30 KILO SŁOŃCA – 25% punk rocka

30-tki konsekwentnie rozwijają swój styl i słychać, że mają wyrazisty pomysł na swoje dźwięki. Po mocnej, dusznej płycie „30 kilo słońca” wracają z materiałem dużo bardziej przestrzennym, improwizowanym i zdecydowanie wymagającym od słuchacza czegoś więcej niż tylko „posłuchania”. Choć bałbym się użyć wobec „Zamachu” słowa „wymagający”. To raczej dźwiękowy labirynt, w którym zespół tka siatkę brzmień, rytmów, precyzyjnie balansując między swobodną kolorystyką a miarowym transem. Rzecz jasna, jak zwykle dużo w tym elektroniki, ukłonów w stronę krauta z jednej strony i jazzu z drugiej, choć, jak sam zespół (odpowiadają zbiorowo niczym jednorodny organizm…) twierdzi, jazzmani starej daty po pierwszych dźwiękach „Zamachu” uciekliby z krzykiem…

Zanim przejdziemy do nowości, parę słów o poprzedniczce. Jak oceniacie z dzisiejszego punktu widzenia ten materiał a głównie to co udało się z nim zdziałać. Jesteście zadowoleni?

Jasne ze tak, zespół został zauważony, nazwa jest rozpoznawalna, recki były dobre, zagraliśmy kilka fajnych koncertów (patrz ZU czy SpaceFest) więc nie ma co narzekać, powiedzieliśmy „A”.  Wciąż gramy na koncertach niektóre kawałki z tego materiału i myślę, że zagościły na stale przynajmniej na razie w naszym secie Ogólnie materiał się broni do dziś, tak myślimy

30-tki to zespół, który można uznać za wybitnie koncertowy – jakie jednak warunki muszą być spełnione żebyście byli zadowoleni?

Chyba nie mamy jakichś pojechanych warunków jeśli chodzi o live, musimy się słyszeć i mieć kontakt a raczej możliwość kontaktu wzrokowego, no i musi być dobrze słychać w danym miejscu. Nie mamy nic przeciwko małym klubom, gdzie gramy „z pieców”, aczkolwiek z dużych paczek w dużym miejscu jest inna energia i brzmi to podobno lepiej. Ogólnie staramy się zawsze dać z siebie wszystko niezależnie od warunków, graliśmy naprawdę w różnych miejscach i staramy się zawsze zagrać dobry gig, zostawiając sporo energii i dobre wrażenie.

Na koncertach chyba jednak brzmicie bardziej agresywnie? Jest coś takiego jak firmowe brzmienie 30-tek? Bliżej jazzu czy jednak rockowego uderzenia?

Koncerty zdecydowanie są ostrzejsze, mocniejsze i dużo bliżej może nie rockowego a noise’owo-metalowego nawet brzmienia, oczywiście gramy też kawałki freejazzowe, ambientowe itp., ale przeważa wpierdol. Nawet te free jazzowe kawałki brzmią znacznie bardziej energetycznie i ostrzej. Ważnym elementem jest na pewno fakt, że staramy się koncepcyjnie podchodzić do setów live i ubieramy to w zamkniętą formę, gdzie wrzucamy wszystko co mamy do pokazania. Budując odpowiedni nastrój i atmosferę.

25% punk rocka

25% punk rocka

A gdzie gracie… Bo w sumie jesteście „pomiędzy” scenami; trafiacie do określonych odbiorców? Jakie koncerty uznajecie za najbardziej udane? 

Gramy muzykę na tyle energetyczną, że zawsze się znajdzie grupa odbiorców, których to „bierze”. Nie mamy jakichś preferencji, dobrze nam się gra i w małych klubach i na dużych scenach w większych miejscach. Kwestią jest otwartość odbiorców na nowe/nieznane dotąd dźwięki. Dobrze się czujemy grając dla publiczności post-punkowej jak i dla publiczności, powiedzmy, okołojazzowej, ostatnio okazuje się też, że fani metalu znajdują coś dla siebie… Poza tym współczesna publiczność, wbrew ewentualnym pozorom, w znacznej części jest dość eklektyczna i gustuje w różnych stylach. Oczywiście, nie dotyczy to wszystkich. Najczęściej trafiamy z oczywistych względów na imprezy ogólnie biorąc (post) rockowe. Jeśli chodzi o najbardziej udane koncerty to świetnie nam się grało we Wrocławiu przed ZU i myślimy, że publiczność, która przyszła na ich koncert nie była zawiedziona. Z drugiej strony, bardzo pozytywnie został przyjęty także występ na Spacefeście, gdzie publiczność była zgoła odmienna i nastawiona na spacerockowe klimaty, ale wzięliśmy ich z zaskoczenia.

