STEELE CZYLI STAL(IN) – Rozmowa z Maciejem Krzywińskim

Trzy miesiące po premierze swojej debiutanckiej książki, biografii Faith No More, Maciej Krzywiński zabrał się za spisywanie losów zespołów Petera Steele’a – Carnivore oraz Type O Negative. Efekt jego pracy to „Zgniła zieleń”, książka, która na półkach księgarń zagościła w drugiej połowie kwietnia, i która – co ciekawe – zdaje się cieszyć większą popularnością niż „Królowie życia”. O przyczynę takiego stanu rzeczy i kilka jeszcze spraw zapytałem autora obu publikacji.

Jak majówka mija, panie redaktorze?

Wyjechałem do Konina, centrum wszechświata, pogoda raczej jesienna, więc majówka mija mi na siedzeniu w chacie i pierdzeniu w stołek. O nudzie jednak nie ma mowy – z półrocznym niemowlakiem nie ma czegoś takiego jak nuda.

Wyspałeś się choć raz w ciągu ostatniego roku? Najpierw praca nad książką, potem dziecko…

Nie i bardzo za snem tęsknię. Ale co zrobić – takie odwieczne prawo natury. Albo rozmnażanie, albo spanie. A w ogóle to fajnie się z terminem wywiadu zgraliśmy, bo pierwsze zdania „Zgniłej Zieleni” napisałem dokładnie rok temu, 1 majaAutor 2016.

Jak wyglądały początki?

Zdobyłem jakieś tam doświadczenie przy pracy nad biografią Faith No More, więc z tego pułapu startowałem. Przyznam, że nie miałem sprecyzowanego planu: po prostu podążałem za historią zespołu, w którą wplatałem mnogość dygresji, za co część osób mnie chwali, a cześć gani. Jak to mówią: jeśli nie wiesz, gdzie zacząć, zacznij od dupy strony. Ja zacząłem od Stalina, a potem już jakoś poszło.

Chciałbym przy tych dygresjach się jeszcze zatrzymać.

Postanowiłem uniknąć oparcia książki na schemacie trasa/studio/trasa/studio. Wiem, że w przypadku większości kapel do tego się ich historie sprowadzają – no, chyba że mowa o Mayhem, bo tam się częściej zabijali, niż nagrywali – ale ja uznałem, że fajnie byłoby obudować ten cykl przeróżnymi historiami, a dodatkowo chciałem ukazać muzykę w trochę szerszym kontekście. Za antywzór postawiłem sobie biografię Sepultury, której tytułu nie pamiętam, bo była tak nudna, że go wyparłem…

„Brazylijska furia”.

O, właśnie. Straszna. Książka tak przewidywalna, że aż się rzygać chce. Ale wracając do głównego wątku – jako czytelnik nie przepadam raczej za biografiami opartymi w stu procentach na faktografii. Miałem na studiach potworny przedmiot – metodologię nauk humanistycznych, czy jakoś tak – i z wykładami z niego kojarzy mi się lektura takich książek. Dlatego w pełnej świadomości tego, że ktoś może mi zarzucić pierdolenie głupot, uznałem, że lepiej trochę głupot popierdolić, ale dzięki temu dodać do książki nieco przypraw.

Przypomina mi się ta anegdotka o Stalinie i płycie, którą nagrano specjalnie dla niego. Skąd ją wygrzebałeś?

Nie powiem, żebym wypożyczał z biblioteki wszystkie biografie Stalina, ale co nieco poczytałem. Przy pisaniu takich książek trzeba wejść czasem pod powierzchnię, poszukać ciekawych materiałów w nietypowych miejscach i to wydaje mi się być najbardziej czasochłonnym zajęciem w całym tym procesie. Samo pisanie to tylko ułamek roboty. Trzeba jeszcze słuchać, czytać oraz docierać do ludzi, którzy mogą powiedzieć nam coś, co ubarwi lekturę.

Wydaje mi się, że tym razem udało ci się skontaktować z większą liczbą osób związanych z zespołem, aniżeli podczas pracy nad biografią Faith No More.

Przy Faith byłem małym, zastrachanym, nieśmiałym Krzywym, który nawet nie dowierzał, że jakąś książkę pisze. Kiedy było już oczywiste, że członkowie Faith No More nie będą zainteresowani rozmową ze skrybą pochodzącym z kraju, w którym pijane niedźwiedzie grasują po ulicach, odpuściłem sobie także próby kontaktu z ludźmi z otoczenia zespołu. Z perspektywy czasu uważam, że to był błąd, ponieważ od osób postronnych, które jednak w jakimś stopniu były zaangażowane w historię kapeli, lub się jej przyglądały, można wyciągnąć masę ciekawych informacji. Jeżeli nawet te informacje nie są kluczowe, to mogą barwnie dopełnić opis niektórych wydarzeń. Dlatego tym razem byłem bardziej zawzięty w docieraniu do takich ludzi. Szczególne znaczenie miały oczywiście rozmowy z członkami Carnivore, ale udało mi się także pogadać na przykład z kolegą Steele’a z lat dziecięcych oraz członkami jego rodziny, którzy udostępnili mi swoje zapiski z bloga prowadzonego ku jego czci. To pozwoliło – mam taką nadzieję – zobaczyć Petera nie tylko jako stojącego na scenie drągala z basem, ale też jako człowieka, członka rodziny, kumpla, pijaka i tak dalej.Promocja

