ANTIGAMA – Prujemy na nieznaną planetę

Świat bez Antigamy byłby uboższy. Szczęśliwie, na razie nam to nie grozi, bo nasi naczelni piewcy inteligentnego grindcore’a, po pobudce „Stop the Chaos” prują do przodu jak szaleni i nie można nie zauważyć, że ostatnie lata były dla nich najlepszym czasem w karierze. Teraz przypominają się krótką płytą „Depressant”, która bez odkrywania nowości, pokazuje, że zespół jest w rewelacyjnej formie a riffy Sebastiana Rokickiego – który był moim rozmówcą – nabierają dodatkowego, może i lekko przebojowego sznytu. W każdym razie – większość pieśni z tej płyty na długo zagości w koncertowych setlistach. 

W tej chwili Antigama to idealny balans pomiędzy szaleństwem a muzyczną dojrzałością (Sebastian Rokicki)

Zaintrygował mnie Twój Awatar facebokowy – przekreślona nutka – nie lubisz reguł w muzyce? Lubisz iść pod prąd?

No cóż, chyba zawsze tak było w moim przypadku, kiedy na początku lat 90-tych w Polsce szalał death metal, ja grałem w zespole Garden of Worm, który tworzył dosyć nieszablonową i niepopularną muzykę jak na owe czasy – mieszaninę grindcore, funk, jazz, noise. Potem urodziła się Antigama, która nigdy nie była normalna. W sumie, cały czas czuję się jak outsider – nie interesują mnie współczesne zespoły, trendy, mody – przeżyłem tego już sporo robiąc to, co kocham najbardziej – tworząc swoje dźwięki.

Nie interesują mnie współczesne mody…” – niby tak, ale przecież Antigama jest uważana za bardzo nowoczesny zespół, znak naszych czasów. Czy dzisiaj możesz uznać Antigamę za swoje najlepsze i najważniejsze osiągnięcie? Muzyczne? życiowe?

Tworzę swoje dźwięki

Tworzę swoje dźwięki

Tak, zdecydowanie. Gramy już prawie 18 lat, przez ten czas wydaliśmy kilka płyt i zjeździliśmy kawałek świata ze swoją muzyką. Antigama to jak najbardziej współczesny zespół, jednak pracując nad muzyką, inspiruje się głównie rzeczami z przeszłości. To, co obecnie dzieje się w szeroko pojętym terminie „grindcore” tak naprawdę z grindcore’m nie ma zbyt wiele wspólnego.  Być może wynika to z faktu, ze jestem już fizycznie stary, więc nie znajduję zbyt wielu inspiracji we współczesnej muzyce – oczywiście są wyjątki, ale jest ich dosłownie kilka.

Wspomniałeś, że Anti ma już 18 krzyżyków na karku. Niedawno, dla NOISE popełniłem recenzję „Zeroland” i doszedłem do wniosku, że waszą karierę można podzielić na dwie części – na tą do „Stop the Chaos” i wszystko co nastąpiło potem. Czy też tak do tego podchodzisz?

Myślę dokładnie tak jak ty. Stara Antigama to wszystko, co robiliśmy z Sivym – cały ten paranoiczno-schizofreniczny melanż, który dla wielu był nie do zniesienia i bardziej złożoną formę, która zaczęła się wraz z dojściem Pavulona. Nie twierdzę, że to, co robiliśmy z Krzyśkiem było złe – udało nam się wspólnie osiągnąć jakiś poziom „sukcesu” – kontrakt z Relapse, koncerty, promocja etc. Jednakże w tym wszystkim było strasznie dużo niedomówień, ukrytych pretensji, braku kasy, wielu innych problemów wewnątrz, które doprowadziły do tego, ze musieliśmy się rozstać. Nie żałuję niczego. Teraz Antigama jest bardzo mocnym, złożonym organizmem – wszyscy z nas wiedza jak wygląda rzeczywistość grania niepopularnej muzyki, ale my zawsze idziemy pod prąd…

Mówisz, że nie żałujesz… A ja się zastanawiam, czy np. nie żałować faktu, że kontrakt z Relapse przyszedł w momencie, kiedy byliście rozchwiani. Wydaje mi się, że gdyby Relapse odezwali się w okolicach „Meteora”, ta współpraca miałaby dużo większy sens i szanse na powodzenie. Nie żałujesz tej „szansy”, która – nie obraź się – została trochę zaprzepaszczona?

W momencie kontraktu z Relapse każdy oprócz mnie miał ważniejsze sprawy niż zespół. To ja chciałem przeć do przodu bez względu na wszystko, ale reszta nie była już tak bardzo na tak. Siwy robił dużo problemów, bo jak to on nie ma z tego kasy nie dokładając do interesu ani złotówki? Za chwilę Łukasz był na wylocie, bo nie mógł już dłużej współpracować z Siwym i miał swoje sprawy, które musiały się jakoś ułożyć. Do tego musiałem odrzucać propozycje zajebistych tras, bo nie mogłem stanowczo wpłynąć na resztę zespołu. To był bardzo zły czas dla nas, ale nie poddałem się. Myślę, że gdyby kontrakt przyszedł w czasach „Meteora” nasza pozycja na scenie byłaby zgoła inna.  Ale nie chcę oglądać się za siebie i zwyczajnie żałować. Antigama odzyskała formę przy „Stop the Chaos” i wielu ludzi mówiło mi, że teraz Antigama to wreszcie dobrze brzmiący i nie zmącony niczym organizm.

