STRASZNA MUZYKA – Ennio Morricone (Cz. 1)

Jakiś czas temu odkryłem w sobie fascynację starym horrorem, muzyką filmową i zjawisku syntezy dźwięku z obrazem. W tym dziwnym świecie znaleźć można mnóstwo świetnej muzyki i… równie wiele dziwnych historii. Zadziwia i przytłacza obfitość dorobku pana Morricone. Włoch ów, chociaż szerszemu audytoriom kojarzący się przede wszystkim ze spaghetti westernem, pisał także do filmów grozy – dzieł lepszych i gorszych, strasznych bądź strasznych niezupełnie. Jedno pozostawało bez zmian – pisał rzeczy dobre i intrygujące. Przypomnijmy sobie kilka wyimków z jego pracy.

VERGOGNA SCHIFOSI (1969) Psychodelia, proszę państwa. Psychodelia pełną gębą. I to nawet nie ze względu na użyte przez kompozytora środki, a raczej sam klimat bijący z tego nagrania. Po kolei jednak – po pierwsze, nadmienić należy, że muzykę do „Vergogna Schifosi” zdecydowanie najłatwiej traktować mi jakoVS pełnoprawną – w każdym tego słowa znaczeniu – płytę. Przede wszystkim dlatego, że od pierwszej do ostatniej sekundy wypełniają ją piosenki. Zwyczajnie, nic prostszego… Największą oczywistością związaną z soundtrackowymi wydawnictwami jawi się fakt, że sporą część takowych nagrań wypełniają przeróżne hałasy, trzaski i zgrzyty. Owszem – brzmią one dobrze, będąc elementem szerszej całości, natomiast jako samodzielne byty wypadają nieco… osobliwie. Na pewno są na świecie osoby, które z sobie tylko znanych powodów obcowanie z tymi dźwiękami znajdują przyjemnym. Słyszałem już o dziwniejszych upodobaniach. Niemniej jednak, mnie zdarza się tego rodzaju smaczki pominąć – zwłaszcza wtedy, gdy chcę posłuchać MUZYKI. Tutaj tego problemu nie mam i widzę w tym przyjemną odmianę. Rzut oka na okładkę LP może być dobrym wyznacznikiem rzeczy, które czekają na słuchacza dalej. Tkwi w tej muzyce jakiś rytualny pierwiastek, jednak daleko mu od oczywistości. Jest schowany, wyczuwalny niemal podskórnie. Morricone – jak to on – podrzuca pewien trop, z pozoru nieszkodliwy czy wręcz radosny, który to następnie nabiera nowych płaszczyzn i poczyna niepokoić. A przynajmniej niepokoi mnie. Dobra robota.

BLACK BELLY OF THE THARANTULA (1971) Powrót do klasyki, chociaż, mimo wszystko, powrót niepełny. Bo – przykładowo – dlaczego rękawice są złote, a nie zwyczajowo czarne, hm? Zresztą, Morricone ma szczęście do filmów z pozoru wpisujących się w gatunkowe standardy, chociaż z jakichś względów Tarantulaodmiennych. Rzeczy dalekich bezsensownemu epatowaniu śmiercią, dalekich topornym jatkom z lichymi przerwami na zwykłe życie. „Black Belly of the Tharantula” stawia na klimat i budowanie napięcia, nietypowo podchodząc do kwestii budowania narracji – głównym bohaterem jest tutaj komisarz policji, nie przypadkowy przechodzień. Niewiele tutaj samych scen zbrodni, a jeżeli już się pojawiają, to pełne celebracji i jakiegoś namaszczenia. Ennio przechodzi tu natomiast samego siebie. Ścieżka dźwiękowa „tarantuli” zadziwia różnorodnością i mnogością oblicz. Tematem przewodnim raz jeszcze wprowadza w świat sielankowy, chociaż… niedopowiedziany. Są zatem, jakże typowe dla Morricone, piosenkowe, zapadające w pamięć motywy, ale to nie one grają główne role. Symptomatyczne jest coś innego: otóż mnóstwo tu tych przerywników, które w szerszym kontekście okazują się nieodzownymi fragmentami filmu, mnóstwo także swego rodzaju kakofonii – zdaje się: tym straszniejszej, im bliższe jest niebezpieczeństwo. Sobie tylko znanym sposobem kompozytor nawet takie momenty czyni miłymi dla ucha. Całość – piosenki wymieszane z hałasem wszelakim – wywołuje naprawdę ogromne wrażenie, toteż nie może dziwić fakt, że występuje w tak wielkim stężeniu.

SPASMO (1974) Mówią, że muzyka Morricone pasuje do „Spasmo” jak pięść do nosa, a to dlatego, że jest… za dobra. Że to film zupełnie nieudany, a wieńczenie go taką ścieżką dźwiękową jest zwyczajnym marnotrawstwem. Nie ulega wątpliwości, że Ennio gra w innej lidze, niż twórca samego obrazu, czyli Lenzi, ale to – mimo wszystko – nie jest zły film. I wcale nie tak oczywisty, jak mogłyby zwiastować pierwsze sceny. Naznaczony bardzo nieortodoksyjnym podejściem doScreenHunter_3441 Oct. 31 10.12 tradycji (czarnych rękawic – brak, morderstw jak na lekarstwo…) i aspirujący do miana kina psychologicznego. Strach w swojej zwyczajowej postaci gości tu zaledwie momentami; przeważa niepewność i zdezorientowanie. Zadziwia rozedrgana praca kamery i klaustrofobiczne ujęcia. Najlepszy (albo wręcz przeciwnie… kwestia gustu) jest fakt, że kompletnie nie wiadomo, o co tak naprawdę w „Spasmo” chodzi. Podrzucane znienacka tropy każą zastanawiać się, czy nie znajdujemy się w czyimś wymyśle, a jeżeli tak – gdzie on się kończy, a gdzie zaczyna rzeczywistość. Skąd te wszystkie lalki i ogrodowe nożyce. Obraz, celowo czy nie, rodzi w widzu najbardziej paranoiczne uczucia. Dwuznaczne jest nawet zakończenie, co w typowym giallo byłoby nie do pomyślenia. Sam Morricone najpierw dokłada swoje trzy grosze do atmosfery śródziemnomorskiej sielanki („Bambole”), a później udowadnia, że nieobce mu amuzyczne poskrzypywania i zgrzyty („Stress Infinito”). Z filmu nieco topornego tworzy obraz co najmniej – moim zdaniem – dobry. Z pewnego prymitywizmu, a może nieudolności, pozwala wyciągnąć to, co urokliwe.
c.d.n.

Adam Gościniak