BRANT BJORK – Pustynna wersja punka

Losy ojców – założycieli stonera potoczyły się naprawdę dziwnie. Homme – jak wiadomo – wiedzie dziś żywot rockowej gwiazdy, święcąc kolejne triumfy z QOTSA. Pozostali budują, mniej czy bardziej udane, kariery solowe; żyją rwanym, muzycznym życiem i zdają się nie wiedzieć, czy spoglądać w przeszłość (vide: Kyuss Lives!, Vista Chino), czy skupić się na tym, co dopiero przyniesie droga. Akurat mojemu rozmówcy tego rozchwiania zarzucić nie sposób. Na przestrzeni lat zdołał wydać pod własnym nazwiskiem kilka krążków, które nie ustępują znacznie klasie dorobku Kyuss (np. „Gods & Goddesses”). Porozmawialiśmy o najnowszym, koncertowym, „Europe ‘16”, słynnych, generatorowych imprezach oraz… o gwiazdorstwie i różnych priorytetach.

Na początek pochylmy się nad twoim najnowszym, koncertowym, albumem. Dlaczego akurat Berlin?

To prozaiczna kwestia. Chodziło o sprawy natury logistycznej i fakt, że w tym właśnie mieście mogliśmy zebrać wszystkich członków ekipy technicznej i zarejestrować nagranie. Aby być z tobą zupełnie szczerym, dodam także, że Berlin jest czymś w rodzaju mojej małej, europejskiej ojczyzny. Spędzam tam mnóstwo czasu, pochodzi stamtąd wielu moich przyjaciół, niejednokrotnie grałem w tym mieście koncerty. Wybór był dosyć oczywisty.

Nie pragnąłeś przy okazji nagrywania „Europe ‘16” stworzyć nieco bardziej przekrojowej setlisty? Przeważają bowiem utwory z ostatnich dwóch wydawnictw, brak natomiast reprezentantów chociażby takiego „Gods&Goddesses”…

Wiesz, przez wiele lat trwania solowej kariery nigdy nie skupiałem się zbytnio na przeszłości. Interesowało mnie to, co przede mną. Dlatego i tym razem, chociaż – rzecz jasna – wróciliśmy do kilku starszych numerów, postawiliśmy raczej na aktualny materiał. Mam na koncie mnóstwo krążków i niemożliwością byłoby nawiązanie do nich wszystkich w trakcie jednego koncertu. Nawet do tego nie dążę. Gdybym zdecydował się na wydanie albumu – kompilacji, a takie rozmowy trwają, mógłbym ruszyć w trasę promującą go z bardziej przekrojową setlistą. W tym momencie skupiam się jednak na innych sprawach.

Jeszcze odnośnie poprzednich wydawnictw – natknąłem się na informację mówiącą, że istnieją plany wznowienia kilku starszych, ciężko dziś dostępnych, płyt. Czy to prawda?  

Tak, chcielibyśmy wydać ponownie kilka albumów. Póki co, za wcześnie jednak na mówienie o szczegółach, takich, jak przybliżone terminy czy tytuły, jakich to wznowienie miałoby dotyczyć.

Pustynna wersja punka

Pustynna wersja punka

Jakie motywy kierowały tobą, kiedy rozpoczynałeś karierę solową? Chciałeś spróbować swoich sił jako frontman, czy – zwyczajnie – potrzebowałeś jakichś nowych bodźców?

Nigdy nie planowałem takiego posunięcia, nie mieściło się to w zakresie moich ambicji. Jednocześnie – nigdy tego nie wykluczałem. Właściwie to w ogóle nie zastanawiałem się nad przyszłością. (śmiech) Swoją drogą, pierwsze kroki na gitarze zacząłem stawiać mniej więcej w tym samym czasie, kiedy po raz pierwszy usiadłem za bębnami. Skomponowałem sporo rzeczy dla Kyuss i Fu Manchu. Naturalnym krokiem wydało mi się zatem pewne usamodzielnienie. Poczułem, że powinienem chwycić gitarę i zacząć wykonywać własny materiał.

Od dwóch lat współorganizujesz festiwal Desert Generator. Czy można to zdarzenie uznać za przedłużenie słynnych już desert sessions i jamów uprawianych na środku pustyni?

