BORDERLINE COLLIE – przyjemna bezczelność

Borderline Collie tworzy soundtrack do filmu pt. „Życie ludzi pierwotnych”. Widzimy walkę o każdy dzień, o ogień, wreszcie fascynację dźwiękiem, prymitywnym, rytmicznym uderzaniem gałęzi o kamień, próby okiełznania tego żywiołu. Słuchając drugiej płyty wrocławskiego duetu (gdzie znajdziemy persony odpowiedzialne chociażby za szumny debiut Torn Shore) możemy bez problemu dotrzeć do korzeni czegoś, co przez wieki ukształtowało się w twór zwany muzyką. Nie czekajcie na łatwe i przyjemne dźwięki. Ta płyta ma drażnić. Borderline Collie, niczym niemiecki reformator przybija swoje pytania na drzwiach z napisem „church of noise”. Czyżby nadchodziła kolejna reformacja?

Na początek bezboleśnie – kilka dosłownie słów na temat historii zespołu, bo informacji na Wasz temat mało jest…

Łukasz: Z Dawidem poznaliśmy się, gdy dołączyłem na krótko do jego poprzedniego zespołu – Objects. Dogrywanie się nie zajęło nam długo, ale zamiast pochylać się nad starymi kawałkami, zaczęliśmy robić nowe – część z nich znalazła się później na debiucie Torn Shore, część przepadła. Początki B/C to po prostu spontaniczna sesja nagraniowa zorganizowana w przerwie od innych prac. Pewnego jesiennego dnia spotkaliśmy się w podziemnym garażu, który słynął z mocnego, naturalnego pogłosu i zarejestrowaliśmy tam kilka utworów. Improwizacja bez planów, dogrywek czy jakichkolwiek uzgodnień co do formy utworów. Dopóki nie usłyszał tego Michał z Oficyny Biedota, nie było nawet mowy o formalizowaniu tego projektu czy też kontynuacji.

Dawid: B/C wzięło się ze wspomnianego przez Łukasza garażu. Jak jeszcze mieszkałem w tamtym miejscu, czasem schodziłem w podziemia pograć. Reverb był potężny (śmiech). Kiedyś moja koleżanka zapytała, czy nie chciałbym skomponować muzyki do jej sztuki teatralnej. Nie miałem nic, ale postanowiłem coś nagrać. Zgadałem się z Łukaszem, wpadł któregoś dnia. Nagraliśmy trochę improwizowanych akcji. Było już za późno, żeby stworzyć soundtrack do wspomnianej sztuki, ale zostało to gdzieś na naszych dyskach.BC band

Spotkałem się już z bardzo różnymi określeniami Waszej muzyki. Padają słowa: blues, psychodelia itp. Słyszę tu też sporo interesujących wycieczek w stronę nawet dość luźno rozumianych dronów. Co w zasadzie… gracie? Jaka jest Wasza definicja?

Dawid: Dla mnie to blues. Staram się podkreślać, że jest to muzyka improwizowana. Dlatego tak brzmi. Jeśli chodzi o gitarę, to pomimo tego, że gram głównie agresywną muzykę (poza B/C), wydaje mi się, że bliżej mi do gitary bluesowej niż do np. metalowej.

Łukasz: Jakkolwiek próbuję to teraz nazwać, brzmi naciąganie jak cholera. Strumień-świadomości-country-core. Może być?

Może. Funkcjonujecie jako duet; dlaczego tak skromnie? Nie ukrywam, że gdzieś tam pewnie ktoś stwierdzi , że to wynik mody, bo teraz duety są szaleńczo popularne…

Łukasz: Dobrze się nam razem gra. Zdarza nam się porozumiewać bez słów. Wszystko jest na swoim miejscu, ale gdyby znalazła się trzecia osoba, która odnalazłaby się w tym setupie, to czemu nie? Niektórzy wychodzą z założenia, że muszą mieć całą orkiestrę, żeby coś zabrzmiało tak, jak tego chcą i nie ma w tym nic złego. Nam po prostu nie trzeba więcej, niż mamy.

Dawid: Podoba mi się surowa struktura duetu. Bez zbędnych ozdobników. Z Łukaszem gramy razem w innym zespole, znamy się muzycznie bardzo dobrze, personalnie też. Wydaje mi się, że jakby w tym projekcie uczestniczyło więcej osób, kompletnie straciłoby to swój charakter. Znów wracam tu do kwestii bluesa: rozbudowany blues to Eric Clapton… Surowy blues to Son House, który śpiewa kawałek i klaszcze, nawet nie używając gitary.

