3MOONBOYS – Trochę jak techno party

3moonboys powraca, i to jak! Obiecuję, że będziecie zaskoczeni. To nie “Linia nr 8” czy świetne “Na tym zdjęciu…”. Bydgoszczanie wykazali się odwagą, pomysłowością, sprzedając nam dzisiaj swoje nowe oblicze – przesiąknięte elektroniką, transowe (tak, tak…) i… nadal bardzo pociągające, bo duch starego, dobrego 3MB jest tu obecny, a jakże. Życie jest ciągłą zmianą, dlatego trudno dziwić się, że twórcy  „Zawsze jest za krótko” postanowili nas trochę pozwodzić. Krótki moment zaskoczenia – i jesteśmy w nowym świecie zespołu, świecie, który choć może ciut inny, nadal jest hipnotyzujący, ekscytuje mnóstwem pomysłów i dodatkowo kusi wielką niewiadomą, jaka nastąpi podczas koncertów. Warto zobaczyć (i posłuchać) nowe wcielenie grupy, do czego zachęca basista (choć nie tylko…) Piotr Michalski.

Zdarza ci się wracać do zamierzchłej przeszłości, do czasów Piątej Strony Świata i Charlie Sleeps? Jesteś sentymentalny?

Raczej nie, czasami przy piwku z chłopakami coś tam powspominamy na zasadzie jakiejś anegdoty z sesji albo śmiesznej akcji z trasy lub koncertu. Niewątpliwie są to czasy, kiedy nabieraliśmy muzycznego doświadczenia.

Pytanie o tyle zasadne, bo kiedy człowiek spojrzy na lata waszego grania, to chyba jest dobry moment na coś w rodzaju, hmmm, podsumowania, tym bardziej, że nowa płyta jest w zasadzie jakimś tam nowym otwarciem dla 3MB…

No tak, czas leci nieubłaganie, nie mamy na to wpływu, jednak myślę, że na jakieś podsumowania jeszcze za wcześnie. Nowa odsłona 3mb wynika z chyba właśnie z tych wszystkich przegranych wspólnie lat.

Czyli… znudziły się gitary? Gdzie pojawiła się pierwsza myśl na taką woltę? Przyznam, że najbardziej chyba radykalną w Waszej karierze…

Dla nas to zupełnie naturalna sytuacja, ten zespół nigdy nie zakładał jakichś sztywnych form działania, wręcz przeciwnie, z każdą płytą próbowaliśmy wdrożyć jakiś nowy element do tej zabawy. Przypomnieć muszę, że zaczynaliśmy jako trio – gitara, bas, perkusja (śmiech).

Trochę jak techno party

Trochę jak techno party

Fakt, rozwój imponujący. Jednak dotychczas, mimo wszystko, dominowało brzmienie oparte w dużej mierze na gitarach. Tym razem, jak sam  zresztą ostrzegałeś, muzyka na początku budzi… no, co najmniej zdziwienie. Ale tylko na początku (śmiech).

No taaak. Kiedy wyruszaliśmy do Suchar (mała miejscowość po Bydgoszczą) na tygodniową sesję, mieliśmy przygotowany jeden numer. Jechaliśmy tam po przygodę muzyczną (śmiech). Tydzień wspólnego muzykowania po nocach, imprezowania, palenia ogniska dał nam kilkanaście godzin dla nas samych zupełnie zaskakujących dźwięków. Dopiero w domu, na spokojnie po wstępnej selekcji okazało się, że potrafimy się wyzwolić z dotychczasowych schematów, że umiemy myśleć o muzyce  nieco inaczej. Samo takie myślenie sprawiło, że zachciało się nam nagrać album inny.

Właśnie – uderzasz w sedno – wyzwolenie z utartych kolein, wypracowanego brzmienia… co jest potrzebne: umiejętności czy raczej odwaga? Ja stawiam na odwagę, bo jednak dla wielu osób może to być ciężki orzech do zgryzienia…

Myślę, że tu nie chodzi ani o odwagę ani o umiejętności. To pierwsze nas nie dotyczy, jesteśmy tak daleko poza głównym nurtem, że absolutnie nic nie ryzykujemy, wręcz przeciwnie. Opinie po pierwszych przesłuchaniach wśród ludzi będących blisko zespołu były w stylu: no tak, tego można było się spodziewać (śmiech). Czy umiejętności… hmm, na pewno przydały się umiejętności Wojtasa i Radka jeśli chodzi o obsługę techniczną, trzeba przyznać, że materiał w dużej mierze zbudowany jest z sampli.

