BEHEMOTH – Trzeba być aroganckim

Behemoth startuje niczym odrzutowiec. Wydaje się, że po latach wybojów znowu wszystko jest na dobrej drodze. Nowa płyta The Satanist, nowy image, plany i monstrualna ilość koncertów. I jak zwykle cała kopa kontrowersji, które przyczepiły się zespołu i to już się nigdy nie zmieni. Z Orionem umówiłem się mroźnym wieczorem w tymczasowej siedzibie Behemoth, jednak na miejscu ani śladu zimna. Jest gorąco, jak w sztabie przed bitwą. Przygotowania do premiery idą pełną parą, zespół zastałem podczas podpisywania całej sterty płyt. Z Orionem zamelinowaliśmy się w zespołowej próbowni. Po okazjonalnym sprawdzeniu sprzętu Inferno (ostatnia okazja, bo Zbyszek już niedługo będzie okładał zupełnie nowy zestaw perkusyjny…) i obadaniu sprzętu przeszliśmy do konkretów…

Moralny relatywizm

Mikro BehemothDzisiaj mogę to już przyznać bez bicia. Jakiś czas temu zwątpiłem w Behemoth. Choroba Nergala, szum medialny, cały ten cyrk, który spowodował, że nazwa Behemoth pojawiła się pod strzechami ludzi, którzy z metalem nigdy nie mieli nic wspólnego. Zwątpiłem, bo przewidywałem, że Nergalowi spodoba się blichtr szołbiznesu i wraz ze ściętymi włosami wymięknie. Nic bardziej mylnego, bowiem okazało się, że na przekór wielu pobożnym życzeniom, grupa nie rozpadła się, nie została stemperowana i oswojona. Ba, po kilku latach powraca silniejsza i z najlepiej przyswajalnym materiałem. I nadal budzącym skrajne opinie – od zachwytów po niezadowolenie. Jednak Ner z kolegami nie nazywaliby się Behemoth, gdyby postanowili gładko prześliznąć się przez sieć purytańskich poglądów społeczeństwa. Nazwanie płyty „Satanista” jest prowokacją i wyzwaniem rzuconymrozmowa w gębę zaściankowej muzyki. Zapewne grono osób, postrzegających Behemoth jako oddział zdecydowanie złych ludzi, znowu się poszerzy, co w kontekście kontrowersji jest jak najbardziej na miejscu. Mój rozmówca ma na ten temat inne zdanie, obnażające hipokryzję pokutującego tu i ówdzie wizerunku zespołu – „Myślę, że to wartościowanie człowieka, czy jest dobry, czy zły, jest tylko kwestią punktu siedzenia. Chyba w tym co myślimy jest więcej zwrócenia uwagi na wszelkiego rodzaju relatywizmy, głównie te moralne, jeśli już o tym mówimy. W powszechnym spojrzeniu na nas trochę tego brakuje. Zwróć uwagę, że płyta nie nazywa się „I’m The Satanist” i nie jest to przypadkowy zabieg. Ludzie patrzą na zespół przez pryzmat tego co robimy i tak nas oceniają. Nie przeszkadza to nam i jest w tym jakaś celowość, że podając się ludziom niejako na tacy, wsadzamy kij w mrowisko. Abstrahując od samego słowa satanista, które zresztą pewnie dla każdego z nas znaczy trochę co innego i patrząc na nas z mojego punktu widzenia, moi przyjaciele są dużo lepszymi ludźmi, niż większość tych których znam, afiszujących się dość mocno po drugiej stronie barykady. Zwykle mówienie o sobie jako o kimś dobrym, z obiektywnym dobrem ma niewiele wspólnego. A w nas samych jest dużo wszystkiego, zarówno jednej strony, jak i drugiej. Mamy potrzebę poznawania. Nie boimy się o tym mówić i zawierać takich przemyśleń w utworach”.