Łukasz: He, he, Eric Clapton. To nazwisko często pada w naszych rozmowach jako symbol przepychu, bluesowej przaśności i definicja czegoś przeciwnego do tego, co chcemy robić…

Wspomnieliście o improwizacji. Czym dla was jest taka forma muzykowania? Bo nie jest to improwizacja w rozumieniu skalowym, jazz itp. Tylko coś do czego bardziej pasuje mi słowo „lot” bądź też „trans”.

Łukasz: Dla mnie to strumień świadomości. Czasami jest to bełkot, innym razem coś dziwnie harmonijnego niczym glosolalia…

Dawid: Nie opisałbym tego lepiej. Tak właśnie jest. Improwizacja zaczyna się tutaj od pojedynczych dosłownie dźwięków, od uderzenia łańcucha o werbel lub dźwięku strojenia gitary. To niemalże obskurnie minimalna forma tego, co nazwałeś improwizacją skalową. Jest to też trochę nasze przekleństwo, bo sfera koncertowania jawi się jako dość wątpliwa… Sprawdziliśmy – te kawałki kompletnie nie brzmią, kiedy próbujemy je „odegrać”.BC grafika

Ale czy to oznacza, że pozostajecie tworem tzw. „studyjnym”? Czy te wspomniane próby koncertowe zamykają temat, czy będziecie próbować jednak przełożyć muzykę na scenę, bo przyznam, że to co słyszę na płycie, mogłoby w pewnych miejscach fajnie zagrać. Dodam – w kameralnych miejscach, bo nie do wszystkich miejsc się nadaje…

Łukasz: Póki co pewnie pozostaniemy tworem kanciapowym. Moim marzeniem jest jednak stworzyć kiedyś tło do jakiejś sztuki lub filmu i wystąpić na żywo.

Dawid: Chcielibyśmy, bez wątpienia, ale obawiam się nieco formy takiego występu. Tak, jak mówi Łukasz, ta muzyka mogłaby się sprawdzić jako tło. Na pewno byłoby to duże wyzwanie. Nie przekonamy się, jeśli tego nie zrobimy…

BORDERLINE COLLIE II W dobie rządów mediów społecznościowych, zachowanie czegoś w rodzaju incognito jest nie lada wyzwaniem. BC się to udaje, bo mimo, że wiadomo gdzie panowie pogrywają, pozostają dość tajemniczym projektem. Duecik opiera swoją muzykę na improwizacji, używając szczątkowych dźwięków gitar i bębnów. I okazuje się, żeBC Okładka można w ten sposób stworzyć już drugi pełny album. Album, który zaskakuje i nie pozostawia nikogo obojętnym. Bo też i dźwięki BC są nietuzinkowe, w swojej… enigmatyczności. Nie wiadomo w zasadzie, jak je nazwać. Ok, często pada słowo blues, jednak jest to tylko umowny znak-sygnał. Grupa proponuje muzykę pozbawioną kręgosłupa, wymykającą się percepcji. Minimalizm, oszczędność w operowaniu dźwiękami i atmosfera psychodelicznego, narkotycznego rytuału nie opuszczają słuchacza ani przez chwilę. Czasami ów minimalizm zaczyna denerwować, bo jeśli przez siedem minut duet generuje pojedyncze brzmieniowe plany, człowiek czeka, co się wreszcie wydarzy. Awangarda? Za duże słowo. Raczej archetypiczna forma wydobywania dźwięku. Muzyka odarta z ozdobników, wolna od kulturowego balastu, choć czasami zaskakująco rytmiczna („Undercut”). Prymitywna. I jako taka wywołująca emocje. Czasem skrajne. A to już dzisiaj duża sztuka…

Intryguje mnie forma nagrania, bo brzmi ono bardzo surowo, garażowo wręcz… Faktycznie warunki były prymitywne, czy tak to miało brzmieć?

Dawid: To nagranie to absolutne przegięcie wszystkiego, co można sobie wyobrazić (śmiech). Pierwotnie nagraliśmy dwie sesje w naszej sali prób, tylko po to, aby stworzyć piloty pod kawałki, które tym razem chcieliśmy profesjonalnie zrobić i zaaranżować. Mieliśmy zerwać z improwizowaną formą, głównie z powodu kwestii koncertowej, o której rozmawialiśmy przed chwilą. Lo-fi nagrywka przeleżała jednak dobre pół roku na naszych dyskach… Pewnego dnia Łukasz uznał, że trzeba to zebrać w drugi album. Zaangażowaliśmy w mix i master Olka Wilka (wokalista Torn Shore), który potrafi na komputerze zrobić wszystko. Kiedy usłyszał „surówkę”, powiedział, że jesteśmy idiotami i że jak to wydamy, to „odlajkuje” fanpage Borderline Collie… Spędziliśmy w trójkę cały bardzo, bardzo długi wieczór i okazało się, że Olkowi udało się wyciągnąć z tego coś, co według niego nie przekracza granicy „niesłuchalności”, a według nas brzmiało naprawdę bardzo ok, więc finalnie – udało się. Wszystko było nawet nie DIY, a DIYLAFYO (do it yourself like a five year old). Lubię takie akcje.