Otóż to – rzeczywistość samplowana jest zupełnie innym doświadczeniem, chociażby przez zmianę instrumentarium – interesuje mnie strona techniczna: jak to wyglądało, czy sprzęt gromadziliście wcześniej, czy był to efekt pomysłu? Z czym były największe problemy?

Nie było jakichś większych problemów, jeśli dany fragment z sesji został uznany za potencjalny numer, braliśmy z niego to co najciekawsze, a potem na zasadzie wymiany pomysłów – jeśli była taka potrzeba, dogrywaliśmy poszczególne partie w domowych studiach. Schody zaczęły się później, kiedy postanowiliśmy, że materiał podczas koncertów będzie grany praktycznie na żywo. Wtedy faktycznie zaczęło się gromadzenie potrzebnego sprzętu. Niedługo, po dwóch miesiącach prób, pierwszy raz wychodzimy z tym do ludzi.

Czyli trochę odwrotna sytuacja niż zazwyczaj. Podoba mi się takie podejście – robimy muzykę wbrew w wszystkiemu a potem myślimy jak to sprzedać. I tu zaczyna się robić ciekawie. I jak to wyglądało, kiedy zaczęliście przygotowania do koncertów? Co ciekawego was spotkało? Co zaskoczyło?

Zaskoczyło nas absolutnie wszystko.  Mieliśmy gotowe kompozycje, w dziwnych tempach, dziwnych podziałach, zagrane na nowych instrumentach. Kto robi coś takiego, może jacyś zawodowcy. Po pierwszym szoku wzięliśmy się za to ostro, zaczęliśmy od pozbycia się jak największej ilości sampli i zastąpienia ich żywym graniem. Powstało trochę nowych instrumentów np. specjalna stopa i blachy, których Marcin używa w „Każdy inaczej”. W oryginale brzmienie bębnów uzyskaliśmy z mikrofonu przystawionego do paczki  basowej, po prostu z przesłuchu .itd. Dużo było takich sytuacji.

To wszystko jest cholernym wyzwaniem, szczególnie w kontekście koncertów. Kluby mają swoje brzmienie, jak jest z realizatorami wiadomo… trudno będzie to oddać na żywo, tak to widzę. Jesteście w tej kwestii optymistami?

Pracujemy mocno nad tym aby wszystko było po naszej myśli, po pierwsze, jeśli tylko finanse pozwolą, będziemy zabierać naszego zaufanego realizatora, który zna materiał od podszewki bo pomagał nam w miksach. Po drugie, mamy na pokładzie trzy własne małe konsoletki, z których wypuszczamy gotowy sygnał dźwiękowy do realizatora i to my de facto decydujemy o brzmieniu poszczególnych instrumentów (śmiech).O zdjęciach...

Wiem, że dżentelmeni o tym nie rozmawiają, ale jak słucham tego wszystkiego, mam wrażenie, że musieliście sporo kasy włożyć w ten eksperyment…

Nie jest aż tak źle (śmiech). Samo wydanie płyty sfinansowane zostało przez miasto Bydgoszcz. Złożyliśmy wniosek, który został zaakceptowany. Co do sprzętu itd., faktycznie, poczyniliśmy pewne zakupy, ale nie było w tym żadnego szaleństwa, pożyczek, kredytów, wszystko w granicach rozsądku. Spora część tego wszystkiego czego używamy uzbierała się przez lata grania, że tak powiem.

Jednak jest to spore przedsięwzięcie logistyczne – z jednej strony czysto artystyczne wyzwanie, zmiany, eksperyment, z drugiej wydanie, kwestie finansowe, granty od miasta itp itd. Trzeba chyba w tym wszystkim wykazać się dużą dyscypliną, nieprawdaż?

Tak, to prawda, jesteśmy mocno zdyscyplinowaną  ekipą (śmiech). Tego nie widać na zewnątrz, ale w tym zespole wszyscy ciężko pracują po etatach aby spełniać swoje muzyczne zachcianki. Kiedyś nagraliśmy taką płytę „Only Music Can Save Us” (śmiech).

Dyscyplina musi być, bo – niestety – nadal prawda jest taka, że pieniądze są gdzie indziej, a w alternatywie jest co najwyżej uznanie ludzi…

Nikt tu już chyba nie liczy na pieniądze. Z tym uznaniem też bywa różnie. Od jakiegoś czasu promuję nowy materiał i naprawdę spotykam się z bardzo różnymi opiniami na temat tego co robimy, co robiliśmy wcześniej. Ja nie wstydzę się niczego co zrobił ten zespół, no może poza graniem z playbacku w lokalnej telewizji wiele lat temu (śmiech).

