SLAUGHTER – Into the Darkness (Thrashing Madness Productions)

Ocalania od zapomnienia klasyki polskiego metalu ciąg dalszy… Czy aby na pewno klasyki? Trudno z przekonaniem stwierdzić, że reedycja demówki koszalińskiego Slaughter to żelazny kanon, choćby w swojej mikroniszy. „Into the Darkness” nie brzmi szczególnie wyraziście ani dziś, ani w kontekście czasów, w których powstał. Być może jego największą wartością jest bycie poligonem doświadczalnym dla tego, co działo się potem w Betrayer. Ale chyba nikt nie oczekuje po wydawnictwach Thrashing Madness, że objawią jakąś przeoczoną dwadzieścia pięć lat temu rewolucję. Spójrzmy więc na „Into the Darkness” jak na sympatyczny dokument z czasów, na które większość z nas się spóźniła.

Jedyne, zarejestrowane w 1989 roku demo Slaughter to pół godziny surowego death/thrash metalu, wyraźnie zainspirowanego przede wszystkim Possessed, Poison i Sodom. O ile się orientuję, dla całego zespołu były to pierwsze nagrania, nie jest to więc materiał, który powala skalą umiejętności wykonawczych ani jakością brzmienia. Uczciwie mówiąc, jakość samych kompozycji też nie odbiera mowy, w każdym razie ja nie wychwyciłem riffów, które kasetka gwizdałbym z pamięci. Nie o to jednak chodzi, a Slaughter nadrabia urokiem, który rodzi się na styku nieudolności technicznej, stuprocentowego zaangażowania i radości z wydobywania hałasu z instrumentów. To są te niemierzalne czynniki przypisane do młodzieńczego wieku… i do swoich czasów, bo dużo słabsze ekipy niż Slaughter startują dziś z bardziej komfortowych pozycji. „Into the Darkness” może być miłą odskocznią dla tych, którzy szukają tamtego feelingu, ale niekoniecznie chcą trzy razy w tygodniu odtwarzać „Endless Pain” na zmianę z „Obsessed by Cruelty”. Wstydu nie ma, ale jego twórcy mają w swoim dorobku muzykę zwyczajnie lepszą.

Jak wiele wydawnictw Thrashing Madness, „Into the Darkness” adresowany jest do wąskiej grupy koneserów zapomnianych staroci. Chciałbym z czystym sumieniem napisać, że lepiej przyglądać się współczesnym deathmetalowym debiutom niż grzebać po zapomnianych drugoligowych drużynach. Obawiam się, że jeśli ktoś kocha oldschoolowe death/thrashowe brzmienia ponad wszystko, to lepiej, by sięgał po materiały z czasów, kiedy takie granie było na fali (i zbierało cięgi od obrońców tradycyjnego metalu). Słuchając podobnych reedycji czuję się trochę, jakbym przysposabiał sobie cudze wspomnienia, ale na szczęście nie ma obowiązku lubienia wyłącznie płyt, które kupiło się w dniu premiery. Wrażenie po „Into the Darkness” jest takie, jakby dziadek-weteran piętnastu wojen na trzydziestu kontynentach snuł opowieści z obozu harcerskiego. Wiemy, że może być ciekawiej, ale i tak posłuchamy z sympatią.

Bartosz Cieślak

Trzy