Taką książkę można dziś napisać nie wychodząc nawet z pokoju.

Mógłbym nie mieć obu nóg, a prawdopodobnie i tak bym dał radę. Czytałem niedawno biografię Billie Holiday, napisaną bodajże 50 lat temu, która oparta jest w głównej mierze na bezpośrednich rozmowach z artystką, ale autor starał się także nakreślić szerszy kontekst i zawarł tam sporo informacji i anegdot od ludzi z jej otoczenia. Jego robota była nieporównywalnie trudniejsza od mojej, bo chłop zapewne musiał zjeździć pół kraju, żeby dotrzeć do tych wszystkich osób. Trochę fantazjuję, bo nie wiem, w jaki sposób pracował nad książką, ale wiadomo, że nie mógł napisać do nikogo na Facebooku, jak zrobiłem to ja.

Jak ci ludzie reagowali na fakt, że piszesz tę książkę? Nie mieli oporów przed rozmową?

Z reguły nie, ale – nie oszukujmy się – ja jestem totalnie anonimowym kolesiem, dlatego niekiedy musiałem trochę nalegać, aby raczyli poświęcić mi czas. Tak było na przykład z Markiem Piovanettim, gitarzystą Carnivore, z którym umawiałem się przez dobry kwartał, bo ciągle albo przekładał, albo odwoływał rozmowy. W końcu zadzwonił do mnie o godzinie 2 nad ranem amerykańskiego czasu i gadał z szafy, bo nie chciał budzić swojego dzieciaka. A co do pierwszej części pytania – członkowie Carnivore na wieść o biografii zareagowali bardzo pozytywnie. Dla nich jest to już dawno zamknięty rozdział i chyba było im miło, że ktoś z dzikiej Polski nim się zainteresował i chciał odgrzebać te wspomnienia. Najbardziej ucieszyli się ci, którzy wkład w historię mieli najmniejszy, np. Stan Pillis, który grał w zespole na samym początku i wziął udział w tylko jednym, ale za to pierwszym, koncercie. Okazał się przesympatycznym rozmówcą i miał do sprzedania sporo ciekawych dykteryjek. Z kolei wspomniany wcześniej Piovanetti potraktował naszą rozmowę bardziej jako pretekst do wypromowania swojej obecnej twórczości, ale trudno mieć mu to za złe, skoro Carnivore to historia sprzed blisko 30 lat.

Pojawiły się w trakcie pisania momenty zwątpienia?

Problem ze mną jest taki, że kiedy mam za mało do roboty, dostaję na łeb. Kończy się to tym, że biorę zbyt wiele obowiązków na barki i znowu dostaję na łeb, bo mam wrażenie, że robię zbyt wiele rzeczy na raz. Z jednej strony normalna praca, z drugiej dwa magazyny i książka, a do tego majaczący na horyzoncie niemowlak. Momentów zwątpienia nie było, ale męczył mnie notoryczny brak czasu, bo wiedziałem, co chcę napisać, ale nie miałem kiedy. Ale cóż – nie każdy jest Remigiuszem Mrozem, który klepie te swoje kryminały przez 8 godzin dziennie i traktuje to po prostu jako robotę. Ja muszę tę rozrywkę wplatać pomiędzy inne rozrywki.

Pisanie takiej książki to rozrywka czy jednak harówka?

Harówka w żadnym wypadku. Przede wszystkim mam ten komfort, że nic od tego nie zależy. Nie miałem żadnej presji. To tak jak z tymi zespołami, które muszą zagrać rocznie 200 koncertów, żeby mieć co do gara włożyć – ja ów gar zapełniam dzięki innym strumieniom aktywności. Gdybym nie chciał tej książki pisać, to bym nie pisał i zajął się słuchaniem Slayera oraz piciem kawy. Tak się jednak złożyło, że Slayera dobrze już znam, a kawę niedawno odstawiłem.Zgniła zieleń

Książkę o polskim metalu pisze teraz Maria Konopnicka, nie myślałeś o czymś takim?

