WOJCIECH LADA – Heroiczne dziennikarstwo

Młodsi czytelnicy mogą tego nie pamiętać, ale w latach 90. miesięcznik „Brum” był najbardziej dostępnym, najwszechstronniejszym i bodaj najciekawszym prasowym źródłem wiedzy o muzyce polskiej i nie tylko, podziemnej i nadziemnej, gatunkowej i ponadgatunkowej. Jednym z najbardziej wyrazistych piór w tym piśmie był Wojciech Lada (piszący pod pseudonimem Wojtek Wysocki), który obrabiał poletko najogólniej mówiąc „metalowe”, gromiąc kiczowate smęty i promując jak się da hałas nieszablonowy i poszukujący. Nastoletni Bartek Cieślak nie był zapewne jedynym, który z jego tekstów dowiedział się o takich zjawiskach jak Tenebris, Neurosis czy Trouble. Wojtek dał się namówić na niekoniecznie wspominkową pogaduchę, której zapis znajdziecie poniżej.

 

Na kiedy datujesz, jak to się popularnie mówi, „początek swojej przygody” z dziennikarstwem muzycznym? I czemu zamiast za gitarę chwyciłeś za pióro?

Połowa lat 90., ale to nie do końca prawda, że chwyciłem za pióro a nie gitarę. To znaczy za gitarę faktycznie nie chwyciłem – chwyciłem za to za mikrofon. Encyclopaedia Metallum wskaże ci mnie np. w roli wokalisty tajemniczego projektu Vengence gdzieś pod koniec lat 80., potem był epizod z Testorem, a później grałem jeszcze kilka lat jakieś dziwne pokręcone stonerowe bluesy. Fajny czas, niezła zabawa, ale to dobrze, że nikt tego nie pamięta…

Czy potrafisz wskazać ziny, pisma oficjalne lub konkretnych pismaków, którzy wzbogacali wiedzę i kształtowali gust nastoletniego Wojtka Wysockiego?

 Za to zdjęcie pokochały Wojtka dziewczyny

Za to zdjęcie pokochały Wojtka dziewczyny

Raczej nie. Ziny czytywałem, ale nie do końca świadomie. One się raczej pojawiały wśród kumpli i jak coś mi wpadło w ręce to po prostu przeglądałem, ale nie tak, żebym samodzielnie je zdobywał. Mogę mieć takie czy inne zdanie o Mariuszu Kmiołku i przyległościach, ale w tamtym czasie na pewno „Thrash’em All” wybijał się na pewno ponad przeciętność – także dziennikarsko i edytorsko. Chociaż najchętniej czytywałem tam Pawła Frelika – spore otwarcie oczu na ciekawą muzę niemetalową, co bardzo mi się później przydało. Ale gusta kształtowała po prostu kumpelska wymiana płyt. Oprócz metalu dużo było wtedy punka i hardcore, ktoś miał King Crimson i Einstürzende Neubauten, a mój starszy brat, dzięki któremu już chyba w wieku dziesięciu lat znałem całą hardrockową klasykę, nagle zwariował i przyniósł do domu coś Erica Satie, a potem Mussorgskiego.

W jakich okolicznościach trafiłeś do redakcji „Brumu”?

Zupełny przypadek. Ledwo co zrobiłem maturę i generalnie snułem się po mieście rozglądając się za jakimiś opcjami, ale przede wszystkim rozkosznie bimbając. No i trafiłem jakoś do biura organizującego Jarocin, kiedy szefem był Kuba Wojewódzki. Coś tam robił mój brat, znałem też Kubę, bo zanosiłem mu do Trójki jakieś moje nagrania, więc od słowa do słowa załapałem fuchę. Wkrótce okazało się, że powstaje gazeta w oparciu o „Brum” radiowy i ostatecznie do Jarocina pojechałem już jako jej korespondent. Chociaż to trochę za duże słowo jak na ówczesne możliwości.