Łukasz: Moim zdaniem wszelkie profesjonalne próby zarejestrowania tego materiału spieprzyłyby jego odbiór. Zbyt duża przejrzystość dźwięku wytrąciłaby słuchacza z pewnego introspektywnego stanu, w którym chcemy, aby się znalazł. Dzięki takiej formule pozostajemy incognito niczym w osnutej dymem, piwnicznej knajpie.

Dawid: Dokładnie, ta niedoskonała forma rejestracji to też trochę jakby trzeci członek składu lub kolejny instrument. Po prostu komponent całości.

Chcąc nie chcąc – wpisujecie się bardzo gładko w cały ten lo-fi trend i macie dużą szansę, żeby załapać się na uwagę snobistycznych hipsterów. Pomijając kwestię przypadku – obserwujecie, co dzieje się na tej całej, alternatywnej scenie? Macie faworytów, czy raczej nie interesuje was, co w klubach Manchesteru grywa się weekendami?

Łukasz: Nie wiem nawet o co chodzi z tym Manchesterem, he, he. Lo-fi jest spoko, bo daje efekty szybko, nie angażuje w produkcję nadmiernej ilości osób, pozwala uzyskać oryginalne brzmienie i zachować w pewnym sensie nad nim kontrolę. Pomimo tego, że nie mam bladego pojęcia o tym, co się gra teraz w Manchesterze, to słucham wielu współczesnych rzeczy, szczególnie elektronicznych. Jaram się też starym graniem pokroju Stana Getza czy Nancy Wilson.

Dawid: Osobiście, nie wiem o jakich zjawiskach piszesz. Duety jakie znam i bardzo lubię to Woody Alien, Solids, Big Bussiness, ’68. Niemniej jednak zdaję sobie sprawę, że pewnie część osób odbierze to tak, jak to opisujesz, chociaż sam nie za bardzo nie wiem, co słychać w Manchesterze. Z tego co wiem, hipsterzy słuchają raczej techno (śmiech).

Hipster czy nie, snobizm będzie, tym bardziej, że oprócz kompaktu jest i kaseta. Winyl też się szykuje, czy już byłoby za dużo dobrego?

Dawid: Na razie CD, chyba, że znajdzie się jakiś szaleniec, który będzie chciał wydać to na winylu. Byłoby to przyjemnie bezczelne (śmiech).Nagranie w podziemiu

To, co mówicie, stoi w sprzeczności z ideą „promocji”. Macie jakiś pomysł, by jednak „sprzedać” ten krążek? Tym bardziej, że to kawał całkiem oryginalnej i zaskakującej muzyki…

Łukasz: A ktoś w ogóle kupuje te płyty od BDTA? Przecież on je na bank rozdaje na tych ich wydawniczych posiadówach co weekend (śmiech).

Dawid: Przy tej okazji oczywiście ściskamy naszego ulubionego wydawcę w kraju! Co do promocji, wysyłamy maile tu i tam… Poprzednia płyta spotkała się z całkiem pozytywnym odzewem (jeden dziennikarz nawet nominował ją do płyty roku na łamach portalu T-Mobile), więc jednak cicho liczymy, że ktoś może posłucha tej nowej.

Dobra, na koniec zdradźcie, bo macie szczerość na twarzach wypisaną, gdzie jeszcze hałasujecie i co macie w planach na nadchodzący rok?

Dawid: Na pewno sporo rzeczy związanych z Torn Shore (płyta, trasa, dużo koncertów). Myślę, że zrobimy też trzeci Bordeline Collie, a może założymy w dwójkę jeszcze inny zespół? Wszystko możliwe. Oprócz tego ja osobiście w planach mam jeszcze dwa inne projekty, ale na razie kompletnie nie ma o czym mówić.

Łukasz: U mnie póki co spokojniej. Prace nad drugim albumem Torn Shore zabierają mi większość wolnych chwil, przez co nieco ucierpiał mój zdalny projekt Agorafobia oraz uśpione ostatnio Perspecto. Mimo tego nie przestajemy rozprawiać o nowych projektach, więc niewykluczone, że powstanie coś nowego.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu