ROZMOWY NA KONIEC ŚWIATA – Piotr Weltrowski (współautor „Spowiedzi Heretyka”)

Ostatnie lata nie wywróciły może biznesu muzycznego do góry nogami, ale na pewno podstawiły mu nogę. Fruwają pierwsze jaskółki zmian, a jedną z nich jest oddolna tendencja trendotwórcza i wpływ samych fanów na popularyzację, niekiedy bardzo niszowej, muzyki. Nie trzeba już być wąsatym redaktorem miesięcznika ani sędziwym, mamroczącym dziennikarzem radiowym, by – mówiąc górnolotnie – kształtować gusta. Media elektroniczne dają głos umysłom niezależnym i elokwentnym, czego dowodzi popularność forów internetowych czy facebookowych profili muzycznych. Jednym z nich  – Są Na Świecie Płyty, O Których Nie Śniło Się Młodym Klerykom – zawiaduje, znany także jako współautor głośnej „Spowiedzi Heretyka”, Piotr Weltrowski, którego poprosiłem o podsumowanie roku 2012 w muzyce i okolicach.

 

Drogi Piotrze, jaki był muzyczny rok 2012 w twoich oczach i uszach?

Całkiem dobry, chociaż bez jakiś spektakularnych strzałów.  Można powiedzieć, że był to kolejny rok, w którym królował muzyczny synkretyzm. Internet i łatwy dostęp do muzyki, także tej niszowej, sprawia, że ostaje się coraz mniej granic gatunkowych. Kiedyś muzyka była pozamykana w gettach, dziś mieszka w globalnej wiosce. I jest to fajne, bo nagle się okazuje, że można połączyć klasyczną psychodelię z afrobeatem i nic się w tym nie gryzie… A płytą, o której mówię jara się w równym stopniu czołowa wyrocznia hipsterstwa wszelakiego, czyli Pitchfork, jak i czołowa wyrocznia twardogłowej młodzieży, czyli niejaki Fenriz z Darkthrone… No i ja się jaram…

Czy mijający rok wypełniło ci szperanie za nowościami i weryfikacja rekomendacji, czy może raczej przekopywanie się przez stare śmiecie i odkrywanie na nowo albumów przewałkowanych przez lata na wskroś?

Zawsze staram się trzymać rękę na pulsie, jeżeli chodzi o nowości. Chociaż przyznam się bez bicia, że sporo tego i ciężko wszystko ogarnąć, tym bardziej, jak się zamiast szczegółowej specjalizacji wybrało muzyczną wolną amerykankę. W każdym razie kilkaset płyt nowych przemieliłem, z czego kilkadziesiąt przemieliłem dość dokładnie. Z drugiej strony taki miałem akurat okres, że się dość mocno zagłębiłem w muzykę z przełomu lat 70. i 80. Kiedyś ten okres traktowałem po macoszemu, bardzo wybiórczo, teraz to nadrabiam… I widzę złoty okres. Chodzi mi głównie o punk rocka i scenę post-punk.

jaram się muzyką...

jaram się muzyką…

Sakramentalne pytanie o najlepsze albumy – które tegoroczne wydawnictwa będą wspominane u kresu dziejów?

Strzałów na miarę zeszłorocznych płyt PJ Harvey czy Matany Roberts nie odnotowałem. Wyszło natomiast bardzo wiele płyt bardzo dobrych. Na pewno był to doskonały rok dla wszelkiej maści smutnych pieśniarzy w rodzaju Elliotta czy Lanegana. Warto też odnotować naprawdę potężną płytę Swans. Myślę, ze to o niej będzie się mówić, jako o klasyku, za kilka dobrych lat. Gira wrócił na dobre i podsumował w pewien sposób całą swoją muzyczną drogę. Nic nowego tak naprawdę nie nagrał, ale skondensował praktycznie 30 lat muzyki niezależnej w pięknej dwupłytowej pigule. Poza tym świetny szwedzki Goat i doskonała polska Furia. Dobre rzeczy nagrywano także na pograniczu ekstremalnego metalu i sceny hard core, głównie w Skandynawii. Bardzo świeży album wypuściło amerykańskie The Men. Na metalowym poletku – poza Furią – królowało Necrovation, a na polskim – znów poza Furią – Gówno, Niechęć oraz The Dead Goats. Poza tym dobre płyty wypuścili m.in.: Tindersticks, Neil Young, Spiritualized, Colour Haze, Napalm Death, JK Flesh, Neneh Cherry, Fire! i wielu innych. No i obie tegoroczne płyty Death Grips mi srogi rozpierdol w mózgu poczyniły.

Czy odnotowałeś jakieś albumy, które może nie odznaczały się ponadczasową wartością, natomiast dostarczały zwykłej, atawistycznej radochy z słuchania muzyki bez rozbierania jej na czynniki pierwsze?

Pasuje mi tu tegoroczne Turbonegro. Wielu ludzi psioczy na ten album, że wokalista zły, że to już nie to… A mi się ta płyta podoba, z jej słuchania czerpię – jak to ładnie określiłeś – atawistyczną radochę. Gdzieś w genach mam chyba zapisane te trzy akordy stanowiące istotę rock’n’rolla i znajduję ją na tej płycie. Ot, po porostu przeboje, ogień i odrobina autoironii.

A czego zabrakło w muzyce w mijającym roku? Które nurty były w wyraźnej defensywie?

Zabrakło mi – jak już mówiłem – płyt naprawdę wnoszących coś nowego, burzących ład i porządek. Wiem, że o to trudniej, bo sam przecież cieszę się z tego, że żyjemy w epoce globalnej muzycznej wioski i synkretyzmu… Mimo wszystko zabrakło mi w mijającym roku płyt epokowych. W defensywie był na pewno black metal. Jeszcze kilka lat temu działo się w tym gatunku wiele, co miesiąc underground wypluwał jakąś świeżą, naprawdę interesującą pozycję. Żarło, żarło i padło. Skończyło się.  Chociaż – jak mówiłem – Furia dała bardzo radę, no i islandzkie Svartidaudi też dało radę. 

Trzymam rękę na pulsie...

Trzymam rękę na pulsie…

Która płyta była dla ciebie największym rozczarowaniem i dlaczego właśnie album Lany Del Rey?

No Lana trochę dała jednak dupy… A zapowiadało się tak pięknie… Tak naprawdę jednak rozczarowały mnie inne rzeczy. Chociażby, nawiązując do poprzedniego pytania i dywagacji o black metalu, były to płyty Mgły czy Hell Militia. Obie dość zachowawcze, schematyczne, pozbawione tego pierwiastka szaleństwa, którego się po nich spodziewałem. W jakiś sposób rozczarowało mnie też nowe Killing Joke. Nie jest to zła płyta, ale zbyt grzeczna, ładna, skrojona na miarę… No i jeszcze Godspeed You! Black Emperor. Wrócili po latach i nagrali dokładnie to, czego oczekiwała ludożerka, tyle, że zapomnieli dodać duszy. Trochę to groteskowe. Niezbyt mnie też przekonało ostatecznie tegoroczne Neurosis… Takie jakieś przepitolone się okazało… Chociaż to nie jest zła płyta. Może miałem po prostu zbyt duże oczekiwania względem niej. 

Na Wolfbrigade w Gdyni nie przyszedłeś, przyjmijmy więc, że koncert roku cię ominął, ale może trafiłeś na takie, które zrobiły na tobie wrażenie, w taki czy inny sposób?

Był taki koncert. I wcale nie wymienię jakiś tuzów i starych wyjadaczy parkietów, a młody polski Merkabah. Mała scena w gdyńskiej Desdemonie i praktycznie sam premierowy materiał, jedynie jeden numer z tegorocznej płyty. Kompletnie mnie wbili w ziemię. Jeżeli uda im się uchwycić to COŚ na kolejnym wydawnictwie, to będziemy mieli naprawdę doskonały album. Świetnie się też bawiłem na NoMeansNo. Tu dla odmiany banda dziadów i ogień ze sceny, jakby panowie mieli lat -naście.

A gdybyś miał wskazać swój osobisty przebój lata? Chodzi mi oczywiście o rasowy hicior z radia, nie o hipsterskie wynalazki, które uchodzą za „główny nurt” wyłącznie wśród metalowców…

 O Boże Boże Boże Bożenko…

Czy 2012 upłynął pod znakiem rozrostu, uzupełniania czy ograniczenia zbiorów płytowych?

Kupiłem gdzieś z 300 płyt, sprzedałem jakieś 150, więc tak pół na pół… Dobra kolekcja to taka, gdzie króluje jakość, a nie ilość. Oczywiście mam dużo płyt, jednak staram się swoje zbiory co jakiś czas „czyścić” ze szrotu… A wśród tych kupionych, to tak pół na pół – i nowości i rzeczy sprzed lat.

Jaki cel przyświeca „Młodym Klerykom” – niesienie kaganka oświaty czy sprowokowanie facebookowego ludu do podzielenia się własnymi fascynacjami? Ile nowej, ciekawej muzyki wyciągasz z tego dla siebie?

Piotr W.

Piotr W.

W sumie nie ma celu, pisze sobie o muzyce, bo zawsze o niej pisałem, w taki bądź inny sposób. Po prostu odkryłem, że formuła FB jest bardziej otwarta i świeża, umożliwia dotarcie do większej grupy ludzi, często nie skażonych jeszcze różnymi schematami. Kilka płyt z pewnością poznałem dzięki interakcji z piszącymi i komentującymi, głównie jednak są to nowości.

Jeśli sukces mierzyć zainteresowaniem ludzi, „klerycy” to przedsięwzięcie bardzo udane. Spytam przekornie – czy twoim zdaniem w epoce krótkiej, konkretnej informacji popartej próbką muzyki jest jeszcze sens męczyć czytelników recenzjami i felietonami? Czy taka forma nie przechodzi aby do lamusa na naszych oczach?

Myślę, że ludzie nadal chcą czytać o muzyce, mają jednak dość pisania typowego dla większości oficjalnych serwisów, które – nie ukrywajmy – działają na czysto biznesowych zasadach i promują nie to, co się redaktorom podoba, a to, co pochodzi z wytwórni, która wykupiła odpowiednie reklamy. Ludzie czują szwindel. Czują też, że wielu piszących to po prostu buce, którzy na muzyce znają się jak szympans na fizyce kwantowej. Wiele rzeczy można ukryć używając google’a i grzebiąc w poszukiwaniu informacji w sieci, nie da się jednak ukryć klapek na oczach, wąskich horyzontów i zwykłego dyletanctwa. Ja raczej unikam pisanie recenzji… Podchodzę do muzyki, jak do soundtracku do życia. Poszczególne płyty, kawałki to odnośniki do konkretnych sytuacji, zdarzeń, klimatów. I tak o nich piszę. Daję ludziom kolejne pole do interakcji, do tego, aby sobie mogli powiedzieć: „ja jebie, KURWA, mam tak samo”. Jak ktoś to kupuje, to super. Jak ktoś tego nie kupuje, to też super. Nie mam poczucia misji, nie chcę nikomu mówić czego ma słuchać i jak ma tego słuchać… Chociaż lubię stawać w kontrze, pokazywać inne perspektywy patrzenia na poszczególnych artystów. Ale bez spinki wszystko.

O „Sacrum Profanum” było już wszystko i wszędzie, ale ciekaw jestem jakie wspomnienia przywiozłeś do domu z promocyjnego tourneé? Czy domatora cieszą spotkania z czytelnikami?

A bardzo miło było… Rozrywkowo… Nawet tak mi się w głowie urodziła myśl, że Nergal mógłby na tym niezłą kasę robić: na sprzedawaniu czasu spędzonego ze sobą w takich medialnych sytuacjach. Wiesz, przeżyć kilkudziesięciominutową ucieczkę przed stadem paparazzi ulicami Warszawy, i to jeszcze zakończoną zrobieniem tych bawołów w chuja… bezcenne.

Dziękuję Ci za rozmowę. Ostatnie słowo i miejsce na lokowanie produktu pozostawiam tobie!

Dzięki również. Nie mam specjalnego pomysłu na żadną ewangelizację… Więc nie będę ewangelizować.

Rozmawiał Bartosz Cieślak