SWANS – The Burning World (MCA Records)

Rozwodzenie  się na temat muzyki Swans w kontekście ogromnego sukcesu nowej odsłony  zespołu Giry jest ciut bez sensu. Wydane po reaktywacji płyty spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem hipsterów i nawet część z młodocianych adeptów alternatywy odgrzebała  gdzieś „Children of God”. Gira, który przez lata wściekał się na brak sukcesów i narzekał na przesrany los artysty, mógł wreszcie odetchnąć. Tym bardziej cieszy mnie wieść, że najnowsza, anonsowana na wiosnę br. płyta ma być ostatnią w tym składzie. Co dalej? Powrót Angels of Light? Tak czy inaczej – szacunek za nadal niekomercyjne, nonkonformistyczne podejście i pytanie, czy nowe dzieło będzie tzw. przełomem? Muzyka przełomów to dla Swans nie pierwszyzna…

W kolejnym odcinku naszej wspominkowej serii zajmiemy się płytą, która była właśnie takim przełomem, momentem krytycznym, których w historii Swans nie brakowało. „The Burning World” zamykał drugi rozdział w działalności zespołu, zapoczątkowany dołączeniem Jarboe; po rozgrzewce w postaci „Greed” i „Holy Money” zespół zarejestrował „Children of God”, tworząc tym samym swoje pierwsze (dla niektórych – jedyne…) opus magnum. Na tej płycie post industrialna,Michael+Jarboe zgrzytliwa aura weszła w idealną symbiozę z soulowo/eksperymentalnym charakterem Jarboe, która pięknie zrównoważyła wściekłość Michaela, dodając do gwałtownej, monumentalnej muzyki liryczny pierwiastek. Tak czy inaczej, zespół doszedł do ściany. Tworząc muzykę balansującą na granicy unicestwienia, zamykając w niej wszystkie swoje obsesje, stanął na rozdrożu. Pewnie dla fanów Łabędzi nagranie kolejnej płyty o podobnym charakterze nie byłoby złym posunięciem, jednak Gira, ze swoim niespokojnym charakterem, wiecznie niezadowolony i poszukujący, musiał się wyzwolić. Spekulacją będą twierdzenia, że na nową muzykę miała wpływ kuriozalna w karierze zespołu kolaboracja z dużą wytwórnią. Być może spece z MCA, widząc rosnącą w siłę grupę, liczyli, że uda się z tego projektu wycisnąć kasę, kto wie… W każdym razie nie sądzę, by to za podszeptem speców od marketingu Gira wymyślił nowe, akustyczne oblicze Swans. I w tym miejscu rozpoczyna się nowy rozdział, niefortunnie zainaugurowany najdziwniejszą płytą w historii  zespołu.”The Burning World” od początku budził kontrowersje. Bo musiał budzić, skoro był następcą „Children of God”. Każda płyta byłaby pewnie przyjęta z rezerwą, tymczasem Michael sam opinię krytyki sprowokował. Czy świadomie? Podobnie prowokacyjny charakter miał debiutancki „Filth”, nie mieszczący się w żadnych kategoriach. „The Burning World” też się nigdzie nie mieścił, był przełomem, chwilą oddechu, choć dzisiaj Gira nie lubi się o tej płycie wypowiadać, uważając ją za pomyłkę. Szkoda, bo w gruncie rzeczy to kawał świetnej muzyki, pozostającej w cieniu wielkich dzieł Swans. Może gdyby ukazał się pod szyldem The World of Skin, byłoby inaczej? Stało się jednak zgodnie z maksymą szoku, przekory i aroganckiego traktowania zarówno wytwórni jak i słuchaczy. Nie zgodzę się jednak z dość powszechną, pokutującą opinią, że to płyta zła czy niepotrzebna. Być może w kontekście wspomnianego dzieła „Children of God” czy chociażby genialnego The Seer jawi się jako krążek dość błahy, banalny w swoim „odkrywaniu” klasyki, jednak, w przeciwieństwie do wielu płyt z przełomu lat 80. i 90., pozostał świeży a być może dzisiaj – w kontekście chociażby późniejszych, akustycznych dokonań Angels of Light – jest dużo bardziej zrozumiały i nie tak znowu oderwany od twórczości Giry. Zaryzykowałbym wręcz teorię, że krytykowanie tej płyty jest wynikiem głupoty dziennikarzy, którzy pisząc o Swans, powielają powszechne opinie i traktują dyskografię zespołu w sposób szablonowy, bez jakiejkolwiek indywidualnej refleksji. Inna sprawa, że znam opinie, w myśl których nagrane w ostatnich latach, post – reaktywacje płyty są kompletną pomyłką i efektem wybujałego ego Michalea. A może chodzi po prostu o dziennikarskie ego, każące być ponad tłuszczę, dostającą orgazmu na dźwięki płynące chociażby z  To Be Kind? Nie wiem, kto jest głupszy…Michael

