AT THE GATES – Sami przeciw wszystkim

Lista zespołów, które mimo rozpadu lata temu nie wróciły, aby raz jeszcze zagrać na żywo czy po długiej przerwie wydać album, robi się coraz krótsza. Niedawno skreśleni z niej zostali Szwedzi z At The Gates, ponieważ po blisko dwóch dekadach zarejestrowali piąty i wyjątkowo mocny studyjny krążek At War with Reality. Okazuje się, że okrzyczana jako najważniejsze dokonanie w historii zespołu płyta „Slaughter of the Soul” i nowe wydawnictwo mają ze sobą wiele wspólnego. O tym jak funkcjonuje zespół, atmosferze towarzyszącej sesji nagraniowej oraz wizytach w Polsce, opowiedział gitarzysta Anders Björler.

Każdy z Was ma poza At The Gates inne zespoły. Co skłoniło Was, żeby jednak nagrać nową płytę z macierzystą formacją?

Pewnie nie uwierzysz, ale nie podjęliśmy tej decyzji na jakimś walnym posiedzeniu. Po prostu któregoś dnia miałem potrzebę nagrania pomysłów, które chodziły mi po głowie od jakiegoś czasu i wysłałem to chłopakom. Szybko podpalili się tematem i zainspirowani przeze mnie, także zaczęli działać. To było właśnie tak proste.

Nie unikniecie oskarżeń o robienie kasy na powrocie i wydaniu nowej płyty. Co masz na swoją obronę?

Wydajemy nową płytę tylko dlatego, że mieliśmy taką potrzebę, z żadnego innego powodu. Więcej pieniędzy zarobilibyśmy wracając co jakiś czas na kilkanaście dużych koncertów, a w tej sytuacji jesteśmy znów normalnie funkcjonującą kapelą. Gdybyśmy chcieli dużo zarobić, musielibyśmy koncertować bez przerwy. Nie piszemy się już na to, ponieważ każdy z nas ma pracę, rodzinę, dzieci. At The Gates jest dziś dla nas jak hobby, ponieważ od zespołu nie zależy już nasze życie.

Co było powodem rozpadu kapeli w 1996 roku?

Mieliśmy wtedy po 22-23 lata i byliśmy zupełnie innymi ludźmi niż teraz. Wszystko działo się tak niezwykle szybko, być może za szybko. Po „Slaughter of the Soul” intensywnie koncertowaliśmy. Do tego stopnia, że to nas przerosło. Byliśmy w trasie non-stop przez osiem miesięcy. Brzmi fantastycznie, ale właściwie nie płacono nam za grę. Oczywiście, wszędzie kupowano nam mnóstwo piwa, ale to miało raczej zgubne skutki. Krótko mówiąc, było zbyt dużo alkoholu i choć byłem bardzo zadowolony z tego, co osiągnęliśmy jako zespół, nie widziałem dla nas przyszłości. Podjąłem decyzję o zakończeniu działalności. Poczułem potrzebę zrobienia czegoś także dla siebie. Wróciłem na studia, aby zdobyć wykształcenie. Dosłownie kilka miesięcy później dołączyłem do Jonasa i Adriana w The Haunted, ponieważ nie byłem w stanie funkcjonować bez muzyki.

Sami przeciw wszystkim

Sami przeciw wszystkim

W 2008 wróciliście, ale tylko chwilowo…

Tak naprawdę już gdzieś w okolicach 2003-04 rozmawialiśmy o pomyśle, aby wrócić na kilka festiwali, ale skończyło się na gadaniu. Potem ciężko było znaleźć na to czas, ponieważ The Haunted urosło do statusu bardzo aktywnej kapeli. Okazało się, że po nagraniu „Versus” mamy trochę czasu przed startem trasy. Między majem a wrześniem zagraliśmy około trzydziestu koncertów i byliśmy oszołomieni przyjęciem. Mieliśmy zapał i chęci, aby kontynuować, ale nie było już na to czasu. Udało się dopiero w 2011. Trochę żałuję, że te występy były reklamowane jako ostatnie w naszej historii, bo wyszedł z tego niepotrzebny dramatyzm, a przecież już rok później daliśmy kolejne koncerty. To był bardzo fajny czas, ale brakowało nam kreatywnej strony działalności, czyli tworzenia nowego materiału.

