ZAMIAST PODSUMOWANIA: muzyka niebezpieczna

Mamy z kolegami z zespołu kilka zwyczajów będących pochodną tego, że oprócz wspólnego grania, to się nawzajem tak po prostu, po ludzku lubimy. Świętujemy hucznie dowolną dogodną okazję, łazimy razem na koncerty, a pod koniec roku zaczynamy wymieniać się mailowo listami ulubionych płyt. Nie inaczej było w ostatnich dniach – przerzucamy się tytułami, podśmiechujemy nawzajem ze swoich wyborów dumając jak to w ogóle możliwe, że ludzie o tak różnych gustach są w stanie cokolwiek razem tworzyć. Z tego radosnego szczebiotu wyrywa się M.: „Ok, to wszystko są fajne płyty… a teraz pokażcie mi naprawdę rewolucyjną muzykę! Gdzie są te albumy i zespoły, które faktycznie rzucają rękawicę i wywracają stolik? Te, które tworzą nowe nurty zamiast się w nie wpisywać?” My, pozostali meandrujemy, ale przyznajemy, że bardziej interesuje nas budowanie własnego, osobistego kanonu niż wyszukiwanie najbardziej wymyślnej nowinki i przewidywanie trendów na kolejną pięciolatkę. To zostawiamy młodszej młodzieży, my chcemy dobrej, pełnej emocji muzyki, mniejsza o formę. „Ok, rzucacie mi kapiszonami, a ja chciałbym garść dynamitu” – nie ustaje M. – „Gdzie są współczesne zjawiska na miarę punka, industrialu, grunge’u? Pokażcie mi coś autentycznie ekscytującego! Szukającego guza, a jednocześnie prowokującego tłumy!

Nie ukrywam, że trudno mi się utożsamić z takim zapotrzebowaniem. W miarę czasu i chęci staram się nadążać za nowymi wydawnictwami, ale doskonale zdaję sobie sprawę, że ogarniam tylko wycinek całokształtu. Po części jest to warunkowane wiekiem i własnymi przyzwyczajeniami, ale nie będę się męczyć goniąc za dźwiękami, które zwyczajnie do mnie nie przemawiają. Szkoda życia na siłowanie się z muzyką, która ma przede wszystkim dostarczać przyjemności a nie materiału do badań. Ludzie młodsi ode mnie o 10-15 lat mają pewnie więcej do powiedzenia na temat tego, co jest „aktualne”, moje pojęcie o tym może być zupełnie mgliste. Jednak jednego jestem pewien: muzyka w 2015 (i kilku poprzednich latach) nie pełni żadnej kulturotwórczej roli i nie jest nośnikiem żadnych rewolucyjnych idei. Mniejsza o przyczyny – peron o nazwie „świat” odjechał, a rzeczywistość dawno wyprzedziła wszystko, czemu jeszcze niedawno rzucała wyzwanie muzyka, czy sztuka jako taka. Nie zostało już żadne tabu do złamania czy granice do przekroczenia. Z błahej rozmowy o ulubionych płytach urodziło mi się w głowie pytanie o to, czym musiałaby być muzyka autentycznie wywrotowa na miarę roku 2015? Jaka muzyka jest adekwatną reakcją na świat, w którym każdy może obejrzeć w Internecie, jak dziecko ścina mężczyźnie głowę maczetą?foto1

To, co uchodziło za kontrowersyjne u zarania znanej nam muzyki popularnej, dziś wzbudza najwyżej uśmiech politowania. Śmiejemy się na myśl o tym, że kogoś oburzały bujające się biodra Presleya czy Johnny Rotten nie lubiący królowej Elżbiety II. Imponuje nam nihilistyczna energia The Stooges w powiązaniu ze scenicznymi wyczynami Iggy’ego. Punk zapłodnił niesamowitą ilość genialnej muzyki i wywrotowych myśli. Black metal przesunął kolejną granicę, zamachując się na system, symbole wiary czy ludzkie życie, a przy tym był jednak wyrazistym, progresywnym gatunkiem muzycznym. Wszystko to wchłonęła i wygładziła popkultura, i nie ma w tym nic dziwnego, ale nawet w swojej najbardziej buntowniczej fazie interpretujemy te zjawiska jako… dobre. Widzimy w nich wartość dodaną do rozwoju kultury, coś, co prowokuje przede wszystkim do myślenia, kwestionując zastany porządek wzbudza potrzebny ferment, wietrzy zastane ideologie, etc. Nie jestem socjologiem, wybaczcie bełkotliwy aparat pojęciowy. Ale co, jeśli muzyka wcale nie musi być „dobra”? Co, jeżeli wcale nie łagodzi obyczajów z założenia?foto2