„The Burning World” na pewno nie był dziełem przypadkowym, także w kontekście sesji nagraniowej, która w żadnym razie nie była zdawkową, pospieszną produkcją. Obok właściwego składu, zredukowanego do trójki muzyków – Gira, Jarboe i Norman Westberg – w nagraniach uczestniczyło w sumie siedemnastu muzyków, z dużym naciskiem na instrumenty smyczkowe, co było związane z obraną konwencją. Akustyczna formuła, duży rozmach aranżacyjny, bogate, koronkowe wręcz instrumentacje składały się na konwencjonalną, rockową muzykę, w której odbijają się ówczesne fascynacje Jarboe i Giry – blues, folk, country i gospel. Obdarty z industrialno – noise’owej szaty zespół nagle ujawnił skrywaną miłość do tradycyjnej Ameryki; okazało się, że szaleńcy, którzy z taką odwagą przekraczają granice dobrego smaku, szokujący ekstrawaganckimi koncertami, w gruncie rzeczy są… tradycjonalistami. A taki obraz nie pasował tak prasie jak i rozkochanym w hałasie fanom. Co znajdziemy na tej płycie?

Na pewno coś innego niż poprzednich krążkach, tego faktu nie zamierzam kwestionować, jeśli jednak dobrze znamy twórczość Swans, bez problemu wyczujemy tą charakterystyczną atmosferę, jaką emanują produkcje Giry i całej zwariowanej ferajny. Powiem więcej – fakt, że wspomniany klimat realizowany jest za pomocą tradycyjnych instrumentów a nie samplerów, ma swój urok, czy nawet dozę pikanterii. Bo tylko szalony umysł mógłby wpaść na to, by wywalić klawiatury i efekt uzyskać z pomocą smyczków. Ba, całej góry instrumentów smyczkowych! To pierwsze zaskoczenie i pierwsze opory – jak to?! Swans gra niczym kowbojski, country band dla wieśniaków?! Nic podobnego. Bo kolejnym elementem odróżniającym „The Burning World” od zespołów zjeżdżających każdego roku do Mrągowa, jest monumentalna, gęsta, zawieszona ściana dźwięku, uporczywie powtarzanych fraz i taka repetycja wcale nie brzmi gorzej niż zgrzytliwe dźwięki, preparowane na co dzień przez Jarboe. Nie zmienia to faktu, że piosenki z tej płyty mają na pewno więcej światła, pokazują jaśniejszą stronę zespołu. Nie wierzę, że Swans chciał w ten sposób zdobyć listy przebojów, choć faktycznie melodii – i to tej dosłownej – wcale tu nie brakuje. Liryczna strona, czyli solowe „wjazdy” Jarboe są, a jakże – gospelowy „Can’t Find My Way Home”, akustyczna „I Remember Who You Are” czy wzbogacona o banjo „See No More”. Jest ckliwie jak cholera, Egon. Ok, to dla kontrastu mamy motoryczny, kojarzący się z „dawnym” Łabędziem „Mona Lisa Mother Earth”, pierwszy świetny numer z tej płyty, który pokazuje zamysł zespołu – nawet te pozornie jasne, optymistyczne frazy, mają gdzieś w tle trochę niepokojących harmonii, tego swansowego mroku, który choć nie jest eksponowany, nadal nam towarzyszy. Są piosenki w stylu zadumanego „Let It Come Down” czy singlowego, pięknie pulsującego „Saved”. No i wreszcie najjaśniejszy punkt – „Jane Mary Cry One Tear”. Niby krótki, mało znaczący fragment, rozgrywający się podług nowych reguł, jednak pod koniec zostaje przełamany pojedynczym, gwałtownym i wwiercającym się w mózg chorusem, który ściera w proch sielankę. Mistrzostwo w prostocie.Jarboe

I tyle. Swans zapodali smyczki, akustyki, wyzbyli się swojego charakteru i… przegrali z kretesem. Wytwórnia była niezadowolona, zespół podobnie, choć dziwi mnie postawa Giry, który nie lubi się do tej płyty przyznawać, szczególnie w kontekście takich materiałów jak „Other People” Angles of Light, choć oczywiście, to jego prawo. Banda „znawców” ochoczo owo „nielubienie” podchwyciła i do dzisiaj jeden pismak od drugiego przepisuje brednie jakoby „to zła płyta była”. Niech i tak będzie. Jeśli jednak ktoś podejdzie do „The Burning World” bez uprzedzeń, dostanie dawkę świetnej, zagranej z polotem i pomysłem muzyki. Choć na pewno nie tak aroganckiej jak wcześniejsze i późniejsze dokonania Swans. Same Łabędzie po chwili wahania powróciły na stare śmieci, tworząc parę rewelacyjnych dzieł, które jednak łączyły w sobie owego dysonansowego, „starego” ducha z dużo większą dozą melodii, choć to właśnie – co jest paradoksem – na „The Burning World” zespół pokazał, że ma gdzieś oczekiwania tłuszczy. Być może pozostanę jedynym, bezkrytycznym fanem całej twórczości Giry (w przeciwieństwie do durnia – nazwiska nie wymienię – który na jednym z portali sponiewierał „The Seer” i „To Be Kind”…), ale wolno mi, prawda?

Arek Lerch

Zdjęcia: Vim Van De Hust/Cyrille Choupas