THE BIRTHDAY PARTY – Mutiny/The Bad Seed EP (4AD/Mute)

W filmie „Lords of  Salem” Roba Zombie głównym motywem opętania jest demoniczna muzyka nieznanego pochodzenia (okazuje się, że to rytuały czarownic…), która za pomocą oszczędnych środków generuje iście diabelską aurę. Rob podczas prac nad scenariuszem, równie dobrze mógł wykorzystać muzykę zawartą na podwójnej ep-ce The Birthday Party „Mutiny/The Bad Seed” – efekt byłby równie destrukcyjny. I już wszystko jest jasne – opuszczamy przytulne, krajowe zakątki i udajemy się w otchłań skażonej narkotykowym szaleństwem, podziemnej sceny Londynu roku pańskiego 1982.

Stwierdzić, że Cave jest (dla mnie) ważnym artystą, to w zasadzie nic nie powiedzieć. W dużej mierze ukształtował moje gusta, trudno zatem wypowiadać się na jego temat w sposób zupełnie obojętny i profesjonalnie zimny. Bo też i wywołuje Cave reakcje skrajne. Dzisiaj, w momencie, kiedy w jego zdawałoby się, uporządkowanym, jesiennym życiu znowu zagościły śmierć i przeznaczenie, można z powodzeniem powrócić do czasów, które jawią się jako jeden wielki, hipnotyzujący, wściekły i gotycko absurdalny odjazd.

Sam Cave w swojej bogatej dyskografii ma w zasadzie wszystko – od ballad po noise i awangardę. Rzecz jasna, atawistyczne siły ujawniły się głównie w czasie egzystencji The Birthday Party, zespołu, do którego idealnie pasuje określenie „niebezpieczny”. Przyglądając się drodze Nicka, łatwo można zrozumieć, że bezkompromisowa, granicząca z autodestrukcją muzyka Przyjęcia Urodzinowego wynikała z faktycznego życia na krawędzi. Założony w Australii band, mający na pokładzie same, hmmm, oryginalne jednostki, chcąc rozwinąć karierę zdecydował się na przeprowadzkę do Londynu, gdzie muzycy dość długo prowadzili straceńcze życie żebraków, narkomanów i chuliganów, nadając powiedzonku „głodny muzyk to płodny muzyk” nowego, niepokojącego odcienia. Muzyczne działania cały czas przeplatały się z ciągłym przesuwaniem  granic; w zasadzie nigdy nie dziwiłem się generowanym przez zespół dźwiękom. Zwierzęcym, dysonansowym, graniczącym z kakofonią. A jednocześnie hipnotyzującym. Począwszy od „Prayers on Fire”, przez „Junkyard” skończywszy na dwóch ep-kach, które zwieńczyły pogmatwaną i pełną wybojów drogę. Kontakt z tym dziełem był momentem, kiedy zrozumiałem, że muzyka to nie tylko piosenki, ale przede wszystkim emocje. To jakże w dzisiejszych czasach nadszarpywane – głównie przez nie wiedzieć czemu metalowców – określenie powinno na zawsze być przypisane do The Birthday Party. Ich twórczość brzmiała niczym zmagania samobójcy z oporną materią ciała. Była boleśnie fizyczna, ocierająca się z jednej strony o nową falę i gotyk (spokojnie mogli stanąć obok muzyków Alien Sex Fiend…), z drugiej stanowiąca coś w rodzaju proto – noise’u, szczególnie na płaszczyźnie gitarowej. Wściekłość dzieliła tu miejsce ze zblazowaniem a interpretacje wokalne Cave’a to przykład aktora – naturszczyka, który wstrzyknął sobie miks ulicznego szlamu, kokainy, heroiny i halucynogenów. To co musiało dziać się w głowie młodego Nicka, było na tyle przerażające, że tylko klapa bezpieczeństwa w postaci koncertów ratowała go przed zagładą. Płyta robi niesamowite wrażenie i choć wiadomo, że szczególnie „Mutiny!” powstawał w momencie, kiedy formalnie zespół już nie istniał, brzmi w 100% kompletnie, wiarygodnie i przerażająco.The Bad Seed EP

