ARTYKUŁY ROLNE – Bez złudzeń…

Nowa płyta krakowskich (choć nie tylko…) Artykułów Rolnych jest w jakimś sensie – posobnie zresztą, jak „Błoto” Jesieni – symptomatyczna dla ewoluującej sceny niezależnej w Polsce, jest także odpowiedzią na warunki, jakie rządzą tym biznesem. A może jest po prostu efektem dojrzałości i braku kompromisów zespołu, który świadomie stawia się w kontrze do tego całego biznesu. Czym to się kończy, wiadomo, przynajmniej w wymiarze komercyjnym, nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z jedną z najciekawszych tegorocznych propozycji post noise’owej, alternatywnej niszy, sytuującej się gdzieś na obrzeżach szeroko pojętej j, krajowej alternatywy. Jeśli spodobała się wam płyta „Dobrze to już było” nowe dzieło, przekornie (czyżby jakaś sugestia?) zatytułowane „Jeśli możesz, zostań w domu”, na pewno was zaskoczy. O reszcie zeznawał (odpowiedzialny też za hałasy w Próchnie i Obiektach) gitarzysta i wokalista Bartosz Leśniewski 

Zaczniemy lajtowo i przyjemnie – powiedz jak się czuje człwoiek, który maczał palce w trzech najfajniejszych płytach w tym roku – Obiekty, Próchno, teraz Artykuły… Duma? Czy może niedosyt?

Bardzo się cieszę, że udało mi się współtworzyć trzy mocno odmienne płyty, popełnione z trzema totalnie różnymi składami, zarejestrowane w różnych miejscach, według zupełnie innych zasad. Każdy album to inny sound, inna muzyka, inne emocje – cieszę się, że zróżnicowanie tych produkcji jest natychmiast wyczuwalne. To jest dla mnie najważniejsze.

Takie płyty to satysfakcja, ale czy – i tu dotykam wiadomego tematu – nie ma irytacji, że z takimi składami nie ma szans na długie trasy koncertowe? Na coś więcej niż dwa koncerty w zaprzyjaźnionych klubach?

Sytuacja koncertowa na rok 2019 wygląda u mnie następująco – Artykuły Rolne w wersji live są zawieszone, bo wyprowadziłem się do Poznania i nie ma szans na jakieś regularne próby, które temu zespołowi do grania koncertów są potrzebne. Może w przyszłym roku coś zrobimy? Fajnie by było, bo ten nowy materiał na żywo może nieźle gadać. Moglibyśmy przebudować seta koncertowego i wywalić z niego kawałki, które już tłukliśmy po 20 czy 30 razy… Obiekty zagrały dwie traski. Obie artystycznie kapitalne. Dotarliśmy się, pokumaliśmy na scenie – dla tego typu grania to najważniejsza sprawa. Myślę, że w przyszłym roku spróbujemy zrobić trzecią nogę, Mam nadzieję, że koledzy będą chcieli jeszcze pograć „Czarne miasto”. Żywotny jest oczywiście duet Leśniewski/Nowacki, który może grać zawsze i wszędzie, kiedy w jednym miejscu jestem ja i Maciek. No a Próchno? Zagraliśmy jeden koncert na Rób Szum. W grudniu będą jeszcze dwa. Płytę przyjęto ciepło, teraz zobaczymy czy publiczność jest zainteresowana tym zespołem w wersji scenicznej.  Wracając do Twojego pytania – pograłoby się traski, pojechało na tydzień w Polskę (i nie tylko), ale fajnie by było, gdyby publika dopisywała i ludziom chciało się chodzić do klubów. Bo energia włożona w organizację przelotu musi się zwrócić. A niestety, nie zawsze tak jest. Bo to, że małe koncerty stały się jeszcze mniejsze, jest już definitywnym faktem. I obstawiam, że to się nie zmieni. Po co iść na koncert dwóch kapel za 30 złotych, skoro latem na jednym feście masz wszystko?

…i zanim do AR przejdziemy, to o tym właśnie. Otworzyłeś Puszkę Pandory polskiego niezalu. Temat rzeka, o którym dyskutują mądre głowy i nic mądrego nie wymyślą, bo teoria sobie a życie sobie. Zatem brutalnie: po jaką cholerę grać dla tych dwóch koncertów i pięciu sprzedanych płyt?