Behemoth jeszcze niedawno kończył masywną, choć przerwaną przez wiadome wydarzenia, promocję poprzedniej płyty „Evangelion”. Od jej wydania minęło już niespełna pięć lat, można zatem pokusić się o refleksję i krótką ocenę tego, co wówczas udało się zrobić. „Jeśli już doszukiwać się tego typu podsumowań – komentuje Orion – myślę, że dołożyliśmy tak wielu starań technicznych na poziomie edycyjnym materiału i podczas samej jego rejestracji, że odebraliśmy tej płycie nieco ludzkiego czynnika. Jeśli miałbym się dzisiaj do czegoś przyczepić, to niektóre momenty są za bardzo mechaniczne, za mało organiczne, na pewnym etapie zaczyna brakować w nich człowieka. Kiedy skończyliśmy produkować „Evangelion” i zaczęliśmy grać koncerty, nie mieliśmy jeszcze pomysłu na kontynuację, to było poza naszym zasięgiem. Ta przerwa, choroba Nera bardzo ułatwiły myślenie o kolejnym materiale”.

Trzeba być aroganckim

Trzeba być aroganckim

Przed długi czas osobą, wokół której skupiała się uwaga miłośników metalu był Nergal i jego zmagania z chorobą, a przecież ostatnie miesiące przyniosły inną zmianę, mianowicie zmagającego się z wyrostkiem Inferno zastąpił na kilkunastu koncertach, znany chociażby z Decapitated perkusista Krimh. Zmiana znacząca, warto zatem poświęcić jej chwilę uwagi. „To młody człowiek, ale jako perkusista jest bardzo ukształtowany, określony – opowiada Orion – to maszyna, która się nie myli. Zagraliśmy kilka prób i wiedzieliśmy, że będzie dobrze. Gra się z nim inaczej niż z naszym oryginalnym bębniarzem. Inferno jest bardzo dynamiczny, wybuchowy, pod jego ręką i kopytem perkusja staje się żyjącym instrumentem. Kerim jest z kolei dokładny do bólu, równy i okiełznany. Za każdym razem gra identycznie, każde uderzenie precyzyjnie się zgadza. Inferno pozwala bardziej żyć temu co gra. To był inny feeling, inna wibracja na scenie. Mieliśmy taki pomysł, żeby spróbować wpłynąć na Kerima, żeby grał podobnie do Zbyla, ale zrezygnowaliśmy z tego słysząc jak pracuje. Trzeba było go pokazać nie wpływając na niego, pokazać jego samego. Byliśmy z nim pewni siebie, Kerim jest profesjonalistą w pełnym tego słowa znaczeniu. Przyłożył się bardzo do powierzonego mu zadania i jesteśmy mu za to cholernie wdzięczni. A poza sceną, to człowiek-duch. Pojawia się za perkusją, robi swoje, znika i nie istnieje. Nie ma z nim żadnych problemów. Nie przypominam sobie jakichś znaczących wywrotek czy super zabawnych sytuacji, w których nie umielibyśmy się odnaleźć”. Także mój rozmówca musiał zmierzyć się z brutalną materią fizycznych ograniczeń i niespodzianek, co ma przecież niebagatelny wpływ na funkcjonowanie zespołu; na szczęście, dzisiaj potężny basista Behemoth jest zwarty i gotowy, choć na swoje problemy z kręgosłupem patrzy realnie – „Szału nie ma. Przeszedłem to już parę razy, mam za sobą kilka rehabilitacji, na stół mnie jeszcze nie położyli, choć chcieli kilka razy. Pociąć się nie dam, jak długo mogę wyciągnąć się z problemów wszystkimi innymi sposobami. Chcemy robić wszystko coraz lepiej i więcej, ale organizm się psuje. To jedyna rzecz, na którą nie mamy realnego wpływu…”.