Osobliwą zaletą „Brumu” było to, że przez lata ten głównonurtowy magazyn z szeroką dystrybucją opisywał zespoły i płyty pomijane często nawet przez podziemne ziny. Czy bardzo się pomylę domniemywając, że miałeś w swojej rubryce wolną rękę i naczelny w zasadzie nie ingerował w tematykę i treść twoich tekstów?

Nie, nie mylisz się. Kuba nie ingerował zupełnie ani w moją rubrykę, ani w rubryki kolegów. A oni jechali przecież jeszcze ostrzej niż ja. Rafał Księżyk lansował czasem totalną awangardę, przy której te moje metalowe rzeczy brzmiały jak harcerskie piosenki. Tomek Zrąbkowski opisywał jakiś hardcore’owy gotyk, czasem na granicy porno… Ale to dobrze świadczyło o jego wyczuciu mediów. Przecież to było tylko kilka stron – reszta gazety pozostawała na mainstream. I w ten sposób powstawało pismo otwarte na dokładnie wszystko, co działo się wtedy w polskiej muzie. Od ekstremy po pop, a Kuba mógł brylować i wśród gwiazd i na koncertach punkowych (śmiech).  Nigdy nie pomyślałem o tym w taki sposób, ale to co mówisz o tym, że pisaliśmy o rzeczach, których nie było nawet w zinach to dla mnie teraz naprawdę miła niespodzianka. To nie było świadome – dostawaliśmy wszyscy tony muzyki i pisaliśmy o tym, co uznawaliśmy za warte opisania. Bez nacisków managerów, wydawców czy redaktorów. Oczywiście dorabialiśmy sobie tekstami o gwiazdach, ale generalnie to co chcieliśmy przemycić na łamy, bez problemu przemycaliśmy.

„Brum” uciekał również z szufladek ideologicznych, wywiady z Armią czy 2TM2.3 sąsiadowały z rozmowami z Katem, Christ Agony, Holy Death, Perunwit, i jakimś cudem wszyscy potrafili z tym żyć. Zdarzyło się kiedykolwiek, by jakiś zespół odmówił wywiadu przez wzgląd na takie czy inne kapele prezentowane na łamach „Brumu”?

Ale przecież sztuka jest autonomiczna. Dopóki idea tylko inspiruje muzykę, a nie muzyka staje się ideologiczną agitką, to wszystko jest dopuszczalne. Armia nagrała wtedy swoją najlepszą jak dla mnie płytę „Duch”, a tekstowo Budzy wzniósł się wtedy na taki poziom wyobraźni i plastyczności, że nie czułem tu jakiejś natrętnej ewangelizacji, tylko genialną żonglerkę słowem, w której klimat biblijnych apokryfów zderzał się z geometrią obrazów Paula Klee, a gdzieś pomiędzy nimi wędrował Bilbo Baggins pod rękę Tytusem de Zoo. Z drugiej strony gadając z Arkiem z Perunwita nie kręciły mnie jego nawijki o Wielkiej Słowiańszczyznie, które traktowałem ot, jak folklor, czy opowieści o tym jak wykuwa się miecze, ale to, że chyba nieświadomie nawiązywał do takich kapel jak Death In June, Sol Invictus czy Current 93, co w polskim metalu praktycznie wtedy nie istniało. Myślę, że kapele też czuły tę otwartość „Brumu” – i tu odpowiadam na twoje pytanie – nie przypominam sobie, żeby ktoś odmówił wywiadu. Ani Litza czy Budzyński z jednej, ani Romek Kostrzewski czy Cezar z Christ Agony z drugiej strony. Ani nawet Andrzej Krzywy z De Mono (śmiech).

Szczególnie zespoły z ówczesnego katalogu Pagan Records były dość mocno obecne w „Brumie”, ciekaw jestem jak reszta metalowego podziemia podchodziła do udzielania wywiadów i wysyłania płyt do pisma z kiosku. Mieliście dobre układy z undergroundem czy raczej odzew na zasadzie „chcielibyśmy, ale chyba nie wypada”?