Na pierwszy rzut idzie ep-ka „The Bad Seed” z czterema surowymi utworami, które idealnie puentują poszukiwania muzyków. Podstawą jest tu blues, jednak Cave z kolegami traktują go w sposób obcesowo/sadystyczny – obdzierają z wszystkich, niepotrzebnych opakowań, solówek, ckliwości i melodyki, docierając do sedna, uwypuklając jego atawistyczną naturę, rozdzierając ładne opakowanie. Tu nie ma miejsca na romantyzm, to raczej pijany kowboj przegląda się w krzywym zwierciadle („Sonnys Burning“), szykując się na podbój kurew w spelunie – „Żar zła ogarnia mnie teraz/Płoń dalej! Płoń!“. Prawdziwa orgia zaczyna się wraz z „Fears of Gun“ – nasz kowboj „radzi sobie dobrze z alkoholizmem/Palec w butelce i huśta ją powoli/Od łóżka do zlewu i z powrotem“. Cave podkreśla opowiastkę iście pijacko – rynsztokowym zawodzeniem, głos chwieje się i rzęzi, ale muzyka jest bydlęco piękna – obsesyjny bas, nowofalowo skrzecząca gitara, obleśne i nieprzyzwoicie fizyczne doznanie. Natężenie emocji, jakie wywalają się z tych nagrań może zabić. Kowboj zalicza zgon, nieważne, jak to zrozumiemy. „Wildworld“ jest żałobnym bluesem bez celebracji i zadumy – „Nasze ciała stapiają się w jedno/Po ukrzyżowaniu, kochanie, i bezpowrotnie zgubieni” – bełkocze Cave, i jest w swoim szaleństwie bliżej diabła niż sam Johnsosn na rozstajach dróg. Ep-kę kończy ballada – wiem, nie jest to dobre słowo – „Deep In The Woods“. „Miłość jest dla głupców i głupcy są kochankami” – zawodzi Nick i robi się w tym swoim narkotycznym majaku prawdziwie złowieszczy. Kawałek niczym młotek wali po głowie, kto przeżyje, ten zwycięzcą. Ale czy zdoła wydobyć się z bagien Luizjany? Ep-ka została przez krytyków przyjęta z entuzjazmem, bo też faktycznie pokazała, że The Birthday Party, choć mieli w sobie coś ze straceńczej anty – energii nihilistycznego punka, byli w gruncie rzeczy świadomymi muzykami, którzy dobrze wiedzieli w jaki sposób podejść do dźwięku, by ten stał się niebezpieczny. Doskonale ujął to dziennikarz Barney Hoskyns, pisząc – „The Birthday Party proponuje ci szaleństwo z żądzą podanego głosu i przerażenie w formie rytuału” (cytat z biografii autorstwa Iana Johnstona). Co ciekawe, gitarowe pomysły z tej płytki parę lat później wykorzystają całe zastępy noise rockowych wojowników z Ampheramine Reptile czy Touch&Go. Posłuchajcie zresztą „Goat” The Jesus Lizard gdzie bez problemu inspirację ekipą Cave’a znajdziemy. Sam zespół udał się na trasę, ep-ka ukazała się na początku 83 roku a już kilka miesięcy później grupa znowu zameldowała się w Berlinie, by nagrać kolejną porcję rzygowin. Zespół w tym czasie wreszcie zaczynał być dostrzegany przez poważną prasę i z nastroszonej, gotyckiej ciekawostki przemieniał się w poważnego gracza na scenie, szkoda tylko, że stało się to pod sam koniec egzystencji. A może i dobrze? Popularność, jeśli można to tak nazwać, zwróciła na nich uwagę wytwórni Mute, która mając na pokładzie kurę znoszącą złote jaja (Depeche Mode, rzecz jasna) mogła sobie pozwolić na poszukiwanie co bardziej popierdolonych wykonawców. Wprawdzie pierwsze przymiarki do współpracy miały już miejsce podczas prac nad „The Bad Seed”, jednak dopiero „Mutiny!” mogło nosić znaczek Mute. Interesujące jest to, że wówczas w zespole działo się już bardzo źle a relacje między muzykami były coraz bardziej… dziwne, napięte i zdecydowanie nie rokujące nadziei na możliwość dalszej współpracy. Być może właśnie owa popularność, jakiej zaczęli doświadczać muzycy, stała się gwoździem do trumny? Zespół wszedł do berlińskiego Hansa Studios i choć nastroje podczas sesji były otwarcie wrogie, stworzył muzykę, będącą idealnym zwieńczeniem kilkuletniej działalności.Mutiny