Cykl

Mikro BehemothCzas zatem przejść do meritum, czyli nowej płyty… Pierwszą konkluzją, która pojawia się wraz z dźwiękami jest pytanie – ile razy, do cholery, pojawia się tu słowo szatan?! Bo na pewno więcej niż raz. A nawet kilka razy… „Nie robiliśmy statystyki. Powinniśmy dojść do liczby 666 – śmieje się Orion – coś się zmieniło w sposobie przekazu, jaki stosuje Nergal. Wszystko wydaje się być bardziej oczywiste, bezpośrednie. Nie szukamy rozwiązań, które nikogo nie urażą, nie omijamy czegoś tylko z takiego powodu, skończyło się takie myślenie. Jeśli ma paść jakieś słowo to pada bez litości i jest tego całe mnóstwo…” Przecież owo słówko już kiedyś zagościło na okładce. Chodzi o płytę „Satanica”. Czy można zatem uznać „The Satanist” za zamknięcie pewnego okresu, rozpoczętego wspomnianym krążkiem, czy jest to swego rodzaju klamra, puentująca najbardziej twórczy i intensywny czas w życiu zespołu? „Generalnie, jest to trochę dorabianie filozofii i nadinterpretacja – broni się Orion – jeśli się jednak przyjrzeć, można taką analogię wysnuć. „Satanica” była płytą, na której wszystko się przewartościowało. Dla Nergala to bardzo ważny materiał. W zespole działy się wtedy dość poważne sytuacje i “Satanicę” nagrywał w dużej części sam… Minęło kilka lat… „The Satanist” jest 10 krążkiem i my widzimy to tak, że ta płyta mogłaby spokojnie zakończyć naszą karierę, bo byłaby doskonałym podsumowaniem wszystkiego, do czego udało nam się dojść. Jednocześnie jest dla nas nowym otwarciem i przełomem, tak muzycznie jak i mentalnie. To wszystko ma kształt cyklu; jeśli patrzeć na czas, jesteśmy w momencie zwrotnym…”. Skoro przy tytule jesteśmy, czas poruszyć kwestię medialnego odzewu, a raczej tego, czy dla gazet i redaktorów to słówko nie stanowi czegoś w rodzaju orzecha, którego nie można zgryźć. Okazuje się, że odzew jest więcej niż dobry. Orion: „Mamy najlepsze w historii przyjęcie, jeśli chodzi o dziennikarzy i fanów w ogóle. Właśnie dowiedzieliśmy się, że wygraliśmy tzw. souncheck w niemieckim MH. Docieramy do wcześniej niedostępnych nam mediów: recenzja w The Guardian, w Polityce, wywiad w BBC. Każdego dnia spływają tony materiałów i recenzji, chwali się nas bardzo poważnymi słowami i gwiazdkami. Jest tego w tej chwili tak wiele, że przestajemy już to ogarniać i wciąż dokładamy nowe rzeczy… Niedługo otworzysz lodówkę a tam Behemoth… Świat związany z metalem nie robi z tych problematycznych słów zagadnienia, wszyscy rozmawiają i są ciekawi o co w tym chodzi. Pojawiają się też czasem zapytania z prasy tzw. opiniotwórczej, brukowej, odzywają się regularnie śniadaniowe telewizje itp…”. Z drugiej strony, to właśnie całe zamieszanie, robione przez media nie związane na co dzień z tzw. metalem powoduje, że Behemoth powraca bardziej furiacki, radykalny i zarozumiały. Rzucający wszystkim wyzwanie. Zespół nie ma złudzeń, że tylko taka postawa może prowadzić do sukcesu. Zgadza się z tym Orion – „Trochę tak jest… Składa się na to każdy pojedynczy element. Sam tytuł albumu, wszystko to, co się na płycie dzieje i nasza zuchwałość, to kim jesteśmy i do jakiego etapu doszliśmy, jako ludzie i jako artyści. Im większy opór, tym silniejsza nasza reakcja. Nie dzieje się to dla samego faktu drażnienia ludzi, my tacy jesteśmy, to wypływa ze środka. Nie wszystkim musi się to podobać i rozumiem to. Mi z kolei nie podoba się stanie z boku i bierne przyglądanie się bez reakcji. I też chcę być rozumiany. Przytoczę tu sławne zdanie, powiedziane przez znanego managera – jak Ci się nie podoba, to spierdalaj! Po prostu. To dziś nie brzmi dla mnie jak coś obraźliwego. Bardziej jak dość istotny element stanowienia o sobie samym. Przestaliśmy się ścigać i naginać do kogokolwiek. Staramy się przekazywać w muzyce wyłącznie to, co chcemy i przestaliśmy mieć z tym jakikolwiek problem”.

