś w stylu, że Buildings obok KEN mode, są jedną z nielicznych załóg, która twórczo odczytuje spuściznę noise i wytwórni Touch&Go. Zgadzasz się z taką opinią?

Znam KEN mode i wiem, że są świetnym zespołem. Szczególnie na swojej ostatniej płycie mogą się kojarzyć z naszym brzmieniem, to jest ten sam kierunek i podobne spojrzenie na noise, ale każdy z zespołów ma swoje specyficzne podejście do tematu. Wydaje mi się, że KEN mode są bardziej bezpośredni i agresywniejsi, bardziej jak to się mówi, do przodu niż my. U nas z kolei można w muzyce wychwycić kilka różnych wątków jeśli chodzi o wpływy, jednak są tak zaznaczone, że nie możesz wskazać jednego zasadniczego kierunku, no, może poza The Jesus Lizard (śmiech).

Zastanawiający jest tytuł płyty – wyjaśnij mi, dlaczego „nie jestem jednym z was”?

Arek, nie jesteś częścią mnie/nas, bo się nigdy nie spotkaliśmy. Kiedy się w końcu spotkamy, spowoduje to, że staniesz się częścią nas, częścią naszej historii. Staniesz się mną (śmiech). Ten tytuł odnosi się do pewnego rodzaju ramek mentalnych, opisujących grupę podobnych osób, różniących się od tzw. normalnego społeczeństwa, osób, które nie wydają się być jego częścią, tak w skrócie; i tu nie chodzi o jakieś wulgarne odnoszenie się do inności, ale zaznaczenie, że takie podziały cały czas funkcjonują.Koncert

Podobnie można podejść do muzyki – do tych wszystkich podziałów, porównań, do ramek właśnie – jest np. wielu ludzi, którzy twierdzą, że nowa muzyka nie istnieje, że zostały tylko powtórzenia i kopie przeszłości. Myślisz, że tak jest w rzeczywistości?

Na każdego coś czy ktoś wpływa, wszyscy jesteśmy podatni na sugestie, coś nas potrafi zauroczyć, funkcjonować gdzieś w naszej głowie i rzutować na działanie. Temu nie mogę zaprzeczyć. Chodzi raczej o to, że w różny sposób potrafimy interpretować tą samą rzeczywistość; podobnie jest z muzyką – zespół może mieć perkusistę czy wokalistę, który brzmi charakterystycznie, jak nikt inny, ale ludzie czują i oceniają to na swój sposób, każdy inaczej i to jest najważniejsze. Trudno w tym przypadku szukać obiektywnej oceny, nie ma czegoś takiego.

Ok., zatem bardziej konkretnie – jaki element muzyki Buildings można uznać za „najoryginalniejszy”, odróżniający was od innych zespołów?

Nie powiedziałbym, że wymyślamy w muzyce coś nowego, myślę, że – jak już mówiłem – w przypadku nowej płyty chodzi raczej o sposób eksponowania instrumentów, np. wycofanie gitary względem sekcji. To nie jest wymyślanie na siłę czegoś nowego, ale próba grania tymi elementami układanki, które są nasze, pokazania ich w inny, nowy sposób. Zwróciłbym też uwagę na wokalną stronę tej płyty, bo ona przyczynia się do tego jak odbieramy całość, tu nie maDo widzenia jednoznacznego „tylko” śpiewu albo krzyku, a to nadaje naszej muzyce charakterystycznego posmaku.

Gracie sporo koncertów – jaki jest odzew na wasze hałasy, jakie macie w tym temacie obserwacje?

Myślę, że odbiór jest całkiem dobry, oczywiście, nie można porównywać np. sytuacji w USA z Europą. U nas muszą naprawdę lubić jakiś zespół, żeby w jakiś sposób go wspierać, czy chodzić na koncerty, tak to czuję. Za to w Europie muzyka alternatywna, czy noise są zdecydowanie lepiej i bardziej entuzjastycznie przyjmowane.

Skoro wspomniałeś o swoim kraju – muszę zapytać jak się w tym miejscu żyje, co jest o tyle zasadne, że dla wielu (nawet moich rodaków…) Ameryka to coś w rodzaju ziemi obiecanej. Może jakaś mała demitologizacja?

Cóż, poza zespołem jestem rewidentem podatkowym, mam córkę, po prostu zwykłe życie. USA nadal opiera się na demokracji, myślę, że to dobre miejsce do życia. Choć faktycznie, polityka jest teraz z wiadomych przyczyn coraz bardziej popieprzona, ale myślę, że jeszcze jako naród się obudzimy, to tylko mały wypadek na drodze. Ja nie chcę wojny, podobnie jak 90% mieszkańców tego kraju. Choć może wydawać się to nieuchronne…

Fakt, żyjemy w dziwnych czasach. Europa jest na zakręcie, w USA nieprzewidywalny Trasaprezydent a ty jesteś gwiazdą rocka i rewidentem podatkowym (śmiech).  Koniec świata…

Ha, ha… Wszystko jest nieprzewidywalne. Np. nie pamiętam, gdzie zostawiłem szczoteczkę do zębów.

Oczywiście w Minneapolis…

Tego się, cholera, obawiam (śmiech).

Jesteście w trakcie trasy po Europie, już niedługo zagracie w Polsce. Czego mamy oczekiwać?

Bardzo dobra trasa – dwadzieścia jeden koncertów, siedem krajów, sporo miejsc, w których jeszcze nie graliśmy. Chcemy się dobrze bawić, nie czekać kolejne trzy lata na następną trasę i zdobyć kilku nowych fanów. Przychodźcie na koncerty, będzie kupa hałasu, sporo zamieszania, plucia i potu!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Bronson Karaff