AZARATH – Ponad przeciętnością bogów

Zaledwie kilka dni mija od premiery piątego dzieła Azarath, a już teraz nie mam skrupułów, by napisać, że oto ukazała się najważniejsza płyta deathmetalowa od naprawdę wielu lat. „Blasphemers’ Maledictions” to fenomen, który na powrót napełnia ten gatunek treścią i sprawia, że znów jest muzyką o czymś, a nie wypranym ze znaczenia popisem profesjonalnych muzyków. Istotę albumu, jak również szereg ostatnich zmian w zespole przybliżył nowy wokalista i gitarzysta Azarath – znany wcześniej z Anima Damnata i Thunderbolt Necrosodom.

Kilkanaście miesięcy temu środowisko metalowe obiegła wieść, że po odejściu Bruna, to ty przejmujesz obowiązki frontmana Azarath. Jak doszło do tego, że znalazłeś się w zespole?

Hail Satan! Pod koniec 2009 roku zapytano mnie, czy nie zastąpiłbym Bruna, ponieważ ówczesna trasa była jego ostatnią. Nie widziałem powodów, aby odmówić. Pewne fakty pozwoliły mi nieco wcześniej liczyć się z taką propozycją, więc nie było to dla mnie zaskakującym wydarzeniem. Myślę, że dodatkowym głosem przemawiającym za moją osobą, było to, że już od ponad roku bliżej współpracowałem z Infernem, a on wiedział czego może się po mnie spodziewać. Traktuję mój udział w Azarath jako spore wyróżnienie.

Będąc wokalistą, początkowo grałeś jednocześnie na basie, by później objąć obowiązki gitarzysty. Trudno było zaadaptować się do tak zmiennej sytuacji?

Nie, jak wiadomo, moim głównym instrumentem była zawsze gitara. Materiał przyswajam sobie dość szybko. Poza tym znajomość utworów od strony wokalnej, dodatkowo skraca czas nauki. Fakt, iż miewałem już w przeszłości basowe epizody w różnych zespołach, również miał znaczenie.

Jednym z pierwszych koncertów, jakie wspólnie z Azarath zagrałeś, był wasz występ Armageddon Festival w Londynie. Jak to się stało, że w ogóle pojawiliście się wśród Watain, The Devil’s Blood czy VON? Jak zapamiętałeś tamtą imprezę?

Zaproszono nas do udziału w tym rytuale, a takich propozycji się nie odrzuca. Tego dnia byłem ciekaw tylko trzech ostatnich zespołów. Żałuję, że nie graliśmy pierwszego dnia festu, kiedy to Nifelheim rozdawał karty, ale towarzystwo Watain uratowało sprawę. The Devil’s Blood też ciekawie wypadł, pomijając kilka wesołych piosenek w stylu Maryli Rodowicz. Rozczarował mnie trochę Von, spodziewałem się więcej piekła, a dostałem w zamian kilku podejrzanie wyglądających kloszardów, wpatrzonych w swoje instrumenty. Nie byłem w zbyt dobrej formie tego wieczoru, ale mimo to pozostawiliśmy po sobie bardzo dobre wrażenie, nie tylko wśród publiczności.

„Blasphemers’ Maledictions”. Powiedziałbym, że to najbardziej natchniona płyta Azarath. Zgodzisz się?

Z pewnością takie wrażenie można odnieść już w kontakcie z okładką, której pewne elementy mogą przywoływać myśl o „Casus Luciferi” (drugi album Watain – przyp. cyp.). Okładka z kolei powstała tak, aby korespondowała z lirykami i była ich najdoskonalszym odzwierciedleniem. Moje liryki zawsze oscylowały wokół tematów życia i śmierci, pełno w nich odniesień do paranormalnych bytów. Trudno mi stwierdzić, czy jest to najbardziej natchniona płyta Azarath, na pewno posiada najbardziej dopracowaną konceptualnie treść. To ciągle język Węża, ale pełniejszy w metafory, gdzie jest mniej pisania wprost..