Sam jestem ciekawy jak będzie ta płyta przyjęta, bo jest…  świetna, ale też i kontrowersyjna. Pewnie macie jakieś, nie wiem jak to ująć – oczekiwania?

Nie mamy! Na razie jest dobrze, aż sam się dziwię. Polubiła nas na FB jedna znana piosenkarka i kolega, z którym mamy wspólną kanciapę! A tak na poważnie, naprawdę jestem miło zaskoczony. My też mocno wierzymy w ten materiał, jako jedyni wiemy jak to idzie na żywo, a to jest już trochę inna bajka i myślę nieskromnie, że te kawałki naprawdę mocno  się bronią.

Wracając do muzyki – aspektem, przesądzającym o doskonałości materiału, jest fakt, że na nowej płycie, przy wszystkich tych zmianach – przesunęliście się jeszcze mocniej w stronę transu, nie wiem, czy świadomie, czy nie; być może to kwestia sposobu budowania aranżacji, samplowania itp…

Trans nie był tu wyznacznikiem, żadnych założeń. Pracowaliśmy często w duetach, po nocach. Luźna sytuacja, piwko, mało światła, z dala od zgiełku dnia codziennego. Dźwięki, melodie często nasuwały się same, czasem były dziełem przypadku, niekiedy wymagały trochę wysiłku. Pamiętam jeden wieczór, kiedy o 24 Radek wisiał na telefonie konsultując z Wojtkiem sposób nagrania basu w domowych warunkach, a ja w tym czasie leciałem do domu po bas bo wpadł nam do głowy jakiś motyw. Faktycznie, wyszło transowo, bo kiedy o 2 w nocy odsłuchujesz to co się zadziało podczas nagrywania, odruchowo, ze zmęczenia zaczynasz tańczyć albo się kiwać i masz ochotę na więcej, trochę jak na techno party.

Masz swój ulubiony fragment z tej płyty? Dla mnie mistrzem jest na dzień dzisiejszy kawałek „Idziemy” – ta melodyjka, natrętnie kojarząca się z „End Hits” Fugazi i całe, zapętlone tło…

„Idziemy” to jedyny utwór, z którym pojechaliśmy do Suchar. On oczywiście uległ pewnym modyfikacjom, bo nie bylibyśmy sobą gdybyśmy nie próbowali go dobrze „zepsuć” (śmiech). Zostały nawet podjęte próby zmiksowania go przez gościa ze Stanów, jednak propozycja okazała się dla nas zbyt odważna. Zostaliśmy przy naszej wersji. Nie mogę teraz stwierdzić czy jest coś co podoba mi się szczególnie. Tym bardziej, że piosenki grane na żywo nieco odbiegają od wersji studyjnej i co próbę mam innego faworyta. Może „Napiłbym się suchej kawy” ze względu na mega trans, oraz „Przyjdziej” bo nie gram tam na basie tylko wszelkiego rodzaju przeszkadzajkach i padzie perkusyjnym.3MB

Mam wrażenie, że przy tej koncepcji muzycznej warstwa wokalna została sprowadzona do roli kolejnego instrumentu, wpisując się w koncepcję, ze zminimalizowaniem przekazu, mam rację?

Oczywiście, że masz i super, że tak to widzisz, bo tak miało być. Niektóre wokalizy Wojtka wręcz z premedytacją brane były z tych sesji w Sucharach  gdzie wszystko śpiewane było po „fińsku”, wszelkie próby poprawek  trąciły sztucznością. Do „Balona” np. wzięliśmy z Radkiem wokalizę z innego utworu o tym samym tempie. Okazało się, że siedzi idealnie i jeszcze robi klimat. Jedynym wyjątkiem jest „Wyspa niemożliwości” z tekstem Marcina, który śpiewa Magda Powalisz z George Dorn Screams.

…i teraz z tą muzyką ruszacie w świat. Do klubów i publiczności. Polski biznes jest, jaki jest… zatem: czy jest jakiś cel, pułap, który chcecie/chcesz osiągnąć, miejsce do którego dążycie, czy droga jest celem samym w sobie?

Wykonaliśmy mega pracę udowadniając chyba przede wszystkim sobie, że potrafimy nadal być kreatywni i twórczy. To co zadzieje się na koncertach, jaki będzie odbiór tego wszystkiego jest oczywiście mega ważne, ale chyba najważniejsze jest to, że my nadal mamy frajdę z robienia muzyki.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Antoni Torzewski