THE ROLLING STONES – Their Satanic Majesties Request (Decca)

Stonesów i Beatlesów, dwa największe zespoły rockowe w historii, porównywano ze sobą od samego początku. I chociaż konflikt był wydumany, a Richards z Lennonem przyjaźnili się i grzali wspólnie heroinę (John rzygał jak kot, pod tym względem na pewno ustępował młodszemu koledze…), to jednak rywalizacja pomiędzy nimi była faktem. Beatlesi chcieli grać tak ostro jak Stonesi – wyszedł im kapitalny „Helter Skelter”; Stonesi chcieli być łagodni i psychodeliczni jak Beatlesi – nagrali „Their Satanic Majesties Request”. Ubogiego brata Sierżanta Pieprza.

To pierwszy i jedyny taki krążek ekipy z Londynu. Po wydaniu rewolucyjnego “Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”, Stonesi po prostu postanowili swoich kolegów naśladować. Była to płyta nieco wymuszona – nikomu w zespole nie chciało się nad nią pracować, ale… cóż, po krążku Beatlesów nadszedł czas na album Jaggera, Richardsa i spółki. Sam Keith w swojej kapitalnej autobiografii „Life” przyznaje, że była naciągana i twierdzi, że mniej więcej wtedy uszła z nich para. Ale tylko na chwilę, bo przecież później, przystawieni do ściany – wiedzieli, że muszą nagrać coś dobrego – wydali „Beggars Banquet”. Poszli w bluesy, i dobrze. „Their Satanic Majesties Request” była jednak zupełnie inna od wszystkiego co wcześniej zrobili. Brak tu skocznych, knajpianych kawałków w stylu „Cool, Calm, & Collected” czy krótkich rockerów jak „Get Off Of My Cloud”. Sporo za to atmosfery rodem z debiutu Pink Floyd czy Love („She’s a Rainbow”!) – czyli odjechane, narkotyczne tripy połączone z wyjątkowo chwytliwymi melodiami. Transowe „Sing This All Together” wpada w ucho niemal od razu; podobnie „Citadel” czy wspomniane „She’s a Rainbow” – swoją drogą zadziwiająco podobne do „She Comes In Colors” Love. Oczywiście na płycie nie mogło zabraknąć miejsca dla stonesowego odpowiednika „Interstellar Overdrive”, czyli drugiej części „Sing This All Together” (See What Happens) – do floydowskiego klasyka mu, rzecz jasna, daleko, ale ma w sobie nutkę szaleństwa i bardzo naturalny flow. Eksperyment, ale udany.michael cooper

Zachwyca brzmienie tej płyty. Jak na Stonesów przystało jest brudne, chropowate, pełne niedoskonałości. To akurat zupełne przeciwieństwo Beatlesów – u których wszystko jest perfekcyjne, doskonale dopracowane. Ten uliczny sznyt ekipy z Londynu świetnie się z tą psychodeliczną muzyką zgrywa. Trochę brakuje tutaj zadziornych riffów Richardsa – świetnie brzmi np. w „The Lantern”, aczkolwiek słychać, że lepiej czuje się w nieco bardziej drapieżnych klimatach. To album, w którym Richards jest najbardziej usunięty w cień. Nie ma solówek a’la ‘Sympathy For The Devil’, ani zabójczych riffów w stylu „Monkey Man” (niedoceniany kawałek). Jego styl dopiero się klarował. the_rolling_stones 1967

Różne są opinie na temat „Their Satanic Majesties Request”. Stonesi zebrali do kupy to, co w tamtym czasie było najbardziej popularne, przepuścili to przez własny filtr i nagrali płytę, która – jak się później okazało – była łącznikiem pomiędzy „Between The Buttnos”, a „Beggars Banquet”. Albumami mocno od siebie odmiennymi. Możliwe, że po prostu potrzebowali takiego krótkiego resetu, małej odskoczni po to, aby wrócić ze zdwojoną siłą. Zdali sobie chyba sprawę, że ich miejsce jest gdzieś wśród starych, chicagowskich bluesmanów, nie wśród odlatującej młodzieży. Nie żeby oni nie odlatywali. Odlatywali. Ale mieli swój własny, unikalny lot, który swój szczyt miał w momencie nagrywania „Exile Of Main St.”. Potem stopniowo z tego szczytu schodzili, ale co nagrali to ich. Drugiego Keitha Richardsa już nie będzie.

Paweł Drabarek

Zdjęcia: archiwum zespołu/Michael Cooper