Materiał zawarty na dotychczasowych wydawnictwach twojej macierzystej formacji – Anima Damnata – jak również większość numerów na dwóch ostatnich płytach Thunderbolt, był w przeważającej mierze twojego autorstwa. W jakim stopniu udało ci się odcisnąć ślad na zawartości „Blasphemers’ Maledictions”, i na ile świadomy był to udział?

To za dużo powiedziane. W Anima Damnata tworzę większość muzyki dopiero od chwili odejścia Bestial Crushera. W Thunderbolt dzieliliśmy się tym z Paimonem mniej więcej po połowie. Mój wkład w komponowanie nowego Azarath to cała zawartość liryczna albumu. Zgłaszałem swoje sugestie do muzyki dopiero, gdy dostawałem już gotowe zarysy od Barta i Inferna. W tej materii decydujący głos mieli oni, choć przyznam, że nie upierałem się przy swoim zdaniu. Z jednej strony nie chciałem ingerować w muzykę w sposób zdecydowany z obawy przed zbyt wyraźną zmianą stylu Azarath, lub upodobnieniem go do zespołów, w których gram albo grałem. Uważałem, że mój staż jest w tym zespole jeszcze zbyt mały i musi upłynąć jakiś czas, żebym był w pełni świadomy jego muzycznej strony. Teraz widzę bezzasadność swoich dylematów, bo w świetle dotychczasowych wydawnictw, album totalnie zaskakuje i wymyka się porównaniom.

W Azarath, pod płaszczem deathmetalowej bezwzględności, zawsze udawało się przemycić nieco black metalu. Śmiało można powiedzieć, że na „Blasphemers’ Maledictions” jest go znacznie więcej niż kiedykolwiek wcześniej w dyskografii zespołu. Kto albo co było za to odpowiedzialne?

Każdy z nas słucha Black Metalu. Jakieś 90 % wszystkiego, czego sam słucham, to Black Metal. „Blasphemers’ Meledictions” jest nieograniczoną ekspresją naszych pomysłów, które mogą nie być wolne od wpływów, więc nie ma się czemu dziwić. Jeśli słuchasz zróżnicowanej muzyki, to poszerza to twoją wyobraźnię i sposób komponowania. Zajebiście jest czasem odejść od utartych schematów, odświeżyć przewidywalną formułę i uwolnić to, co od dawna czekało na ujście, zachowując przy tym oryginalność. Każde szczere dźwięki wychodzą od ich twórców w sposób naturalny, a każdy świadomy słuchacz to doceni.

Wszystkie teksty na płycie wyszły spod twojego pióra. O ile dotychczasowe liryki Azarath były dość jednoznaczne w swym przekazie, o tyle zastanawia mnie, czy zdecydowałeś się tchnąć jakiegoś nowego ducha, w jakiś sposób zmodyfikować dotychczasowe bezeceństwa, które towarzyszyły waszej opętanej muzyce?

Nie szukałem żadnych rewolucyjnych rozwiązań. Na pewno zależało mi na silnym zarysowaniu tego kim jesteśmy jako zespół, zachowując jednocześnie podniosłość utworów. Pomimo zmian w muzyce, Azarath wciąż dumnie kroczy ścieżką Lewej Ręki i nie wyobrażamy sobie zmian pod tym kątem. Sposób, w jaki piszę jest na pewno mniej bezpośredni, a moc Ciemnej Strony kryje się za językiem bogatszym w metafory i dwuznaczności. Zawsze chciałem pisać teksty bardziej mistyczne i wyrafinowane, niż typowe rozpierdole w oparach siarki i od paru lat tak własnie robię. Mam swój naturalny styl, w którym najlepiej się czuję i dlatego wymowa albumu jest taka a nie inna. Ona definiuje naszą tożsamość. Te liryki to Wąż oplatający trzon idei jakie towarzyszą Azarath.

