ROZMOWY NA KONIEC ŚWIATA – Łukasz Orbitowski (pisarz, publicysta, człek niepokorny)

Jeśli ktoś lubi literaturę grozy, nazwisko tego pana nie jest mu obce. Ba, może nawet czytał powieści „Tracę Ciepło” czy „Święty Wrocław” i spotkał się z jego opowiadaniami w Nowej Fantastyce. Łukasz Orbitowski to jednak nie tylko nowa jakość na półce z horrorami. To znacznie szersze poszukiwania, które zawiodły mojego rozmówcę  w miejsce, gdzie króluje alternatywna historia Polski, kreślona w nowej (wydanej w 2012 roku) książce „Widma”. Zapomnijmy jednak na chwilę o literaturze, bo przecież Łukasz drażnił także polskich metalowców swoimi felietonami w nieistniejącym Blackastrialu.  Któż nie obraził się na niego za tekst „Sidi Is Ded”?  Chyba tylko fan płyt winylowych. Co nie zmienia faktu, że na temat metalu i muzyki w ogóle pan Orbitowski ma do powiedzenia sporo ciekawych rzeczy. A jako, że świat się nie skończył i kontynuujemy nasze pogawędki – razem z Łukaszem odbyliśmy miłą podróż z Warszawy do Kopenhagi, ze ścieżek krajowych do skandynawskich. Od Kata po Saint Vitus…

Na dobry początek zdradź nam, jakie drogi przywiodły Cię do Kopenhagi? Dlaczego akurat Dania a nie niemiecki, dekadencki Berlin?

A jaki może być powód wyjazdu do tak fascynującego, odpicowanego kurwidołka? Tylko pieniądze albo miłość. Żyję z pisania, żyję z języka polskiego, gdyż niczego innego nie potrafię, więc zostaje bramka numer dwa. Moja dziewczyna realizuje się korporacyjnie i po europejsku, dostała bardzo dobrą ofertę pracy, jedną z tych, które stanowią potężny krok naprzód i którym się nie odmawia. Ja mogę pisać wszędzie i chcę zwiedzać świat, póki jestem względnie młody. No i tak znaleźliśmy się w Danii. Właściwie, żyję trochę w Danii, trochę w Polsce, gdzie mam rodzinę, przyjaciół, syna, tak zwane interesiki i tak dalej. Świat się skurczył, lot kosztuje parę złotych. Kuba Żulczyk polecał mi Berlin jako współczesny Babilon, miejsce, ku któremu warto ciążyć. Ale nie. Być może za jakiś czas wyruszymy do innego kraju, albo wrócimy do Polski. Powiedziałem mojej dziewczynie, że pojadę za nią wszędzie, pod warunkiem, że nie będzie tam Niemców. Słyszałem, że w Berlinie jeszcze jacyś zostali, więc Berlin odpada.

Czytając Twój wpis z 30.12, najbardziej uderzyło mnie zakończenie – „ze spokojem”. Ten spokój to wynik złapania równowagi życiowej, czy raczej nowej perspektywy – właśnie z pozycji mieszkańca innego niż Polska kraju? Czy z tej pozycji kraj nad Wisłą wydaje się weselszy czy raczej nie?