Muzyczne imprezy odbywały się na pustyni na wiele przed tym, gdy ja zaangażowałem się w działalność jakiejkolwiek sceny. Ludzie, których świat widzi pionierami tego typu imprez, tak naprawdę nie byli pierwsi. Był ktoś, kto robił to na długo przed nami. Pierwsze pustynne jam sessions miały miejsce w końcu lat 60., a może i wcześniej – kto wie… Ruch ten, narodzony w południowej Kalifornii, powiązany był z rockiem psychodelicznym i szerzej widzianą kulturą hipisowską. Z pionierami łączyły nas motywacje – i my chcieliśmy dobrze się bawić, grając muzykę i przesiadując w vanach ustawionych pośrodku niczego. Nasza scena wyrosła na punk rocku, który wtedy – w latach 80. – opierał się na idei DYI. To była taka pustynna wersja punka.

Miałeś jakiś wpływ na dobór zespołów grających na dotychczasowych edycjach Desert Generator?

Podobnymi kwestiami zajmuje się mój przyjaciel. Ja natomiast jestem niejako ambasadorem festiwalu – mogę podrzucić kilka sugestii w kwestii obsady, ale generalnie to nie moja działka. Desert Generator to rzecz, którą organizujemy na pustyni, jakby w duchu dawnych, „generatorowych”, imprez. Oczywiście, w porównaniu do nich, festiwal skupia się na bardziej profesjonalnej stronie grania. I… tak jest dobrze. Musisz bowiem wiedzieć, że w tamtych czasach sprawy mogły przybrać naprawdę niebezpieczne oblicze. (śmiech) Cieszy nas fakt, że dzisiaj wszystko jest lepiej zorganizowane, a każdy przybyły może oddać się zabawie, nie obawiając się o własne zdrowie.

Na czym polegały wspomniane przez ciebie niebezpieczeństwa?

To proste. Kiedy zderza się ze sobą grupa młodych ludzi, a w grę wchodzą alkohol, narkotyki i agresywna czasem muzyka, szanse, że coś pójdzie nie tak, są naprawdę duże. Wyrastaliśmy, zresztą z punk rocka, który w swej naturze wiąże się z pewną zaczepnością. Z czasem, kiedy imprezy zaczęły zyskiwać coraz to większą popularność, pojawiało się więcej i więcej nieznanych twarzy. Wiele z nich nie miało nic wspólnego ze sceną: byli to po prostu młodzi ludzie z okolicznych miasteczek, którzy szukali rozrywki i jakiegoś urozmaicenia. Nierzadko dochodziło do konfrontacji zupełnie odmiennych postaw życiowych. Wiesz, wzrastaniu w takim miejscu towarzyszy uczucie swego rodzaju plemienności. Pustynia poprzetykana jest mnóstwem małych osad, a między ich mieszkańcami często dochodzi do rywalizacji; zdarzają się akty agresji i przemocy. Tak… z czasem scena stała się nazbyt nasycona przemocą. Muzyka i dobra zabawa, czyli rzeczy, które kiedyś nas połączyły, zepchnięte zostały gdzieś na dalszy plan.band

Czy i dziś – wyłączając Desert Generator – zdarza ci się grać próby czy spontaniczne jam sessions pośrodku pustyni?

Nie, poza występem na festiwalu nie miałem okazji do pogrania na pustyni od bardzo, bardzo dawna. To dosyć smutny fakt. Brakuje mi tego, jednak ciągłe zespołowe obowiązki, rodzina i podróże wypełniają niemal cały mój czas. Może warto to zmienić… dzięki za przypomnienie. (śmiech)

Ostatnimi czasy ukazały się dwa dokumenty opowiadające o stonerowej scenie – „Lo Sound Desert” oraz „Desert Age”. Widziałeś je? Jakie wzbudziły w tobie odczucia?

Tak, widziałem oba te filmy. Podobał mi się „Desert Age” ze względu na interesujące wywiady oraz wiele archiwalnych materiałów tam pokazanych. Nie mogę tego samego powiedzieć o „Lo Sound Desert”. Wnioski w nim zawarte nie są, moim zdaniem, zbyt trafne. Znalazłem w nim ciekawe momenty, jednak jako całość mnie nie przekonał.

Wiele razy wspominałeś o fantastycznej atmosferze panującej w szeregach the Low Desert Punk Band. Jakby w kontrze do tego, powiedziałeś kiedyś, że członków Kyuss poza miejscem pochodzenia nie łączyło zupełnie nic. Czy takie wewnętrzne napięcie, czy wręcz konflikt, może być źródłem twórczego fermentu?