Czym ta sesja nagraniowa różniła się od poprzednich, jakie emocje jej towarzyszyły?

Największa różnica polega na tym, że w latach 90. budżety nagraniowe były tak małe, że wszystko robiliśmy w pośpiechu i w stresie. Poza tym byliśmy wtedy miernymi muzykami, co słychać wyraźnie na pierwszych płytach. Dziś reprezentujemy inny poziom, a w studio używamy metronomu. Poza tym poświęciliśmy dużo czasu na przygotowanie porządnego demo, więc wchodząc do studia mieliśmy materiał gotowy w stu procentach. Na szczęście udało się nam uniknąć presji mediów, ponieważ przez siedem miesięcy, podczas których powstała płyta, całe przedsięwzięcie było utrzymane w sekrecie. Dało na to komfort, że jeśli pewnego dnia uznalibyśmy, że jednak nie wchodzimy z tym do studia, nikt nie dowiedziałby się o tym. Dopiero na początku 2014 daliśmy informację, że płyta powstaje, bo wtedy byliśmy już pewni, że to co stworzyliśmy satysfakcjonuje nas w zupełności. Do studia weszliśmy w lipcu, bo chcieliśmy dać czas tym numerom, aby zaczęły żyć własnym życiem. Praca w studio przywołała stare wspomnienia, nie obyło się bez nostalgii.

Czy na nowej płycie są jakieś pomysły, które leżały w szufladzie od czasów „Slaughter of the Soul”?

Kończąc działalność w 1996 roku nie pozostawiliśmy po sobie nic, co można by wykorzystać dziś. Musieliśmy zacząć od samego początku. Teraz, gdy „At War with Reality” jest gotowa, my nie przestajemy tworzyć. Powstają już kolejne numery.atgband

Nie chciałem nawet o to pytać, ale sam wywołałeś temat kolejnego albumu…

Oczywiście, nie mam pewności co przyniesie przyszłość, ale atmosfera w zespole jest tak fantastyczna, że nie wyobrażam sobie, abyśmy poprzestali tylko na tej jednej płycie. Niczego nie mogę obiecać, ale rozmawiamy o tym.

Aż trzy różne wytwórnie wydały Wasze cztery pierwsze albumy. Co zdecydowało o wyborze labela przy okazji piątej płyty?

Od lat świetnie znamy się z Leifem Jensenem z Century Media. Zresztą od wielu lat są wydawcą The Haunted. Adrian zna ich poprzez współpracę z Paradise Lost, a Thomas z Nightrage. Swoimi kanałami dowiedzieli się, że robimy nowy materiał i skontaktowali się z nami. Nie chcieli nawet słuchać tych kawałków, zagwarantowali nam zupełną wolność twórczą. Potraktowali nas fantastycznie.

Miałeś 19 lat jak ukazywała się Wasza pierwsza płyta. Dziś masz 41 lat. Czy cokolwiek w metalu zaskakuje Cię jeszcze?

Niewiele, aczkolwiek chciałbym, aby metal poszedł w bardziej eksperymentalną stronę. Być może idzie, ale ja tego nie słyszę. To jednak dość ograniczony gatunek. Zaskoczyło mnie to, że wszystkie zespoły, którymi spalałem się jako dzieciak, Slayer, Exodus, Testament, to szczerzy ludzie z dużym dystansem do siebie. Poznałem ich wszystkich i byłem zdumiony, gdy okazało się, że nie tylko znają At The Gates, ale podoba im się nasza muzyka.

Czym jest dla Ciebie dziś death metal?