Kilogramy kaset co tydzień. Byliśmy wszyscy zasypani towarem – wydawcy i same kapele przysyłały nam nagrania ciągłym strumieniem i nie zauważyłem, żeby ktoś miał jakieś zastrzeżenia, że pismo ma oficjalną dystrybucję. To chyba raczej chwilę później hiphopowcy trochę marudzili, ale też nie za bardzo. A Pagan Records? Cóż, Tomek Krajewski wydawał za mało płyt, żeby zdominować łamy, ale zazwyczaj na tyle ze smakiem, żeby warto było temu poświęcić miejsce.

Heroiczne dziennikarstwo

Heroiczne dziennikarstwo

Z drugiej strony, łamy „Brumu” wypełniały ówczesne gwiazdy rocka typu O.N.A., z okładek straszył Liroy a Anita Bartosik przytłaczała egzaltowanymi peanami na cześć legend grunge’u. Do tego krzyżówki, ogłoszenia matrymonialne i reklamy fajek. Czy cały ten bagaż przeszkadzał ci jakoś szczególnie, czy to po prostu niezbędne kompromisy, aby takie pismo mogło w ogóle istnieć?

Taaaa, ale Anita miała wiele innych zalet (śmiech). A tak serio to myślę, że to o czym piszesz tylko dobrze wszystkim robiło. Kapelom – bo docierały poza niszę tego czy innego gatunku. Gazecie, bo miała kasę, choćby na wypłaty dla nas. Czytelnikom, bo nawet jak ktoś kupił gazetę dla Chylińskiej czy De Mono to choćby przypadkiem mógł trafić na jakiś totalnie undergroundowy jazz, czy pojechane etno i zainteresować się czymś ciekawszym. A i nam samym też dawało zdrowy dystans. Jeśli jednego dnia piszesz o demówce Antigamy, drugiego recenzujesz nową Edytę Bartosiewicz, trzeciego gadasz z chłopakami z Molesty, a czwartego idziesz na wywiad z Lechem Janerką to jest to sytuacja jednak zdrowsza niż kiszenie się w jednym środowisku od rana do nocy. Pomijam już, że bardziej rozwija dziennikarsko –  po rozpadzie gazety każdy z nas bez problemu wkręcił się w dziennikarstwo już nawet niekoniecznie muzyczne. Artur Podgórski, który pisał głównie o elektronice i starym punku jest dziś redaktorem prowadzącym w „Polityce”, Księżyk jest naczelnym „Playboya”, ja przez lata byłem redaktorem w „Życiu Warszawy”, od pewnego czasu też w tygodnikach, a w międzyczasie zdarzyło mi się pracować jako wice naczelny klubowego „Aktivista”…  Wiesz, „Brum” był bardzo stymulującą sytuacją. Mieliśmy niewiele ponad dwadzieścia lat i jakieś straszne parcie na wiedzę. Efekt był lekko pojebany, bo wyobraź sobie czterech czy pięciu dwudziestolatków, którzy wychodzą na fajka i zamiast o laskach czy muzyce gadają o Cioranie, albo archaicznych technikach szamańskich Eliadego. A ja, jadąc na wywiad z Lux Occulta czytałem w pociągu „Dionizosa” Karla Kerenyia. Ale to ostatnie się nie przydało, bo chłopaki wystawili ukraiński spirytus (śmiech).Lada (2)

Obecnym dwudziestolatkom nie mieści się to pewnie w głowie, ale były czasy, kiedy management Vader usiłował wywindować zespół do statusu świętej krowy nie podlegającej krytyce. Doszło do kuriozalnej sytuacji, kiedy „Thrash’em All” kipiał oburzeniem na twoją pozytywną w gruncie rzeczy recenzję „Black To The Blind” oraz stwierdzenie, że Trauma jest zespołem lepszym niż Vader. Jak odebrałeś tę histeryczną reakcję na oczywistości, które kilka lat później powtarzali już wszyscy i wszędzie?