W nowych utworach od razu uderza dbałość o pełniejsze brzmienie; surowość „The Bad Seed” ustąpiła miejsca pełniejszym, bardziej tłustym aranżacjom i większej przestrzeni w obrębie kompozycji. I choć trzon pozostał bez zmian, słychać inne podejście do konstruowania . O ile na „The Bad Seed” grupa rzucała się z wściekłością troglodyty na materię muzyczną, o tyle na „Mutiny!” mamy szlachtowanie i bebeszenie zwłok bez żadnego pospiechu, z sadystyczną wręcz ciekawością. Już pierwszy z brzegu „Jennifers Veil” zaskakuje większą dbałością o melodykę, jest wyrafinowany i zawiera w sobie tajemnicę – „Nie próbuj wyciągać do niej rąk/I nie opuszczaj flagi na maszcie/Nakieruj galion na burzę/I bez zwłoki ruszaj”. Jeszcze oszczędniejszy w środkach jest „Say A Spell”, gdzie noise’owe napięcie zostaje poskromione a cały numer jakby celowo chowa się do kąta. Zaskakującym momentem płyty jest na pewno „Pleasue Avalanche” z obsesyjnym basem i motoryką żywcem wyjętą z kanonu industrialnych zespołów. Czyżby znajomość Cave’a z Blixą Bargeldem (Einstürzende Neubauten) dała o sobie znać po raz pierwszy? To są spokojniejsze momenty płytki, ale mamy tu także coś z bardziej otwartej, palącej wściekłości – np. genialny „Swampland”. „Nie mogę już dłużej uciekać/Nie mogę!/ Lucy, nie zobaczysz więcej tej twarzy/Gdy cie złapio to zawiśniesz i spłoniesz/W głębi Moczarów!” zawodzi, celowo kalecząc język, Cave w otoczeniu diabłów, szczekania i wycia. Rytualny charakter tej pieśni idealnie pasuje do klimatu, jaki zdominował „Mutiny!”, do złości, jaka toczyła muzyków. Wreszcie „Mutiny In Heaven” startujący od koszmarnego wrzasku Cave’a, którym razem z kolegami zwykłem budzić na obozach o 5 nad ranem koleżanki (dla zainteresowanych – ponad dwadzieścia lat temu ). Efekt piorunujący. Sam numer to rzadki przykład czegoś w rodzaju punkowego ducha The Birthday Party. Jarmarczny hałas i towarzyszące mu słowa: „Więc urodziłem się…. I wciąż jeszcze się trząsłem, gdy wrzucili mnie do jakiejś lodowatej chrzcielnicy/Jakbym był jakąś wielką, śmierdzącą nieczystością. Od kościoła nędzy do kościoła nędzy, rozdarłem serce/Przed jakąś tłustą pizdą za zasłonką”. Swoje obsesje dotyczące śmierci, morderstw i biblijnego ich kontekstu będzie Cave rozwijał, rzecz jasna, w bardziej artystycznym anturażu na płytach solowych, budząc podziw dziennikarzy komplementujących jego znajomość historii południa USA. A przecież Nick był jedynie zdolnym kreatorem wizji, które były przerażająco bliskie czegoś w rodzaju gloryfikacji, kłaniającej się zwyrodnieniu mieszkańców tej części kontynentu… To jednak opowieść na zupełnie inny czas. Warto dodać, że zrealizowane w 1982 i 83 ep-ki na wspólnej płycie pojawiły się dopiero w roku 1989. Cave pozostaje jednym z artystów, których zwykłem określać mianem autentycznych i nie zachwiał tego nawet nieco narcystyczny w założeniu (choć i tak obejrzany z zainteresowaniem) pseudo – dokument „20000 dni na ziemi”. Nie roztrząsam tego obrazu akurat dzisiaj, kiedy bohater niniejszego tekstu pogrążony jest w żałobie po tragicznej śmierci syna. Mrok upomina się o swoje. TBP2 (1)

Rzecz jasna, teraz musi być wjazd zupełnie prywatny. Nie doświadczyłbym tego szaleństwa, gdyby nie mieszcząca się w miejskiej bibliotece w Jastrzębiu-Zdroju wypożyczalnia płyt (lata 90. a jakże…). Tak, było kiedyś coś takiego. Prowadzona przez nawiedzonego gościa, który polecał mi co ciekawsze rzeczy, stanowiła w pewnym momencie skarbnicę i wrota do nowości, ale i starszych, niesamowitych nagrań. Z niezrozumiałych nawet dzisiaj przyczyn, władze biblioteki tolerowały ten absurdalny zbiór, gdzie obok rzeczy poprawnych i z dydaktycznego punktu widzenia koniecznych, można było znaleźć sporo muzyki mocno wywrotowej. Nie pamiętam, dlaczego wypożyczyłem ów krążek, czy został mi polecony, czy był to jakiś szalony przypadek, w każdym razie, ku strapieniu rodzicieli katowałem płytę – którą oczywiście przegrałem sobie u kumpla na kasetę – non stop, pogłębiając miłość do hałasu i tracąc jednocześnie szansę na szybkie znalezienie dziewczyny. Cóż, niesamowita orgia, ponadczasowy materiał. Droga do wieczności.

Arek Lerch