Cóż, ostatecznie najważniejsza jest kreatywność i powstająca muzyka… Ja nad przeznaczenie przedkładam samą podróż. Nawet, jeżeli byliśmy zupełnie różnymi ludźmi, tworzenie i wykonywanie tej muzyki sprawiało nam radość. Podróż, czyli pisanie materiału, była dla mnie tym, co w Kyuss najlepsze. Z czasem proces tworzenia został przyćmiony przez cel, który dla pewnych członków grupy okazał się być wartością nadrzędną. To był moment, w którym sprawy zaczęły się sypać, jak domek z kart. Różnice okazały się zbyt poważne, byśmy mogli dalej współpracować. Z drugiej jednak strony, nie sądzę, by konflikt czy niezgodności były jakimiś niezbędnymi czynnikami. W obecnym zespole różnimy się na wiele sposobów. To, co nas łączy, to umiłowanie procesu tworzenia muzyki. Chociaż, rzecz jasna, pragniemy odnieść sukces i dotrzeć z naszą sztuką do tak wielu ludzi, jak to tylko możliwe, ważniejsza, niż cel, jest dla nas podróż. Pod tym względem jesteśmy zgodni i właśnie to czyni nas dobrze funkcjonującą grupą. W ten sposób – przynajmniej w moim mniemaniu – odnaleźć można jakieś spełnienie.

Intryguje mnie pewna kwestia. Skoro byt zespołu naznaczony był różnymi konfliktami i napięciami, teraz, po latach, doceniasz wyłącznie efekty waszej pracy, czy również spędzony wspólnie czas? Tę podróż, jak to ująłeś?

Cenię sobie obie te sprawy. Same płyty przypominają mi o naszej podróży. Wracając do tych krążków, podchodzę do nich z zupełnie innej perspektywy, niż robią to ludzie, którzy nie brali udziału w ich nagrywaniu. Kiedy słucham dzisiaj Kyuss, skupiam się nie na muzyce jako takiej, a na drodze, jaką przeszliśmy, by zabrzmieć tak, czy inaczej. Przypominam sobie, co nami kierowało.

Powiedziałeś, że nie istnieją rzeczy niemożliwe i że nie można wykluczyć powrotu grupy w oryginalnym składzie. Naprawdę w to wierzysz?

Właśnie tak – nie ma rzeczy niemożliwych. Mimo wszystko, nie postawiłbym pieniędzy na taki obrót spraw. (śmiech)pustynia

Vista Chino…?

Nie sądzę, by w bliskiej przyszłości coś miało ruszyć się w tym temacie. Całą uwagę skupiam na swojej solowej pracy; uważam, że tworzymy świetną muzykę i jeszcze wiele takowej się urodzi. Jak wspomniałem – cieszy mnie proces. Dlatego nie widzę żadnych przesłanek ku temu, by budzić do życia Vista Chino.

Parę dni temu ujrzał światło dzienne kolejny krążek QOTSA (wywiad został przeprowadzony początkiem września – A.G.). Przy tej okazji naszła mnie pewna refleksja – zastanawiam się, czy już w czasach Kyuss jasnym było, że Josha ciągnie w stronę wielkich scen i radiowych, przebojowych, może nawet popowych piosenek?

Hm… nie ująłbym tego w ten sposób. Wiesz, ja także lubię pop, lubię dobrze napisane piosenki, melodie, refreny i tym podobne. Jednak nie w tym rzecz. Chodzi o ambicje, a raczej drastyczne w nich różnice pomiędzy nami. Nie mogę wypowiadać się w imieniu pozostałych członków zespołu, skupię się więc na porównaniu Josha i mnie samego. W tej kwestii dzieliło nas naprawdę wiele. Najprościej rzecz ujmując, Josh pożądał statusu gwiazdy. Chciał sławy, pieniędzy… cóż, wszystkiego, z czym wiąże się żywot gwiazdy rocka. Mnie te motywacje były zupełnie obce, bo postrzegałem siebie jako artystę, który robi to, co robi, by dać upust kreatywności, by wyrazić siebie i zgłębiać własne wnętrze. Tworzenie było także rodzajem terapii i pozwalało zachować pełnię zdrowia psychicznego. Idea dążenia do zdobycia gwiazdorskiego statusu wydawała mi się wręcz absurdalna. To był początek końca Kyuss. Dzisiaj Josh jest dokładnie tam, gdzie chciał się znaleźć. I ja także jestem tam, gdzie pragnąłem być. Różnica jest, jak widzisz, dosyć klarowna. (śmiech)

Adam Gościniak

Zdjęcia: archiwum artysty