WHIPLASH – starcie charakterów

Kino amerykańskie kocham między innymi za to, że Amerykanie jak nikt inny potrafią na ekranie zbudować strawną w odbiorze i pełną emocji historię wokół na pozór kompletnie nieinteresującego tematu i bohatera – czy to będzie dróżnik-karzeł, rozwodnik-miłośnik win czy wchodzący w dorosłość perkusista jazzowy. „Whiplash” nie jest filmem o jazzie czy grze na perkusji, choć muzyka jest w nim wszechobecna i nadaje całości puls. Jest natomiast filmem o pasji, o ambicji i innych uniwersalnych życiowych przypadłościach. A przy okazji każdy fan muzyki ujrzy w tym filmie lustro, w jakim dawno się nie przeglądał.

Fabuła jest prosta: 19-letni Andrew Neiman (świetny Miles Teller), uczeń najlepszego w Stanach konserwatorium muzycznego łapie wymarzony stołek perkusisty w jazzowej orkiestrze Terrence’a Fletchera (J.K. Simmons biegnie po swojego Oscara). Fletcher, uchodzący w środowisku za połączenie Cthulhu, Sziwy i sierżanta Hartmana z „Full Metal Jacket”, ma wmovies-whiplash-uk-poster zwyczaju fundować swoim podopiecznym ścieżkę zdrowia z wielogodzinnych ćwiczeń, publicznych upokorzeń, wyzwisk, i deptania marzeń. Zaś jedynym życiowym celem Neimana jest dołączenie do panteonu największych muzyków jazzowych wszech czasów – przejście do historii, do której przepustką jest idealne odegranie pod dyrygenturą Fletchera tytułowego standardu Hanka Levy.

Typowa dla kina relacja „uczeń – mentor” jest w „Whiplash” ukazana jako starcie charakterów. Fletcher to sadysta i manipulator, który „poszukując nowego Charlie Parkera” traktuje ludzi jak szmaty. Nieśmiały i niepozorny Neiman jest narcystycznym egomaniakiem, który nie umie nawiązać normalnej relacji z kobietą, a własną rodziną skrycie gardzi. Poszukiwanie pierwiastka geniuszu – wśród orkiestry i w sobie samym – okupione jest godzinami ćwiczeń i nadludzkim wysiłkiem, który wcale nie musi przynieść wymarzonego sukcesu. Jak żaden inny znany mi film, „Whiplash” ukazuje ten „cielesny” aspekt grania muzyki – to, że wygenerowanie paru składnych dźwięków wymaga lat ćwiczeń, ogromnej siły charakteru i wytrzymałości na ból. Zbliżenia, dynamiczny, ale przemyślany montaż i złoto-czerwone filtry pokazują wylane łzy, kapiącą z ustników ślinę, poranione palce i poplamione krwią naciągi. Wszystko to jest tak plastyczne, że z ekranu praktycznie śmierdzi potem. Film o ambitnym perkusiście jazzowym i jego nauczycielu ogląda się jak najlepszy na świecie, rewelacyjnie wyreżyserowany i zagrany thriller.Kadr

Niezależnie od czysto „artystycznej” wartości, w „Whiplash” zobaczyłem świat, który jest mi kompletnie obcy. Przypomniałem sobie, że na co dzień słucham muzyki granej przez ludzi, którzy przy jazzowych wymiataczach wypadają jak przedszkolna grupa Muchomorków uzbrojona w fujarki i cymbałki. Wyobraziłem sobie śmiech zawodowego jazzmana w reakcji na zespoły, które ja uważam za „techniczne”. Zrozumiałem, że wielkość i miejsce na cokole sztuki zdobywa się rezygnując z całej reszty, nawet z siebie. Na koniec przyszła ta prosta refleksja, że przecież to wszystko nie ma żadnego znaczenia. Kogo by świat nie uznał za geniusza, ile mądrych książek nie napisaliby doktoranci z akademii muzycznych i jak spektakularne nie byłoby symboliczne wykonanie „Caravan” w kulminacyjnym punkcie filmu – ja wolę moje proste dźwięki i proste emocje. I w muzyce, i w życiu.

Świat Fletchera i Neimana to jałowa pustynia i pogoń za fatamorganą doskonałości. Nawet ekstatyczna ostatnia scena ma gorzki wymiar kiedy uświadomić sobie, co czeka na bohaterów po zejściu ze sceny. Miejsce w historii? Nikt tego nie zagwarantuje. To może bliscy? Obaj przeszli po ich trupach. A przecież można tworzyć i grać nie ścigając się z nikim, nie rezygnując z innych wspaniałych rzeczy, jakie oferuje życie. I nie gryźć się z poczuciem porażki, kiedy u kresu naszych dziejów ta cała legenda, sztuka i najlepsza na świecie muzyka okażą się nic nie wartymi farmazonami, dla których poświęciło się to, co naprawdę ważne.

Bartosz Cieślak

Whiplash, reż. Damien Chazelle, USA 2014