AGRESSIVA 69 – Pole do kreatywności

Historia Agressivy69 jest dość kręta i nie zawsze równa, nie można im jednak odmówić, że debiutanckim albumem „Deus ex Machina” stworzyli polski elektro – industrial. Album został wydany  w kwietniu 1993 roku i przynosił radykalną odmianę łomotu, być może z dzisiejszego punktu widzenia niedoskonałą, ale na pewno pionierską i w swoim czasie oryginalną. Zresztą, słuchając dzisiaj wznowionej przez Requiem Records płyty, nadal można poczuć dreszczyk emocji. Na swoim debiucie zespół przedstawił swoje najbardziej radykalne oblicze i choć późniejsze płyty zawierały muzykę bardziej dopracowaną, ciekawszą formalnie i bogatszą brzmieniowo, to właśnie debiut stał się dziełem przełomowym. O zespołowej historii i nie tylko rozmawiamy z Tomkiem Grocholą. 

Agressiva69 to jeden z pierwszych, jeśli nie pierwszy zespół, który przeszczepił na polski grunt muzykę industrialną – czy możecie wymienić pierwszą płytę z taką muzyką, która stała się dla was takim objawieniem i inspiracją?

Dla mnie (Tomek Grochola) były to na pewno dwie płyty – Depeche Mode – „Construction Time Again” i Einstürzende69 Neubauten – „Halber Mensch”. Wyobraziłem sobie połączenie muzyczne tych dwóch płyt i zwariowałem. To właśnie dzięki tym dwóm płytom zapragnęliśmy mieć zespół. Całkiem możliwe, że zrobiliśmy to tutaj jako pierwsi.

Zaproponowaliście swoją muzykę w dość trudnym okresie – Początek lat 90 (ok, 93 rok…) to czas dominacji gitarowego hałasu, szczytowy moment dla grunge, noise itp., w Polsce też taka muzyka dominowała. Przypominacie sobie reakcje na waszą muzykę w tamtym okresie? Byliście, bądź co bądź prekursorami.

Wtedy, to, co robiliśmy wydawało się innym bardzo dziwne. Dwóch gości, jakaś elektronika, jakiś hałas, wrzaski, brak perkusji, refrenów. Mówili i pisali o nas, że nasza muzyka jest niepokojąca, brudna, zła – czyli, wszystko co chcieliśmy. To trochę intrygowało, trochę odrzucało, chyba nie bardzo wiadomo było, co z nami zrobić i gdzie przypisać. Do tego – tak jak mówisz – tryumfy święcił grunge, rozciągnięte swetry. Trochę położył się na wszystkim innym kocem ten grunge, ale my robiliśmy swoje.

Kiedy czytacie o tym, że „Deus ex Machina” to materiał kultowy, jaka jest wasza reakcja?

Bardzo nam miło, że ludzie tak dziś o niej mówią. W czasie, kiedy „Deus ex Machina” się pojawiła, na świecie miał miejsce potężny wybuch różnych gatunków muzycznych – grunge, punk, industrial, metal. Za granicą sensacją stał się Nine Inch Nails, a my przynieśliśmy ten industrial tu, prawdopodobnie – jak wspomniałeś – jako pierwsi.

Wasz debiut powstał w okresie rodzącego się kapitalizmu – kiedy wszyscy szukali swojego miejsca i próbowali odnaleźć się w nowej rzeczywistości – jak wspominacie tamte lata?

Dla nas to były przede wszystkim lata początków naszej twórczości i to liczyło się najbardziej. Staraliśmy się, żeby otaczająca rzeczywistość nam nie przeszkadzała. Ale to wszystko było też w pewnym sensie inspirujące. Dawało powód, żeby się buntować itd., pisać takie a nie inne teksty, walić w beczki w garażu. Ekonomia i polityka były hmmm… na dalszym planie.

W dzisiejszych czasach wydaje się to być nierealne, ale kiedyś, bez Internetu, bez szerokiego dostępu do nowości, tworzenie zrębów własnego stylu musiało być chyba bardzo fascynujące?  Jakie problemy napotykaliście na swojej muzycznej drodze na początku lat 90?

Właśnie tak, zdecydowanie fascynujące. Siedzieliśmy razem, słuchaliśmy muzyki, szukaliśmy, jaraliśmy się tym samym. Nie robiło się tego w samotności, przy komputerze. Jeśli chodzi o problemy, no to wiadomo, przede wszystkim sprzęt. Ale tak jak wszystkie inne trudności, również i te dawały pole do kreatywności.

Mówiąc o problemach, mam też na myśli kwestie techniczne. Dzisiaj zdobycie takiego czy innego samplera/klawiatury nie jest problemem, poza tym, głównie wszystko opiera się na programach komputerowych. Początek lat 90. pod tym względem jawi mi się jako dużo trudniejszy, dziewiczy – w jaki sposób kompletowaliście swoje „zabawki”?