Jeśli miałbym wysnuć jakąś ogólną refleksję dotyczącą tego, co działo się w 2015 roku to powiedziałbym dyplomatycznie, że stężenie negatywnych emocji w ludziach osiąga masę krytyczną. Nie chodzi nawet o to, że cała Europa zamieni się za chwilę w Castle Rock ze „Sklepiku z Marzeniami” Stephena Kinga (choć ta książka doskonale opisuje mechanizmy hodowania zła), ale nie muszę nawet posiadać konta na Facebooku ani czytać komentarzy na Onecie, żeby docierały do mnie komunikaty jeżące włosy na karku. Mniejsza o to, czy artykułujemy te emocje dlatego, że rząd Tuska zabrał pieniądze z OFE, czy dlatego, że nie dość dobitnie upamiętniono ofiarę Żołnierzy Wyklętych czy może dlatego, że ekipa rządząca zamachnęła się na Trybunał Konstytucyjny. Wszyscy po drodze tracimy niepowtarzalną okazję do zastanowienia się nad tym, że świat nie jest czarno-biały i do zachowania się po prostu przyzwoicie. Do tego nie trzeba szczegółowych wytycznych przewodnika duchowego ani politycznego. Niestety takie myślenie nie ma przyszłości, liczą się komunikaty proste i wyraziste. Lewacy? Wysłać do obozów w Korei Północnej. Wielodzietne rodziny? Sterylizować dzieciorobów. Patrioci? Wystrzelać neonazistów. Ateiści? Reedukować w gułagach. Złodziej? Obciąć ręce. Zabójca? Powiesić, co będziemy płacić za jego utrzymanie. Zwolennicy i przeciwnicy ekipy rządzącej wystrzelaliby się nawzajem z pepeszy. Marian Osuch, bohater dokumentu Krzysztofa Kieślowskiego „Z punktu widzenia nocnego portiera” był podobno zawstydzony po obejrzeniu siebie i usłyszeniu tego, co sam powiedział. Dziś to uczucie wymiera – widzimy koleżankę ze szkolnej ławy, dziś porywającą uczestników wiecu żenującym żartem o feministkach i imigrantach. Tłum rży, a my czujemy cudzowstyd, bo komuś, kto to opowiada, głupio nie jest.foto3

Wracając do pytania – co z tą niebezpieczną, prowokującą muzyką na miarę naszych czasów?

Nie wiem, czy doświadczymy jeszcze „rewolucji na miarę industrialu czy punk rocka”, za którą tęskni M. Być może pojawi się zupełnie nowy, autonomiczny nurt muzyki, który pod koniec grudnia 2015 roku jeszcze nie mieści mi się w głowie. Dręczy mnie jednak przeczucie, że jeśli coś takiego nadejdzie – i będzie miało „poruszyć masy” – to odwoła się do emocji i poglądów, przy których prawoskrętni blackmetalowcy i gangstaraperzy wypadną jak pacyfistycznie nastawieni liberałowie. Może to niesłuszny i fragmentaryczny osąd, ale na fali jest dziś radykalizm, mylnie postrzegany jako „wyrazistość” i niezmiennie szkodliwy bez względu na lewo- czy praworęczność. Jeśli jakaś muzyka miałaby korespondować z aktualną sytuacją i nastrojami, to obawiam się (naprawdę bardzo się obawiam), że nowa forma musiałaby być nośnikiem treści, które byłyby nastawione konfrontacyjnie w sensie dosłownym. Współmiernie do jadu, jaki sączy się dookoła. Nie z przymrużeniem oka, nie metaforycznie i nie „jesteśmy artystami, to nasze środki wyrazu”, tylko wprost „zbierzcie się w dziesięciu i idźcie spalić ten śmieszny budynek albo pokażcie tym czy owym kim tutaj są i gdzie powinni być”. Jest taka teoria, że black metal był reakcją rozpuszczonej norweskiej gówniarzerii na „piekło dobrobytu”. Chciałbym wierzyć, że odpowiedzią na globalne niepokoje, lokalne frustracje i rosnące rozwarstwienie może być coś wartościowego, ale w natłoku wrażeń ludzie wsłuchują się w najprostsze treści i wodzą wzrokiem za lecącym kamieniem. I chyba szerokie masy porwałaby tylko taka muzyka, przy których dwa tłumy linczowałyby się nawzajem.

Piszę ten przydługi tekst słuchając pochodzących sprzed 30 lat piosenek Siekiery o tym, że idzie krwawa rzeź. Tomek Budzyński jej nie wypatrywał, on się jej bał.

W 2016 roku życzę wszystkim dużo czasu spędzonego z rodziną i muzyką, które – pewnie nie tylko dla mnie – są ostoją i źródłem wewnętrznego spokoju, empatii, altruizmu i przyzwoitości. Wartości te uniwersalne wywodzę nawet z płyt Immortal. Czasem więcej ich tam niż między ludźmi.

Bartosz Cieślak