…co nie zmienia faktu, że uważam „Zeroland” za najlepszą płytę Antigamy, ze względu na jej przełomowość… Zgodzisz się?

„Zeroland” był zdecydowanie przełomowym materiałem, który otworzył nam wiele drzwi na świat Tak naprawdę ja już nie pamiętam tej płyty, bo nie słucham swojej muzyki, tym bardziej z tak odległej przeszłości. Wiesz, to była specyficzna sesja, dużo radości, Szymon był z nami – żywy i zdrowy. Podczas tej sesji wiedzieliśmy już, że za chwilę nagrywamy ep-kę dla Relapse, chwilę potem przyszedł kontrakt – stare dobre czasy.

A jednak to dzisiaj Antigama jest w równowadze. Powiedz tak szczerze – co się zmieniło – czy to tylko odejście Sivego, czy co jeszcze? Zmiana zapatrywania na rzeczywistość? Czy jeszcze coś innego? Kiedy nastąpił ten „klik!!”?

Odejście Sivego było impulsem do tego, żeby wreszcie odpocząć od stresu. Stąd wziął się „Stop the Chaos” – tytuł jest idealną puentą na zaistniałą sytuację. Paweł wniósł ze sobą totalny powiew świeżości i hasło: „nie narzekamy tylko robimy”. Atmosfera w Antigamie oczyściła się do tego stopnia, że z pełną werwą zaczęliśmy nowy rozdział w historii zespołu. Zaczęliśmy grać sporo koncertów, odzew na ”Stop the Chaos” i „Meteor” był większy niż się spodziewaliśmy. Dochodziło do ciekawych sytuacji, kiedy ludzie na koncertach podchodzili do nas i mówili, że z Pawłem jest totalna petarda, nikt nie tęsknił za Sivym, ani za naszą muzyczną przeszłością. Teraz jesteśmy jednym organizmem – Łukasz, ja, Sebastian i Paweł. Wiemy jak wygląda życie i nie mamy do siebie żadnych pretensji. To my kreujemy naszą współczesną rzeczywistość i jesteśmy zadowoleni z tego, co do tej pory udało nam się w tym „nowożytnym” składzie osiągnąć. Dużo dobrego przed nami.

Prujemy na nieznaną planetę

Prujemy na nieznaną planetę

Ale jednocześnie – nie wiem, czy się zgodzisz – muzyka Antigamy, wraz z większą werwą i ciągiem na bramkę, zbliżyła się bardziej do tradycyjnego, death/grindowego podwórka. Czyli równowaga i energia okupiona oryginalnością, jakkolwiek by to nie zabrzmiało…

Myślę, że bardziej można by to nazwać powrotem do korzeni i uproszczeniem mocno zagmatwanej formy, która doprowadziła zespół do rozłamu. Już w czasach Krzyska naciskałem na to, żeby grać trochę bardziej na luzie, bez tej całej psycho-spiny. Naeksperymentowaliśmy się do bólu w czasach, kiedy nie było to aż tak modne. Wiesz, ja jestem konserwatywnym grindcore’owcem wychowanym na Napalm Death, Repulsion, Terrorizer, to wciąż we mnie siedzi i cieszę się, że dzięki temu, że jest z nami Paweł, udało mi się to z siebie wreszcie wyrzucić. Wiem, że to był dobry krok. Oczywiście, wciąż jestem fanem awangardy, nieszablonowości w muzyce, ale obecna Antigama to 100% tego, co chcę robić. Myślę, że jakiś pierwiastek szaleństwa i unikalność wciąż w nas drzemie…

To uproszczenie występuje oczywiście w kontekście napierdalania do przodu, bo Twoje riffy nadal pozostają tematem nierozszyfrowywalnym. Zastanawiałeś się czasami nad tym, jak funkcjonuje mózg, który musi te riffy zapamiętać?

Mój mózg funkcjonuje trochę inaczej niż inne, ha, ha, ha. Zdaję sobie z tego sprawę i wielokrotnie było to źródłem wielu rożnych kłopotów i groźnych chorób. Taki już jestem i raczej się nie zmienię. Chcę robić swoje, bo czuję, że to właśnie jest to, co powinienem robić – nie słuchać innych głosów i podążać swoją własną drogą. Być w porządku ze swoim sumieniem – to podstawa!

A podstawa waszej muzyki jest nie z tego świata (śmiech). Widać taka musi być równowaga – Ty odlatujesz w kosmos, a Pavulon trzyma wszystko w ryzach rytmu. Nie może być tak, że wszyscy odlatują, no bo, właśnie – odlecą i wszystko się rozpieprzy…

Jest dokładnie tak, jak powiedziałeś. Paweł trzyma to wszystko w ryzach i sprawia, że całość płynie, a nie rozpada się na cząsteczki. My z Łukaszem z reguły prujemy na nieznaną planetę, ale chłopaki są obok nas i sterują statkiem tak,3 żebyśmy się po drodze nie rozwalili i bezpiecznie wylądowali. To działa.