I tu właśnie dochodzimy do definicji nowego materiału, który zamyka się w trzech słowach, najlepiej opisujących to, co zespół prezentuje w 2014 roku: „arogancki dojrzały radykalizm”. Orion podkreśla szczególnie jeden element tej układanki – „ważne jest słowo „dojrzały”. Cieszę się, że to słychać, nawet jeśli trzeba było na to pracować pół życia, to było warto. Radykalizm również nie bez znaczenia, mało w nas kompromisów, jeśli w ogóle jakieś są. A aroganccy byliśmy zawsze, nie wstydzimy się tego. Artystyczna arogancja nie kłóci się dla mnie w żaden sposób ze zwykłą ogładą i klasą, którą można mieć jako człowiek”.

Pozostaje nieco drażniący wątek stylistyki, bowiem zespół zawsze balansował na granicy death i black metalu, czasami delikatnie przechylając się w którąś ze stron. Okazuje się, że tym razem przeważa black i choć niżej podpisany słyszy tu jednak death, szczególnie na poziomie wulgarnej siły i fizycznego aspektu muzyki, Orion ma wyraźnie inne zdanie – „Rozmawialiśmy z wieloma dziennikarzami i fanami, którzy słyszeli “The Satanist” i po raz pierwszy spotykam się z takim zdaniem. Ja osobiście, tego o czym mówisz nie słyszę na płycie. W ogóle chyba nie przykładamy już dawno do tego co robimy tego rodzaju kategorii. Nie zamierzaliśmy poprowadzić muzyki w tę stronę, wszystko zdarzyło się naturalnie i po prostu z nas wypłynęło. Dla mnie jest muzyce Behemoth dziś dużo więcej myśli, atmosfery, pracy całością aranżacji, utworem niż death metalowego myślenia. Z mojego punktu widzenia, patrząc na trzy poprzednie płyty, ta ostatnia jest najmniej death metalowa”.

jest w tym jakaś celowość, że podając się ludziom niejako na tacy, wsadzamy kij w mrowisko

jest w tym jakaś celowość, że podając się ludziom niejako na tacy, wsadzamy kij w mrowisko

Aspekt marketingowy

Mikro BehemothNiewątpliwie każdy zwrócił uwagę na okładkę nowej płyty, bo jest wyraźnie inna od poprzednich obrazków. To już prawdziwa sztuka przed duże „S”, dekadencja i tajemnica. Zespół dolewa oliwy do ognia, opowiadając o krwi Nergala, która ponoć została do malunku wykorzystana przez rosyjskiego malarza, Denisa Forkasa. Okazuje się, że owo „ponoć” nie ma tu miejsca. „Patrząc na historię artworków związanych z wydawnictwami muzycznymi, parę zespołów użyło już wcześniej krwi do grafik – opowiada Orion – w naszym przypadku ta historia jest dość istotna, nie wieje z niej tanim horrorem i nie ma na celu przestraszenia nikogo. W życiu Nera był taki moment, kiedy krew stała się najbardziej znaczącym elementem – białaczka, przeszczep szpiku, co wiąże się z nową krwią od dawcy w systemie organizmu. Późniejsze, regularne testy, oddawanie krwi do badań… Nergal się bardzo przyzwyczaił do myślenia o krwi jako tym centralnym punkcie, w okół którego wszystko się kręci, chwieje i od którego zależy życie i śmierć. Przymusowo i siłą rzeczy. To, w jaki sposób jego krew znalazła się w farbach użytych do namalowania obrazów do “The Satanist” jest dość prostą i z pozoru pewnie nawet trywialną historią. Ale nie dla nas i nie dla niego. Ner jadąc do szpitala, by po raz setny oddać krew do testu, poprosił pielęgniarkę o dodatkową fiolkę krwi i wysłał ją Denisowi. Tym samym została umieszczona fizycznie w treści jego prac. Autentyczność sytuacji potwierdza film, który można obejrzeć na DVD dołączonym do rozszerzonego wydania płyty”.