Ależ ty masz pamięć, mi to w ogóle wyleciało z głowy… Cóż, Kmiołek to bystry facet i szybko, szybciej niż większość ludzi w Polsce zrozumiał zasady działania rynku. Vader nie był kapelą, tylko towarem – fabryką do produkowania klasycznego death metalu. Produkt był na dobrym poziomie i trzeba było go sprzedać. Kmiołek opakował go więc w otoczkę kapeli klasycznej i kultowej, a takie nie podlegają krytyce i te teksty w „Thrash’em All” to nic innego niż czysty marketing. Może i olałbym sprawę, bo przecież doskonałego rzemiosła nigdy nie można im było odmówić, a już Docent to był fajerwerk! Ale jak mówiłem, dostawałem wtedy kilogramy demówek i mniej więcej raz na miesiąc trafiała się kapela znacznie ciekawsza niż Vader – jasne, gorzej grali, gorzej brzmieli, bo nie mieli kasy na studio czy instrumenty, ale ich muza buzowała pomysłami. A Vader buzował biznesplanem Kmiołka.

Kolejnym zespołem płonącym świętym oburzeniem po recenzji płyty był Artrosis, pieszczoch Morbid Noizz i publiki metalowej, bo żaden szanujący się goth takich rzeczy nie słuchał. I znów głównonurtowe pismo wypadało bardziej „metalowo” niż zastępy smutnych fanów gotyckiego kiczu. Poczułeś jakiś rodzaj satysfakcji, kiedy po latach „wyszło na twoje”?

Nie, bo wtedy już tego nie śledziłem. Serio. Od dłuższego czasu nudziło mnie pisanie o metalu, bo poznawałem tyle nowej muzyki, że było mi po prostu za ciasno. Jeszcze miałem jakiś rajc z wyszukiwania nowych ciekawych kapel, ale kiedy zauważyłem, że wszyscy mają to w dupie i i tak słuchają Vadera, to olałem sprawę. A jak jeszcze okazało się, że słuchają też Artrosis to ja zacząłem mieć to w dupie i zająłem się innymi tematami.

Osoba Kuby Wojewódzkiego zaistniała w masowej świadomości jakiś czas po zakończeniu wydawania „Brumu”, ciekaw jestem jak odbierałeś w roli pyskatego celebryty kogoś tak bystrego i kreatywnego, kto przez prawie dziesięć lat tworzył jedno z nielicznych pism muzycznych z charakterem?

Ja Kubę zapamiętałem bardzo przyjemnie. Miły, zabawny facet, który niby zaczynał być już gwiazdą, a jednocześnie bez problemu zawiózł np. naszego wspólnego kolegę Arka Lercha swoim wypasionym jeepem do ślubu. I to nie było pozowane – był normalnym facetem bez gwiazdorskich fanaberii. On wtedy nie był chyba pewny, czy być jeszcze dziennikarzem muzycznym, czy już medialnym błaznem i myślę, że ten moment wahania wychodził mu bardzo dobrze. Ale jako „pyskaty celebryta” mnie nie zaskoczył – on dokładnie takim stylem posługiwał się na co dzień w redakcji.

Po zgonie „Brumu” przyszła nuta.pl. W Internecie dużo łatwiej było obrażonym fanom Tool czy Riverside wytoczyć jad pod nieprzychylnymi recenzjami dzieł ich idoli. Czy po latach terminowania w prasie drukowanej taka skala czytelniczego oburzenia była dla ciebie jakimś zaskoczeniem?