Właśnie – noise, metal, alternatywa… tymczasem na nowym materiale jawicie się jako zespół głównie improwizujący, noise i agresywne elektroniki uległy stonowaniu, wszystko jest bardziej domyślne, plastyczne i… słucha się tego wyśmienicie! Czy „Zamach” to nowe otwarcie dla 30-tek?

Z jednej strony może tak, ale wydaje się nam, że to też wynik naturalnej ewolucji zespołu, kolejny krok na naszej drodze; ciągle szukamy, staramy się rozwijać. Inna sprawa, że 3/4 materiału na tej płycie powstało podczas sesji w trakcie wspólnych, na szczęście rejestrowanych, improwizacji. Później doszło do naturalnej selekcji kawałków i zdecydowaliśmy, że część przygotowanych, zrobionych i nagranych utworów po prostu odpada na rzecz tych improwizowanych właśnie. Staramy się nie planować tego w jaką stronę pójdziemy z kolejnym krokiem, pozostawiamy to samoistnym impulsom i potrzebie chwili. Interakcja między nami podczas grania stanowi klucz, ale co by nie mówić, improwizacja na żywo daje nam największą satysfakcję i kopa.

Przyznam, że trafiacie tą płytą w sedno – jednocześnie dobrze ustawiając się na tej całej, alternatywnej mapie impro niezalu. Czy ciąg do improwizacji wynika z faktu, że alternatywa oparła się o ścianę??

W sumie chyba bardziej z faktu, że każdy z nas grając czy w dotychczasowych projektach czy teraz miał naturalne ciągoty albo może zakusy do improwizowania, czy to w stylu wczesnego Sonic Youth lub później w klimatach bardziej okołojazzowych i w końcu się spotkaliśmy. Drugą sprawą jest to, że jako muzycy dotarliśmy do pewnego poziomu jeśli chodzi o, powiedzmy, umiejętności, który pozwala nam się w ten właśnie sposób swobodniej wypowiadać, więc czemu nie? Nie stawiamy się w kontrze do żadnej alternatywy, w jakiejkolwiek pozycji by ona się nie znajdowała… Każdego z nas zawsze dużo bardziej interesował eksperyment niż pisanie piosenek, czego przykładem niech będzie nasza działalność jako Plaża Zachodnia.

Dużo mówimy o improwizacji, jednak zastanawiam się, jak na Waszą muzykę zareagowaliby tzw. jazzmani „starej daty”. Ci klezmerzy staroszkolni…

Między nami mówiąc, mamy wrażenie, że większość uciekłaby z krzykiem po pierwszych sekundach.  Niewielu z nich ma otwarte głowy na nową muzykę, a te wyjątki liczone na palcach tylko to potwierdzają… Poza tym, nie mamy złudzeń, czy w ogóle odebraliby to jako jazz. Zresztą, my też nie traktujemy tego jako jazz, bardziej wolimy określenie:„okołojazzowe”. Jazz i to raczej tylko w formule free, jest jedną z naszych silnych inspiracji, natomiast kwestia samej improwizacji, wydaje się nam, że nie jest przypisana wyłącznie do jazzu, choć niewątpliwie się stamtąd wywodzi. Improwizacja to raczej sposób myślenia o sposobie konstruowania muzyki i wyrażania emocji.

W waszej muzie odznacza się także wątek transowy. I tu też robi się ciekawie, bo np Łukasz Rychlicki z Lotto twierdzi, że trans jest dużo bardziej inspirujący i otwarty niż jazz. W jaki sposób ów trans odznacza się i co znaczy – jeśli coś znaczy – w waszej twórczości?

Cóż, to znowu raczej kwestie indywidualnego spojrzenia. Np. twórczość Fela Kutiego i ogólnie afrojazz jest bardzo transowy, więc te dwa spojrzenia mogą się wzajemnie przenikać i inspirować. Tzw. repetytywność będąca nieodłącznym elementem transu wprowadza inny rodzaj skupienia. Nie zastanawiamy się nad tym zbyt dużo, po prostu gramy i jeśli gada, to czy jest więcej „jazzu” czy transu, nie ma większego znaczenia. Czerpiemy skąd możemy… Poza tym repetytywność pozwala zwrócić uwagę słuchacza na szczegóły. Zaś transowy może być i noise. I właściwie to jest chyba najbliższe nam spojrzenie na muzykę. Lubimy jak te wszystkie elementy przenikają się i tworzą wspólną przestrzeń. W tym znaczeniu gramy fusion, choć nie ma on nic wspólnego z klasycznym miksem jazzu i funku… i chyba rocka, zdaje się.30kilo1

„Zamach” eksperymentem stoi – czy ten tytuł to alegoria zamachu na zwykłe piosenki? Wykonujecie na nich wyrok?