Wszystko wskazuje na to, że instytucja o nazwie Behemoth znajduje się na etapie dużego rozruchu. Szef kramu jest w dobrej formie, wszystkie elementy układanki wróciły na swoje miejsce… „Behemoth jest w tej chwili na tyle silnym tworem, że chwilowa zmiana na jakimś stanowisku, nie burzy tej struktury – zapewnia Orion – różne rzeczy się zdarzają – wystarczy złamać rękę i ktoś będzie musiał zastąpić na chwilę któregoś z nas. Ale ten skład jest nie do rozbicia, nie wyobrażamy sobie tego inaczej. Nikt nie czuje zagrożenia swojej pozycji, współpracujemy w tym układzie już długo i jest tylko lepiej. W ten sposób buduje się również zaufanie wśród fanów.TSB Osobiście brakuje mi go do zespołów, które są tylko zbiorem sesyjnych muzyków wyznaczonych do wykonania określonego zadania. Ani na płytach nie ma wtedy chemii ani na scenie… Wracając do instytucji – wszystkiego uczymy się sami. To szkoła życia, którą trzeba przejść samemu, trzeba przejeździć dziesiątki tysięcy km w kurewsko ciasnym busie, sprzedać jakiejś firmie płytę na wieczność za czapkę gruszek, zrobić kilka kretyńskich deali, przejechać się na swoich błędach, zjeść kanapkę ze szkłem, wrócić z paru tras z potwornymi długami i jeszcze całe mnóstwo rzeczy, które nie należą do przyjemnych. Dzisiaj mamy to za sobą. Działamy znacznie sprawniej, co nie oznacza, że mamy mniej pracy. Wręcz przeciwnie. Zespół jest dużo większy niż kiedyś, jest więcej osób zaangażowanych w ten projekt i zawsze trzy miliony spraw do załatwienia. Dużą większość robimy sami, nie mamy managementu w tej części świata. Coraz większy udział w tej historii mamy ja i Inferno, jeden człowiek fizycznie nie jest w stanie zrobić wszystkiego, więc dzielimy się pracą i obowiązkami. Jesteśmy cholernie trudnym zespołem do współpracy. Nie chciałbym być po drugiej stronie i współczuję ludziom, którzy muszą się z nami męczyć…”.

Wypalony realizator…

Mikro BehemothZa „The Satanist” nie stoją tylko muzycy i ich ciężka praca przy stworzeniu konceptu i całej otoczki , która gwarantuje rozpoznawalność płyty a także sztab realizatorów i co się z tym wiąże – perypetie, które doprowadziły to obsuwy premiery albumu. Pierwotnie miał ukazać się jeszcze w ubiegłym roku, warto zatem przybliżyć całe zamieszanie. „Sama sesja nagraniowa była najbardziej płynną i prostą, porównując do kilku poprzednich – nie ma wątpliwości Orion – wiedzieliśmy czego chcemy, nie chcieliśmy więcej niż wiedzieliśmy. Poza tym, otaczamy się w trakcie pracy ludźmi, którzy wiedzą więcej od nas. Poszczególne etapy produkcji powierzamy różnym osobom, większość z tych ścieżek była już przetarta. To działanie daje dodatkowy wymiar brzmieniu płyty i całemu efektowi końcowemu. Myślę, że gdyby od początku i do końca nagrywać w jednym miejscu, to bez względu na to jakie by to miejsce nie było i jaki mistrz nie siedziałby za konsoletą, coś byśmy materiałowi odebrali. Chociaż i tym razem mieliśmy mały wypadek – niezaplanowaną sytuację z której musieliśmy jakoś wybrnąć… Premiera była wyznaczona na wrzesień 2013. Miksem zajmował się Colin Richardson. Po pięciu tygodniach… zrezygnował z pracy. Po prostu powiedział: panowie – cześć, wypaliłem się, skończyłem i nic więcej z tego nie wypłynie… Dlatego musieliśmy wszystko przesunąć. To cała lawina wydarzeń, reakcja łańcuchowa. Byliśmy zmuszeni odwołać dużą trasę w USA, znaleźć nową osobę, by dokończyć produkcję. Pojawiło się kilka nazwisk, między innymi Matt Hyde. Mieliśmy konkretną wizję brzmienia, wysłaliśmy mu ścieżki do próbnego miksu, ale dostaliśmy od niego pierwszy miks i był… zły. Bardzo zły. Zaczęliśmy trochę wątpić we własną ocenę, myśleliśmy, że przesadzamy, baliśmy się, czy nie przeprodukujemy płyty… Postanowiliśmy zatem zrobić inaczej niż zawsze – wysłaliśmy Matt’owi maila (nie wierząc chyba do końca w powodzenie całej akcji…), w którym opisaliśmy, co chcemy osiągnąć, ale nie technicznym językiem. Pisaliśmy słowami, które z muzyką nie mają nic wspólnego – używaliśmy nazw kolorów, przestrzeni, emocji a nie technicznego żargonu. Po trzech dniach dostaliśmy drugi miks i powalił nas na kolana… Facet zrozumiał każde słowo dokładnie tak jak tego chcieliśmy”.