Ależ mnie to strasznie bawiło! Miałem tego przedsmak w „Brumie”, bo robiliśmy czasem takie ankiety: najlepszy/najgorszy artykuł, najlepsza/najgorsza recenzja… itd. Wtedy zrozumiałem w jaki sposób ludzie czytają i, że w ogóle nie należy się przejmować komentarzami fanów. Akurat w „Brumie” zawsze najlepszym artykułem, recenzją, wywiadem…  było coś, co dobrze mówiło o Kaziku. Najgorszym, coś co Kazika zjeżdżało. Paradoksalnie, oba teksty – np. wywiad i recenzję – mogła napisać ta sama osoba.

Czy kiedykolwiek przyszło ci bronić własnych tekstów i wdawać się w polemiki z krytykantami?

Chyba nie, bo bawił mnie rozwój dyskusji. Ale jeden raz pamiętam. Otóż po jakiejś miażdżącej recenzji kolejnej płyty CETI napisał do mnie Grzegorz Kupczyk. Cytuję z pamięci: „Ty chuju jebany, kurwa, czego się znów przypierdalasz, kutasie złamany?” Pomyślałem: Kurde, facet nagrywał już jak ja miałem kilka lat, może jednak odpisać… I odpisałem coś grzecznie, po czym on odpowiedział mi po kilku sekundach już w zupełnie innym tonie: „No wreszcie się odzywasz! To jak z tą płytą, naprawdę taka chujowa?”. I tak sobie kulturalnie korespondowaliśmy przez jakiś czas jak starzy kumple.

Czy twój – dość symboliczny – wkład w efemerydę zwaną „I Am Death” był podyktowany osobistą znajomością z Jarkiem Szubrychtem i Tomkiem Krajewskim, czy spodobała ci się linia pisma, które nieco wyprzedziło modę na „oldschoolowy metal”?

Sytuacja czysto towarzyska. Oni rzucili hasło, ja pomyślałem, że nigdy nie napisałem nic do zina… I tyle, żadnej kontynuacji nie było, ale sama akcja bardzo mi się podobała.

 Brum - Wojtek i Rafał Księżyk (obecnie naczelny Playboya) w redakcyjnej piwniczce

Brum – Wojtek i Rafał Księżyk (obecnie naczelny Playboya) w redakcyjnej piwniczce

W którym momencie uznałeś, że dajesz sobie spokój z pisaniem o muzyce i poświęcisz się tematyce historycznej?

Nigdy… Przecież to właśnie po „Brumie” i „Nucie” zaczęła się najlepsza zabawa! Przez pewien czas nie miałem zupełnie kasy i pisywałem do kilku gazet i portali jednocześnie, a potem zaczęła się doskonała przygoda z „Życiem Warszawy” – nigdy nie odżałuję tej redakcji! Wcześniej dostawałem płytę, siadałem i pisałem recenzję. Tu nic podobnego – co dwa, trzy dni wychodzisz w miasto, łazisz po klubach, słuchasz jakiś nieznanych nikomu kapel i opisujesz! Jednego wieczora jakiś jazzowy pianista plumka coś na fortepianie, a po chwili jego występ zamienia się w ostrą psychodeliczną jazdę, drugiego – laptopowa elektronika przechodzi w bluesa, a potem w klezmerski trans. Innym razem wchodzisz do jakiejś piwnicy, gdzie trzech kolesi wydobywa z kompów jakieś dziwne trzaski i szmery, które jak się okazuje ilustrują na żywca pornosy z lat 30… i kurde, naprawdę ilustrują – słyszysz jak trzask staje się muzyką! Naprawdę kilka lat świetnej przygody, a przy okazji znów otwarcie oczu na mnóstwo nowych dźwięków i brzmień. Możesz nie kojarzyć tych tekstów, bo konsekwentnie unikałem pisania o metalu, a poza tym zacząłem pisać pod swoim nazwiskiem. 

Pytanie z gatunku intymnych – czy jest jakaś recenzja, której po latach się wstydzisz i łapiesz się za głowę, że mogłeś coś takiego napisać?

Pod względem stylu – większość. Ale jeśli chodzi o treść to chyba nie.