Z jednej strony, logicznie rozumując – nie warto. Może lepiej na ryby pojechać? Zmienić hobby? Z drugiej – jak trochę posiedzisz w domu bez grania, po pewnym czasie i tak będzie cię nosić. Może trzeba mieć jakieś założenia? Chociażby takie, że robisz to do momentu, aż odnotujesz wyraźny spadek energii. Trzy koncerty na debecie energetycznym lub finansowym? Ok, wracam do szafy na pół roku. Albo do studia lub salki prób, grać dla czystej przyjemności, bez sytuacji koncertowych. Jeśli mam się bawić w jakieś ogólne przypuszczenia, to dochodzę do wniosku, że trasy i pojedyncze koncerty szeroko pojętych grup niezależnych (nie mam na myśli tutaj subkultury punkowej czy metalowej – z moich obserwacji wynika, że tam jest znacznie lepiej) skazane są na klęskę. Dochodzimy do pewnej dość istotnej zmiany – ludzie, którzy do tej pory przychodzili na te koncerty, przestają się nimi interesować. Są w tym wieku, że ich życie organizuje praca, dzieci, dom, a nie wychodzenie na miasto na koncert mało znanej grupy czy debiutantów. Do tego masz wszystko w necie – na Bandcampie czy Spotify, możesz posłuchać w domu na kanapie, na ulubionym sprzęcie. A potencjalna, młodsza publiczność ma inne gusta, nie jest zainteresowana muzyką graną przez trzydziestoparolatków, czy też osoby starsze o 10 czy 15 lat. Do tego dorzućmy wspomniane festiwale, gdzie masz w jednym miejscu przez trzy dni wszystko, czym teoretycznie powinieneś się zainteresować. Co nam zostaje? Jak chce się grać dla większej publiczności, to trzeba liczyć na to, że ktoś cię zaprosi na support lub na jakiś festiwal czy większą imprezę dotowaną lub sponsorowaną.

Bez złudzeń...

Bez złudzeń…

Zespołów bardzo dobrych jest mnóstwo, może wręcz za dużo na niezal… Inna sprawa, że trudno dzisiaj stwierdzić, co jest, hmmm, modne, co jest zaskakujące. Improwizacja powoli się przejada, na horyzoncie nie ma jakiejś rewolucji. Jeśli takowa jest w ogóle możliwa…

Wszystkiego jest za dużo, a ludzie są zmęczeni monstrualną ofertą muzyczną. Nie mają na nią ani siły, ani ochoty. Myślę, że dziś nie ma szans na żadne rewolucje w tej branży. Gusty kreują festiwale czy playlisty streamingowe (jak tam jesteś, to ktoś nawet bezwiednie cię posłucha) – reszta to grupy wzajemnej adoracji. Co zrobić, żeby pośród 250 premier w danym miesiącu ktoś sięgnął po Twoją muzykę? Nie wiem.

Może jest tak, to moja teoria, że tzw „alternatywa”, poza doskonałą, często oryginalną muzyką, nie ma do zaoferowania czegoś aroganckiego, jakiejś otoczki, tego PR-u, który przyciąga tłum. Takie porównanie: zobaczmy Batuszkę: muzyka wtórna, w zasadzie nic oryginalnego, ale otoczka spowodowała, że usłyszał o nich świat… Może tego brakuje?

Nie wiem. Chciałbyś się przebierać za jakiegoś pajaca z pochodnią w dupie, bo wtedy przyjdzie na Twój koncert 100 osób?

To teoria, ale stajemy przed dylematem. Grać, czy rozwijać karierę. Szukać nowych brzmień czy nowych słuchaczy. Dylemat, niczym być albo nie być…

A czy to nie jest pytanie „być czy mieć”? Dłubię w niszy nisz, nie zarabiam i będę zarabiać na życie koncertowaniem. Jeszcze mam siłę i ochotę, więc to robię. Jak mocy zabraknie, czymś innym wypełnię sobie popołudnia.

A na razie wypełniasz czas graniem np. w Artykułach Rolnych. Przyznam, że ta płyta mnie zaskoczyła, szczególnie w kontekście „Dobrze to już było”…

Żywioł psychodelicznej improwizacji ustąpił teraz miejsca twardym strukturom. Tamten album był zapisem spontanicznej sesji, którą w 2016 roku odbyliśmy z Alessandro Incorvaią, naszym włoskim kumplem, który otwierał wiele naszych koncertów. Z tego powodu płyta miała luźny charakter, w stu procentach improwizowany – rejestrowaliśmy sesję, nawet nie licząc, że będzie z tego jakieś wydawnictwo. Teraz sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Materiał na nowy album był tworzony podczas prób. Wiele z tych kawałków szlifowaliśmy przez rok czy półtora, kilka powstało już przed samą sesją. Ale nikt nas nie gonił, wszystko odbywało się w naturalnym tempie. Powstało osiem kawałeczków, z których trzy od dawna były w secie koncertowym.

Przyznam, że powstało dzieło oryginalne i jednocześnie świadczące o pewnej, że tak to ujmę, desperacji. Coś w rodzaju postawienia wszystkiego na jedną kartę. Czy można potraktować płytę jako swego rodzaju odpowiedź na te nieco beznadziejne w swoim przesycie czasy?

Nigdy nie graliśmy jakichś humorystycznych songów, piosenek do nucenia przy piwku. Wydaje mi się, że konsekwentnie mówimy jak jest, bez jakichkolwiek złudzeń. Zawsze tak było. Nadziei nie straciliśmy, bo nigdy jej nie mieliśmy. Warto jednak zaznaczyć, że podczas sesji dobry humor nas nie opuszczał.

Bezkompromisowość tej muzyki (brzmieniowa i aranżacyjna…) powoduje, że powstało dzieło, tworczo przetwarzające klasykę gatunku. Pytanie czy to jeszcze noise rock czy coś zupełnie nowego?