Coraz częściej przy okazji rozmów z zespołami satanistycznymi pada określenie „teistyczny satanizm”. Jaki masz do niego stosunek? Czym – w dużym skrócie – jest satanizm dla ciebie?

Kiedy spotkałem się z tym terminem po raz pierwszy, mój pogląd na takie podejście był diametralnie inny niż dzisiaj. Uważałem wówczas, że tacy wyznawcy nie różnią się niczym od gorliwie wierzących chrześcijan i wywoływało to u mnie uśmiech politowania. Jednak kiedy zdałem sobie sprawę z tego, jak silnie mogą oddziaływać symbole ładowane fanatyczną energią, przy jednoczesnym zgłębianiu Ciemnej Strony, wtedy zweryfikowałem swój punkt widzenia. Dle mnie Satanizm to dążenie do doskonałości, kształtowanie rzeczywistości – i nie tylko – według wolnej woli. To droga indywidualizmu, siły i rebelii wiodąca ponad przeciętnością bogów i prawami śmiertelników.

Premierę „Blasphemers’ Maledictions” poprzedziła EPka „Holy Possession”. Poza utworem tytułowym, zawarto na niej nową wersję „Rebel Souls” Damnation. Skąd wzięła się idea zrobienia tego numeru z Azarath? I jakim doświadczeniem było dla ciebie uczestnictwo w wykonaniu tego leciwego już hymnu?

Kiedyś zaproponowałem przygotowanie tego numeru z myślą o koncertach, a reszta zespołu się zgodziła. Jakiś czas potem zdecydowaliśmy się go nagrać i to cała historia. Zajebiście jest grać ten numer z osobami, które tworzyły Damnation. Na pewno w przyszłości zaprezentujemy go nie raz na żywo.

Od kilkunastu miesięcy, coraz częściej słyszy się nazwę Deus Mortem. Parę słów o tym tworze, proszę…

Po rozpadzie Thunderbolt, kontynuowanie zbliżonego stylistycznie kierunku było dla mnie oczywiste. Byłem tak uzależniony od atmosfery tego zespołu, że nie mogłem sobie pozwolić na bierność. Deus Mortem jest tego efektem, założonym w grudniu 2008 r. Inferno dołączył w połowie 2009 i od tamtej pory mamy zarejestrowany pierwszy album. Lirycznie to najbardziej osobista rzecz jaką przyszło mi nagrywać. Starałem się na tym albumie w pełni wyrazić siebie w odniesieniu do świadomości istnienia sfer, których nie ogarniamy fizycznymi zmysłami. Muzyka DM oparta jest na klasykach Black Metalu i w niewielkim stopniu Thrash Metalu. Planowalismy wydanie splitu z Tortuorum, czyli nowym zespołem Paimona (lider Thunderbolt – przyp.cyp.), ale niestety pracują jeszcze nad ukończeniem nagrań. Przed końcem sierpnia, za pośrednictwem Witching Hour ma ukazać się EP, a płyta – mam nadzieję – przed końcem roku.

Premiera płyty już za nami, a pod koniec lata czeka Azarath trasa koncertowa po kraju w bardzo doborowym towarzystwie. Na co należy być przygotowanym, idąc na któryś z tych koncertów?

Szykuje się niezły rozpierdol w składzie Bulldozer, Azarath, Witchmaster, Infernal War i Deus Mortem. Zarówno w imieniu Azarath jak i Deus Mortem mogę zapewnić, że zobaczycie nas w szczytowych formach. Zadbaliśmy też odpowiednio o wizualną stronę naszych sztuk, co dodatowo uwypukli nasz przekaz. Po niewypale z koncertami w kwietniu, wręcz nie możemy się doczekać.

Dzięki za rozmowę.

Rozmawiał Cyprian Łakomy