Orion nie jest zadowolony z rozmowy...

Orion nie jest zadowolony z rozmowy…

Te zawirowania automatycznie nasuwają pytanie o koszty takiego, bądź co bądź, ogromnego przedsięwzięcia. W tym temacie Orion okazuje się być dyplomatą, jednak ujawnia co nieco z działu księgowego – „szczerze mówiąc – nie odpowiem tak, jakbyś chciał. Bo nie wiem… W jakiejś chwili zgubiliśmy się w tym rachunku. Pamiętaj, że obok samej produkcji muzyki, podczas powstawania płyty jednocześnie dzieje się także dużo innych rzeczy. Sto niezaplanowanych wydatków. Wtedy przestaje wystarczać przeznaczonych na to pieniędzy i bierze się je ze środków przeznaczonych na inne, przyszłe wydatki. To wszystko się kumuluje i wtedy gubi się rachubę. Ok, za tę płytę moglibyśmy nagrać albo trzy „Demigody”, albo półtora „Evangeliona”.

Siedzimy w kanciapie, wokół tony sprzętu. Muszę przyznać, że taka sytuacja mnie nakręca, kiedy widzę to podniecenie przed zbliżającymi się koncertami, niemal fizycznie wyczuwane napięcie. I jestem wtedy w stanie uwierzyć, że Behemoth to coś więcej niż zwykły zespół. Coś więcej niż przedsiębiorstwo. Może – fenomen? Pytam Oriona o nadchodzące miesiące i oczywiście zostaję zasypany ilością pracy czekającej na Behemoth – „Trasę „The Satanist” zaczynamy w lutym – będzie nowa setlista i nowa scenografia. Jak zwykle chcemy zagrać największą trasę – w tej chwili będzie Europa, w marcu przerwa i festiwal w Norwegii, kwiecień to wyjazd do USA, potem bardzo duża trasa w Rosji (dojedziemy aż do Władywostoku…), następnie większość wakacyjnych festiwali. We wrześniu jadę z Vesanią na trasę po Europie, na początek października zaplanowana jest trasa Behemoth w Polsce, listopad to Ameryka Południowa i już zaczynamy bukować kilka tras na przyszły rok…”. Czy trzeba czegoś więcej? Chyba jedynie życzyć zespołowi… no właśnie – czego?! „Żebyśmy byli zdrowi, z resztą sobie poradzimy – podpowiada Orion – to jedyna rzecz, która może nas przez chwilę ograniczyć…”.

Zatem – zdrowia i wiatru w czarnych żaglach…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu / Janek Fronczak – jb-foto.pl (zdjęcia podczas wywiadu)

Mikro BehemothKONKURS!!!

Dla wszystkich wytrwałych, którzy przeczytali wywiad, mamy mały konkursik. Dla szczęśliwca, który odpowie na poniższe pytanie, wydawca ufundował egzemplarz płyty „The Satanist”.

Pytanie konkursowe brzmi:

Ile fiolek krwi Nergala zostało użytych do namalowania obrazu zdobiącego okładkę płyty „The Satanist”?

Odpowiedzi kierować na adres: arek.violence@gmail.com