Zawsze uważałem, że znajdujemy się na styku noise rocka, punk rocka i psychodelicznej muzyki improwizowanej. Zmieniały się tylko proporcje poszczególnych składników. Raz dominował wpierdol, czasem były riffy i minutowe kawałki, innym razem rozlewaliśmy dźwięk bardzo szeroko. Na „Jeśli możesz, zostań w domu” to wszystko też jest. Masz punkowy „Kredyt” z gościnnym udziałem Darka Eckerta z Inkwizycji, noiserockowe „Niewiele” czy kosmicznych „Bezdomnych”. To wszystko się łączy ze sobą – ale faktem jest, że na tej płycie jesteśmy bardziej zwarci niż na „Dobrze to już było”. I pewnie można to wrzucić do jakiejś szufladki – i ten noise rock dobrze się w sumie do tego nadaje.

W dodatku tytuł jest złośliwy, szczególnie w kontekście słabej frekwencji na koncertach…

Akurat tytuł został bezczelnie podebrany z alertów pogodowych, które w sezonie letnim były wysyłane do wszystkich posiadaczy telefonów komórkowych w naszym kraju. Brzmiało to mniej więcej tak: „Uwaga, możliwe opady gradu, burze, silny wiatr, możliwe przerwy w dostawie prądu, dlatego jeśli możesz, zostań w domu.” Trochę liczyłem na to, że jak wyjdzie ten album, to też taki sms pójdzie w Polskę. Niestety, nie udało się. Ale może jeszcze nas kiedyś bezwiednie zareklamują?AR+Expert

Właśnie, reklama… sytuacja zatacza koło. Płyta na razie „ukazała się” w internecie, i nasuwa się pytanie, czy to znak czasów, brak cierpliwości do wydawców, czy poczucie, że oficjalne wydawanie płyt, szczególnie na tej scenie straciło sens?

Zadecydowaliśmy, że płyta ukazuje się tylko i wyłącznie w formie cyfrowej. Nośnik fizyczny jest w odwrocie, nie ma sensu tłuc 200 czy 300 egzemplarzy, żeby potem 170 zostało w kartonie – jak jakiś wyrzut sumienia. Ludzie preferują wygodniejszą, wszędzie dostępną i – co najważniejsze – darmową cyfrę. Ciężko z tym dyskutować. Ja mam wielką słabość do płyt kompaktowych i winyli, ale naprawdę trzeba mierzyć siły na zamiary. A skoro zespół gra mało koncertów, to nie może liczyć właściwie na żadną sprzedaż. Najprawdopodobniej zrobimy jakąś ściśle limitowaną samoróbkę dla tych, którzy naprawdę chcą mieć coś takiego w domu. Jakby co – zapraszam na priwa, robimy listę zainteresowanych. Jak uzbiera się kilka osób, to coś zmajstrujemy.

Skoro tak, co będziecie sprzedawać na koncertach (śmiech). Naklejki? A może ta sytuacja będzie inspiracją dla zupełnie nowych pomysłów promocji muzyki…

Mamy kupę merczu z poprzednimi płytami. Greg ma pół piwnicy zawalone towarem. Są cedeki, jest też winyl „Dobrze to już było”, na który, niestety, publika nie rzuciła się tak jak sobie wyobrażaliśmy (śmiech). Jest co sprzedawać.

Czy myślisz, że ta płyta może coś zmienić? To zawoalowane pytanie o nadzieję w tym beznadziejnym miejscu…

Zero złudzeń. Ten album nic nie zmieni.

I w ten sposób powstał najbardziej niezależny materiał roku. Żadnych złudzen, żadnych nadziei, żadnych powiązań… Czysta, absolutna muzyka niezależna. Nie za bardzo pesymistyczne?

Myślę, że nie. Raczej nie pesymistycznie, a może bardziej realistycznie? Jak odkroisz oczekiwania, to możliwość ewentualnego rozczarowania zostaje zmarginalizowana. Poprzedni materiał nosił tytuł „Dobrze to już było”, czyli już na wysokości 2016 roku dokładnie wiedzieliśmy jak sprawy wyglądają.

Czy w takim kontekście można jeszcze pytać o tzw. przyszłość i plany?

W przyszłym roku chcielibyśmy wydać jeszcze jeden materiał, który już został nagrany. Po prostu na pierwszy ogieńJeśli możesz… poszedł materiał z „Jeśli możesz…”. Ta kolejna płyta jest już obrabiana przez Grega Tomę, który wybiera zarejestrowane dźwięki, pracuje nad tym produkcyjnie, obrabia itp. Będzie trochę niespodzianek, bo sesja odbyła się w kwartecie. I będzie to kierunek improv-psych. Na sesję wpadł jeszcze jeden człowiek, chwycił za gitarę i tak po raz kolejny Artykuły Rolne stały się kwartetem. Natomiast co do koncertów, to trochę doskwiera odległość pomiędzy Poznaniem i Krakowem. Ten zespół musi grać próby – wtedy kształtują się pomysły, skład się dociera, lecą iskry. Niemniej jednak nie składamy broni i zespół ma się dobrze.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Archiwum zespołu