Jasne. Wtedy problemem były też pieniądze. Gitara, która spędzała mi sen z powiek (Jacek Tokarczyk) kosztowała 50 razy tyle, co przeciętna wypłata rodziców (śmiech). Żeby się fajnie pobawić wydaliśmy wszystkie oszczędności, zaciągnęliśmy pożyczki, a potem, kiedy już „Deus ex Machina” zamieszała już trochę na rynku wzięliśmy nawet do kapeli gości ze sprzętami i samochodem, bez zbędnych dodatkowych wymagań ha, ha. Mamy nadzieję, że koledzy wybaczą ten serdeczny żart.

agressiva-69-fot-mariusz_twardowski

Pole do kreatywności

Pomijając kwestie techniczne, wasza muzyka będąca zestawieniem zimnej elektroniki z mocnymi gitarami, proroczo zwiastowała to co za parę lat będzie buzowało na scenie stricte metalowej – czy w 93 roku metalowcy „kupowali” waszą wizję agresywnego grania?

Pamiętam, że pojawiali się na koncertach ludzie słuchający metalu i inni, którzy lubili mocną muzykę. Jak to zawsze bywa – jedni kupili, inni nie – ale bardzo fajne było to, że wśród naszej publiczności byli i tzw. depesze, i nowofalowcy, i metalowcy, i punki, i industrialowcy.

Radykalizm „Deus ex Machina” każe domniemywać, że w tamtych latach byliście zespołem bezkompromisowym, sytuującym się w zasadzie w na obrzeżach biznesu muzycznego – czy z takim przekazem dźwiękowym trudno było funkcjonować na scenie muzycznej lat 90.?

Co ciekawe, właśnie dlatego byliśmy swego rodzaju ciekawostką. SPV Poland bardzo chętnie nas wydało,  Jarocin „wpuścił nas” na dużą scenę, pojechaliśmy z koncertami za granicę. Na tych obrzeżach czuliśmy się bardzo dobrze. Przez ponad dwa lata graliśmy koncerty z pierwszą płytą, a teraz gramy je znowu.

Z kim grywaliście koncerty – czy było zapotrzebowanie na wasze występy?

Graliśmy dużo, a graliśmy z kim się dało albo sami. Długo nie było na rodzimej scenie industrialnych partnerów. Pojawili się znacznie później, a wtedy stworzyliśmy sobie Industrialoozę – festiwal, na który mogliśmy ich zaprosić.

Czy ówczesne kluby były w stanie „obsłużyć” technicznie waszą muzykę? Możecie wymienić te koncerty, które uważacie z tamtych czasów za najciekawsze?

O dziwo, tak.  Z początku, realizatorzy trochę obawiali się tego, co ich z nami czeka, ale potem wszystko odbywało się bardzo sprawnie. Umieliśmy się też dopasować do miejsca. Nauczyliśmy się, co zrobić, żeby to, co gramy brzmiało dla nas zadowalająco.  Jednym z najciekawszych koncertów, jakie pamiętamy z tamtych czasów był na pewno koncert na Castle Party w Grodźcu, k. Bolkowa czy w poznańskim Eskulapie, wrocławskim Rockerze, Jarocin… Dużo dobrych wspomnień. Niektórych sztuk nie pamiętamy… ale to też oznacza, że było ciekawie (śmiech).

Jak wyglądała sesja nagraniowa „Deus…”? Jakie niespodzianki czekały na was w studiu i co was Deus ex Machinazaskoczyło? Zapewne macie sporo ciekawych opowiastek z tego okresu…

Sesja trwała trzy noce.  W pierwszą rejestrowaliśmy elektronikę i gitary, w drugą wokale a trzecią mix. Byliśmy oczywiście wcześniej przygotowani. Stół i wieloślad (Tascam Da-800/24) były na tamte czasy czymś niespotykanym. Mogliśmy dzięki temu zrobić wszystko, co chcieliśmy. Przeszkodą był czas i budżet – trzeba się było zmieścić w tych trzech nocach. Na tyle nas było stać. Tomek Berezowski, realizator, który współpracował wtedy z Ewą Demarczyk w dzień, w tym samym studiu nagrywał potem z nami w nocy. Dał z siebie wszystko i byliśmy mu bardzo wdzięczni. Nawet, jeśli Jacek nie zdał przez to potem trzech kolokwiów w jeden dzień.

Mijają lata. Dzisiaj mamy w ręku wznowienie płyty, jest trochę sentymentów, ale czy w związku  z tym szykujecie coś ciekawego, zamierzacie pograć ten materiał na żywo, czy pozostaje nam tylko płyta i wspomnienia?

Zagraliśmy całą „Deus ex Machinę” na Industrial festiwal, wspaniałe przeżycie. To fascynujące, że po tylu latach nadal na żywo ta płyta wciąż sprawia nam wielką przyjemność. Nie ukrywam, że przez chwile zapomnieliśmy o sobie. Teraz za to odczuwamy się też fizycznie. Bolą ręce, palce, piszczy w uszach… to naprawdę miłe uczucie. Dopiero zaczęliśmy, więc na pewno jeszcze w co najmniej kilku miejscach będzie można nas z „jedynką usłyszeć”.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcie: Mariusz Twardowski