Kiedy dorastałem liczyły się przede wszystkim amerykańskie kapele takie jak Death, Autopsy, Obituary czy Morbid Angel. One wyznaczały trend. Dziś death metal jest znacznie bardziej zróżnicowany, ale wciąż chciałbym doświadczyć bardziej odważnych, eksperymentalnych, death metalowych płyt.

Twierdzisz, że chciałbyś usłyszeć coś nowego w death metalu, a sam z At The Gates nagrałeś album, który mógłby ukazać się dwadzieścia lat temu. Czegoś tu nie rozumiem…

„At War with Reality” jest pomostem łączącym lata 90. z dniem dzisiejszym. Zależało mi na tym, aby zachować kontynuację w brzmieniu i stylistyce. W przyszłości będę chciał pójść w stronę eksperymentowania, szukania nowych przestrzeni.

Odnośnie tytułu płyty. Z kim walczycie w tej wojnie?

Dobre pytanie, ale nie mam na nie bezpośredniej odpowiedzi. Wyobraź sobie, że ten tytuł Martin miał w głowie od dwudziestu lat. Thomas wziął go na warsztat zainspirowany iberoamerykańską literaturą i realizmem magicznym. Niesie za sobą egzystencjalny przekaz. Jeśli chodzi o religię czy politykę, wszyscy w zespole mamy podobne poglądy, ale nie uważamy za sensowne mówić o tym wprost, jako zespół, ponieważ to odbiera słuchaczowi wolność do własnej interpretacji.

Wasze płyty z lat 90. dziś uznawane są za klasyki. Co Twoim zdaniem jest ich największą zaletą?

Pierwsze dwie płyty były źle przyjęte w tamtym czasie. Mieliśmy okropne recenzje w prasie. Dopiero po czasie zostaliśmy docenieni. Myślę, że mogą się podobać, bo mają unikalne brzmienie. Słuchamy muzyki klasycznej, folku czy jazzu i być może to w jakiś sposób przełożyło się także na brzmienie At The Gates. „Terminal Spirit Disease” oraz „Slaughter of the Soul” przypadły ludziom do gustu ze względu na bezpośrednie kompozycje i ładunek melodii.Press_Photo_01

Wiele młodszych zespołów, szczególnie amerykańskich, wymienia At The Gates jako dużą inspirację. Słyszysz Wasze wpływy w brzmieniu innych kapel?

Często słyszę, że ludzie to powtarzają, ale nie słyszę tego w samej muzyce. Wydaje mi się także, że inne szwedzkie kapele, takie jak Soilwork czy In Flames w dużo większym stopniu wpłynęły na młodsze zespoły. Na pewno to także zasługa Meshuggah, których twórczość zainspirowała wiele metalcore’owych grup.

W 1995 zagraliście koncert w Krakowie. Jakie masz wspomnienia z tamtego dnia?

Kraków bardzo nam się podobał. Do tego stopnia, że w zeszłym roku byłem tam na urlopie z Mikaelem z Dark Tranquillity. Odwiedziliśmy dzielnicę żydowską, spróbowaliśmy pysznego polskiego jedzenia, łaziliśmy po rynku. Pojechaliśmy także do Auschwitz, ponieważ nie byliśmy tam wcześniej. Jeśli chodzi o tamten gig, zdaje się, że graliśmy z Unleashed i Merauder. Całość odbywała się w studio telewizyjnym i brzmieliśmy fatalnie. Mimo to przyjęcie było wspaniałe. Publika szalała. Zrobiliście na nasz wielkie wrażenie.

Szczególnie tym bardziej zaskakuje brak koncertu w Polsce w ramach trasy, która startuje w listopadzie…

W tym roku już się nie uda, ponieważ nie wyrobimy się z czasem. Jestem przekonany, że przyjedziemy do Polski w 2015 roku. Bardzo mi na tym zależy.

Rozmawiał Adam Drzewucki

Zdjęcia: archiwum zespołu