Czy obecna posada redaktora działu kulturalnego tygodnika „(W) Sieci” wystarcza ci na tyle, że nie czujesz już potrzeby powrotu do regularnego pisania o nowościach muzycznych?

W „Sieci” też pisuję o nowościach, podobnie jak wcześniej w „Uważam Rze”. W zasadzie robię to co dawniej – staram się znajdować jakieś dziwne, fajne projekty i poinformować o nich czytelników. Słyszałeś np. Pierre Bastiena, nowy Kirk, albo Monopium? Gdzieś między obowiązkowe gwiazdy staram się wstawiać takie niszowe rzeczy. Bo warto.

Czy twoim zdaniem w dobie szumu informacyjnego i pełnej dostępności praktycznie każdej muzyki dziennikarstwo muzyczne ma jeszcze sens? Czy wywiad i recenzja prasowa są skazane na skansen?

To pytanie krąży już pewnie z dziesięć lat i skoro krąży tak długo a dziennikarstwo istnieje to pewnie jednak ma sens. Dla mnie osobiście najlepszym, nawet jeśli totalnie chaotycznym, źródłem szukania muzyki jest Internet. Ale z drugiej strony idąc do kibla biorę gazetę. I to może jest odpowiedź – dopóki istnieją kible, dziennikarstwo prasowe nie straci do końca sensu (śmiech).

Śledzisz to, co obecnie dzieje się na scenie metalowej? Nadążasz za nowościami, orientujesz się w tych wszystkich nazwach gatunków, jakie powstały od kiedy twórczość Kyuss nazywano „postsabbathowskim psychodelicznym hardrockiem” a Neurosis – „mieszanką doom metalu i hardcore’a”?

Trochę, ale niezbyt aktywnie. Mam wrażenie, że mało jest takich zupełnie młodych, świeżych kapel, a sytuacja w której bodaj najlepsze płyty z ostrą muzą wydali emeryci z Napalm Death czy Swans wydaje mi się dziwna… Choć płyty nagrali mocne! Ostatnio miło mi się słuchało Semantik Punk, ale to też już sprawdzona marka.

Jak odbierasz ostatnie płyty swoich (niegdysiejszych?) ulubieńców – Voivod, Celtic Frost, Tenebris?

Tenebrisa jeszcze nie słyszałem, a resztę trochę z przymrużeniem oka. Voivod ostatni jest niezły, ale po prostu niezły – ta kapela niestety nie ma już mocy deformowania gatunku, choć słucha się przyjemnie. Co do Celtic Frost to wciąż uważam, że „Into The Pandemonium” jest wielkim przebłyskiem geniuszu i płytą, która powinna od dawna być wpisana do kanonu arcydzieł światowej muzyki gdzieś obok Beatlesów, Johna Cage’a i Karlheinza Stockhausena. Ale na tym czas pana Warriora się skończył, z czego, mam wrażenie, on sam doskonale zdaje sobie sprawę. Cóż, jak widzisz nie jestem przesadnie sentymentalny…

Jeśli pamiętasz, we wkładce do kasety „My Guardian Anger” Lux Occulta pozdrowiono Cięcytatem… Czy zatem Wojtek Wysocki ostatecznie napił się z góralami?

Pokrętnie odpowiedziałem ci już wcześniej – to pozdrowienie było już po fakcie. Tak, nawaliliśmy się w trupa gdzieś na działkach w Dukli (śmiech). Ja wymiękłem pierwszy i przed zgonem zapamiętałem tylko ukraiński spirytus i wino marki „Diabeł”. A najgorsze było to, że chłopaki sobie trzeźwieli, a ja potem miałem kolejne dwa dni wywiadów w Krakowie i Katowicach… I każdy kończył się podobnie… Ot i czasy heroicznego dziennikarstwa (śmiech).

Rozmawiał Bartosz Cieślak

Zdjęcia: archiwum