No to zejdźmy na ziemię. „Depressant”. Skąd ten tytuł?

Z… depresji? Z tego, że nie zawsze życie pisze właściwe scenariusze i każdy z nas nosi w sercu takiego małego lub większego depressanta? To bardzo poważna płyta, naznaczona cierpieniem, brakiem empatii, końcem czegoś ważnego. Tematycznie to chyba najtrudniejsza płyta jaką wydaliśmy.

No to drążmy – ten „koniec czegoś ważnego” mnie intryguje…

To bardzo trudny temat. Musiałbyś porozmawiać z Łukaszem, żeby dowiedzieć się skąd właśnie taka tematyka tekstów na nowej płycie. Powiedzmy, ze spotkała go bardzo trudna sytuacja w życiu i poprzez swoje manifesty chciał opowiedzieć jak się z tym wszystkim czuje. Oczywiście, każdy będzie mógł zinterpretować te liryki na swój własny sposób, ale ręczę, że wiele osób odnajdzie się w tej tematyce… Stąd właśnie tak mocny materiał, stąd takie mocne wokale – chyba najlepsze do tej pory.

Płyta na pewno jest hiper agresywna, mam wrażenie, że po „The Insolent” znowu wróciliście do tych najbardziej ekstremalnych temp i jest jeszcze większy ciąg na bramkę. No i najlepsza okładka w historii Antigamy (śmiech). Kto to wymyślił?

„Depressant” jest na pewno najbardziej ekstremalnym i wymagającym technicznie materiałem, jaki poczyniliśmy w naszej historii. Jednocześnie jest bardzo przejrzysty i pozbawiony wszelkich niedomówień. Okładkę i całą resztę zaprojektował Łukasz, który jest mistrzem w swoim fachu. Muzyka, tematyka tekstów, layout – tutaj wszystko ma swoje miejsce.

Jest to też materiał momentami bardzo, hmmm, przebojowy. Aż się prosi o radiową promocję. Może uda się wyjść z podziemia?

Wiem, co masz na myśli. W tym całym chaosie jest spory pierwiastek człowieczeństwa i to właśnie chcieliśmy osiągnąć. Nie można cały czas grać zakręconych riffów i szpanować, że jest się mistrzem w swoim fachu. Z doświadczenia wiem, że to prowadzi donikąd. W tej chwili Antigama to idealny balans pomiędzy szaleństwem a muzyczną dojrzałością. Być może dlatego w naszej muzyce jest tyle powietrza i tak jak powiedziałeś „przebojowości’. To bardzo cieszy.

Nie męczy cię czasami to, że Antigama nadal pozostaje typowo podziemnym komandem?

Wiesz, gdybym miał patrzeć na swoją twórczość tylko poprzez ten pryzmat już dawno zakończyłbym to wszystko. Antigama AD 2017 to zespół mocno stojący na ziemi, jednocześnie bardzo poszarpany przeszłością, niezrealizowanymi Livepomysłami, zmianami składu, wszelkiej maści problemami etc. Wciąż ślepo wierzę w to, że mamy jeszcze mnóstwo paliwa w zapasie i zrealizujemy sporo planów, które pojawią się na naszym horyzoncie. Nie żałuję niczego, żadnej, błędnej decyzji, nie żałuję wiary w innych, którzy zawiedli.  Myślę, że jeszcze dużo dobrego przed nami. Może to ślepa wiara, ale dzięki temu ciągniemy ten wózek już prawie 20 lat.

Skoro zrobiło się sentymentalnie – zakładasz możliwość czegoś takiego, kiedyś, gdzieś: trasa pt. „Intellect Made Us Blind Tour„? W sumie, modna rzecz (śmiech).

Nie, nigdy! To wymagałoby tego, że musiałbym zapłacić Sivemu milion dolarów i zapisać wszystko w ZAIKSie (śmiech). Aż tak daleko w przeszłość się nie zapuszczam…

OK, to na zakończenie coś bliżej realności w temacie planów  – koncerty, klipy, promocja, szampan i wiwaty (śmiech).

Szykujemy parę koncertów w Polsce promujących „Depressant”. W zeszłym roku zjeździliśmy PL razem z Decapitated i było bardzo dobrze, więc chcemy powtórzyć chociaż część z tych wyczynów. 2018 to również pierwsza trasa Antigamy po U.K. i prawdopodobnie kolejna wizyta w USA. Przyszłość rysuje się w ciekawych barwach i bardzo nas to cieszy. Pracujemy również nad kolejnym video i kilkoma innymi zaskakującymi rzeczami – podczas sesji „Depressant” nagraliśmy… totalnie noisecore’owy materiał i on też ujrzy światło dzienne w przyszłym roku.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Łukasz Myszkowski/Martin Mayer (live)