Kręci mnie napisanie jakiegoś reportażu, ale niekoniecznie związanego z muzyką, a już na pewno nie z polskim metalem, bo ten temat zajął już Maria. Poza tym nie wiem, czy wiesz, ale także nasz wspólny znajomy, Piotrek Dorosiński, pisze podobną książkę, z tym że on chce się skoncentrować na latach 90.

Pamiętam, że kiedy rozmawialiśmy ostatnio, wspominałeś coś o chęci napisania czegoś o Bobie Dylanie.

Chodziły mi takie myśli po głowie, ale… nie (śmiech). Zjadłoby mi to dobre 3 lata życia, a za małe mam dziecko, żeby tyle czasu stracić. Pomysł był taki, żeby opisać najciekawsze utwory, bądź płytę po płycie, bo biografia to chyba dla mnie za gruby temat. Inna sprawa, że nie wiem, na ile byłby to chodliwy towar. Z jednej strony moje pisanie to czysto hobbistyczna rzecz i nic od tego nie zależy, ale wydawnictwo musi mieć jakąś pewność, że przynajmniej za druk się zwróci.

Który z opisanych przez ciebie zespołów ma szerszą bazę fanów w naszym kraju?

Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu – Type O Negative. Mam  wrażenie, że za granicą jest inaczej. Ich jedyną platynową płytą na amerykańskim rynku było „Bloody Kisses”, a końcówka kariery, album „Dead Again”, to już niemal działalność podziemna, tak utrzymywał sam Josh Silver. Tymczasem w Polsce ta kapela ma niemal kultowy status. Zaskoczyło mnie to, bo zespół nie istnieje i minęło już 10 lat od ich poprzedniej płyty, a 7 lat od śmierci Petera, natomiast Faith No More wydali niedawno album, reaktywowali się i zagrali w ostatnich latach kilka koncertów na naszej ziemi. Być może jakiś wpływ ma fakt, że, jak to mówią, martwi sprzedają się lepiej. To znana historia. Inna sprawa, że w Polsce sporą popularnością cieszył się tzw. gotycki metal, a Type O Negative byli do tej szufladki na siłę wpychani. Dziewczęta w wieku nastoletnim malowały więc paznokcie na czarno i patrzyły pożądliwym wzrokiem na Petera, a zaraz po odsłuchaniu „October Rust” słuchały Artrosis. To zestawienie przyprawia mnie o mdłości, ale mogło mieć jakiś wpływ.

Do tego sama postać Petera.

Jakkolwiek by nie oceniać ich muzyki, trzeba przyznać, że był bardzo wyrazistym kolesiem. Wystarczy obejrzeć kilka wywiadów z nim – to nie był kolejny smutny gotycki wokalista. Poza tym Peter to człowiek pełen paradoksów, postać nieomal z komiksu. Z jednej strony romantyk, z drugiej mizogin; gość, który ostro krytykuje religię, pisze kawałek „Jesus Hitler”, a na kilka lat przed śmiercią się nawraca i zostaje żarliwym katolikiem; dwumetrowy gigant, który okazuje się być rozchwianym wrażliwcem. To też był jeden z głównych powodów, dla których zdecydowałem się na ich TONhistorię – muzyka to jedno, ale osobowości, które za nią stoją, nie są bez znaczenia.

Wolisz Type O Negative czy Carnivore?

Zależy od pogody. Moje ulubione płyty TON to debiut oraz „World Coming Down”, a zważywszy na fakt, że „Slow, Deep and Hard” został napisany jako materiał Carnivore oraz że bardzo cenię oba krążki tej kapeli, wskazówka przechyla się raczej w ich stronę.

Co najbardziej cię zaskoczyło podczas pracy nad książką?

Fakt, że Peter się kiedyś ochajtał. Nie wiedziałem o tym wcześniej; myślałem, że całe życie był wolnym strzelcem, a okazało się, że go jakaś pani na pewien czas usidliła.

Mocno ci się zmieniło postrzeganie Petera i jego zespołów?

Myślę, że nie, ale czasami sam byłem zaskoczony kolejami jego losu. On był w tekstach bardziej ekshibicjonistyczny niż Patton, który skrywa się pod maską wygłupów i szczelnie chroni swoje życie prywatne. Steele wywalał flaki na wierzch. Uzależnienie od narkotyków i alkoholu, zmagania z koncepcją Boga – on o tym wszystkim bardzo dosłownie pisał. Wydawało się, że to jakieś fantazje postrzelonego romantyka, a to były wierne relacje z jego życia osobistego. Poza tym, jak już wspomniałem, to była totalnie sprzeczna postać. Nadwrażliwa góra mięśni, mizoginiczny romantyk, wojujący ateista, a później żarliwy katolik. Idealny materiał na książkę. I postać, których nie ma teraz wiele.

Rozmawiał Paweł Drabarek

Zdjęcia: archiwum autora/Kara Rokita