Jest to zamach na wszystko! Na piosenki, na muzykę mainstreamową, która udaje, że jest muzyką niszową, na układy, na wartości i na wszystko co chcesz. Jest to nasze 25% punk rocka. A przy okazji wykorzystaliśmy zabawę słowną pomiędzy znaczeniem pewnych słów w języku polskim i angielskim. Jeden z numerów na płycie jest wyraźnie zbudowany na klasycznym, „swingowym” rytmie.

Co to znaczy, że w waszej muzyce jest 25% punk rocka?

To taki żart a jednocześnie deklaracja kolegi, który powiedział kiedyś, że we wszystkim co robisz musi być przynajmniej 25% punk rocka i dopiero wtedy to jest autentyczne. Każdy interpretuje jak chce a my staramy się, żeby tak właśnie było.

Jak tworzy się taki materiał – jaki jest stosunek między improwizacją a aranżem? Czy  stawiacie wszystko na intuicję? Spotkałem się z takim twierdzeniem, że ta muzyka ma krótkie nogi, bo w gruncie rzeczy nie zawiera melodii. Co oczywiście uważam za głupotę…

Sztuką jest znalezienie złotego środka. Nie idziemy tak totalnie na żywioł, łapiemy pewną powtarzalność dookoła tematów przewodnich, które tworzą szkielety naszych kawałków. Zostawiamy miejsce na impro, ale jakiś schemat jest. Niemniej jednak czasem się zdarzy, że pierwsze podejście, totalny spontan i siedzi, jest zagrane. Patrz wcześniej, sesja „Zamachu”. A jeśli chodzi o melodie to uważamy, że na tej płycie jest ich całkiem sporo. Ważniejsza dla nas jest zabawa formą, emocjami, głośnością niż melodyką. Podchodzimy do tematu bardziej sonorystycznie niż stricte piosenkowo.

Gdzie jest korzeń takiego grania, przecież to nie bierze się znikąd… Czy macie jakieś tropy? Yass? Lata 70? Zorn etc itp.

Każdy z nas ma inne, choć nie powiem, często się okazuje, że sięgając głębiej są dokładnie z tych samych źródeł. Na pewno ważny jest yass, na pewno lata 70., Zappa, Zorn, to wszystko było i jest obecne, zarówno krautrock jak i punk rock, grzebiemy we wszystkim. Metal, im bardziej ekstremalny tym lepiej, awangardowa elektronika… no i jazz. Jedziemy szeroko, życie jest za krótkie, żeby się zamykać w jakieś ramy gatunkowe.

No dobra… rozmawiamy pod koniec roku – zatem normalnym będzie zapytać o wydarzenie z ostatnich 12 m-cy, które przejdzie do waszej historii i będziecie opowiadać o nim swoim dzieciom…

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć… na pewno zapisała się nam w pamięci wizyta w Siemiatyczach, gdzie graliśmy koncert na specjalne zaproszenie burmistrza, który okazał się fanem mocnych brzmień a o naszym istnieniu dowiedział się z recenzji i wywiadu w Violence Online i którego serdecznie pozdrawiamy! Poza tym Na Siano Sunrise, gdzie okazało się, że doskonałą alternatywą dla dużych festiwali może być właśnie takie wydarzenie, organizowane przez znajomych, dla znajomych. Rodziny z dziećmi, niesamowita, przyjacielska atmosfera i koncerty w stodole, praktycznie non stop przez 48 godzin. Zupełnie inna energia i na pewno niezapomniane przeżycia. Serdecznie pozdrawiamy Nasiono Records i wszystkich związanych z Na Siano Sunrise!

I na finał, oczywiście plany na najbliższe miesiące nowego roku…

Na pewno będziemy chcieli pograć trochę koncertów i w tym względzie pewne przymiarki zostały poczynione. Na pewno też chętnie przyjmiemy koncertowe zaproszenia, o ile takowe będą chciały się pojawić. I w międzyczasie praca nad nowym materiałem. Każdy kolejny rok pozytywnie nas zaskakuje i mamy nadzieję, że ten także przyniesie nieplanowane fajne zdarzenia.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Magda Patocka