Łukasz Orbitowski

Łukasz Orbitowski

Myślę, że po prostu się starzeję. Czy może raczej mężnieję, to dobre słowo. Wolę mężnieć niż się starzeć. W gruncie rzeczy, odpowiedź na Twoje pytanie jest strasznie skomplikowana. Mam jakąś pulę sukcesów i rozczarowań, to samo w sobie napełnia spokojem i uczy rozwagi. Przez ostatnie lata w Polsce nieustannie ganiałem. Kursowałem w trójkącie Warszawa, Kraków, Śląsk, wiodłem intensywne życie towarzyskie, angażowałem się w najróżniejsze projekty i cały czas miałem jakieś twarze przed sobą. Lubiłem to tempo, tak jak lubię teraz to, że całe dnie spędzam właściwie sam. Wiesz, Dania jest krajem, w którym bardzo trudno nawiązać nawet powierzchownie serdeczne relacje, wiec tkwię sobie jak kołek w dupie. Piszę, czytam, oglądam filmy, gram na konsolach i słucham muzyki. Wyobraź sobie, że przebywasz sam ze sobą przez 12 godzin dziennie, pięć dni w tygodniu. To wycisza, uczy spokoju. Polska to niezwykły kraj, bardzo wesoły i bardzo smutny. Jak wyruchany klaun. Kocham ten kraj, co tu dużo gadać, jedną trzecią zeszłego roku spędziłem w Polsce, więc nie ma mowy o tęsknocie, nie czuję się emigrantem. Szanuję Duńczyków i Danię, ale trudno uznać ich za wesołków. Nakurwią się raz na kwartał tak, że im oczy pękają, to wszystko.

Wyruchany klaun… Ha, najlepsze podsumowanie Polski, jakie usłyszałem (przeczytałem…) w ostatnich czasach… Ok, kończąc temat emigracyjno – sentymentalny, opisz jeszcze, na czym polega z Twojego punktu widzenia „skandynawska ścieżka”, o której piszesz: „Zobaczyłem trochę nowych miejsc, nauczyłem się poruszania skandynawską ścieżką…”?

Nie ma tu żadnej wielkiej tajemnicy, nie chodzi o ścieżkę lewej ręki. Po prostu, trudno o dwa bardziej odmienne kraje niż Polska i Skandynawia (mam na myśli głównie Danię) i dwie krańcowo różne mentalności. My jesteśmy bardzo na zewnątrz, oni bardzo do środka, jesteśmy chaotyczni, oni uporządkowani. Dotyczy to właściwie wszystkiego. Sposobu bycia, pracy, spędzania wolnego czasu, czy nawet organizowania publicznej przestrzeni. Tu nie ma żadnych billboardów, wielkich reklam w mieście. Po prostu wszystko jest inne. Nie mówię, że jesteśmy gorsi, czy że oni są gorsi. Po prostu, bardzo się różnimy i kiedy przyjechałem tutaj poczułem się jakbym wylądował na innej planecie. Uczyłem się sposobu nawiązywania rozmowy, prostego pytania o drogę, czy nawet przechodzenia przez jezdnię. Dosłownie, bo tu wszędzie, między ulicą i chodnikiem są ścieżki rowerowe. Przez pierwsze dwa tygodnie wpadałem na rowerzystów, jednemu nawet przywaliłem drzwiami do samochodu. Oberwał, spokojnym głosem wyraził pretensję. Odpowiedziałem po polsku, że jestem Polakiem. Odszedł. Taka jest właśnie skandynawska ścieżka.

Nieuchronny jest temat muzyki, co chyba Cię nie dziwi. Chciałbym, żebyś na moment odniósł się do sławetnego txtu z Blackastriala „Sidi is ded”. Pamiętam, jaki odzew wśród moich znajomych wzbudził. Były dyskusje, które zawsze kończyły się dwiema konkluzjami: „Orbitowski nas wkurwia, bo się z nas śmieje i chce wyrzucić CD’s do piwnicy” i „Gdzie trzymać te wszystkie nasze zbiory??”. Świadczy to zresztą, że txt ten był trafiony i poruszył coś, co w sumie było/jest oczywiste. Czy dzisiaj masz takie samo zdanie, czy coś się zmieniło? Ja osobiście, w 2013 roku, taki txt zatytułowałbym raczej „Sidi is ded, long lajw winyl”…

Tak patrząc ogólnie na sprawę, wszystkie teksty do Blackastrial pisałem z intencją wkurzania ludzi. Uwielbiam metali, ale drażni mnie poklepywanie się po plecach, spijanie z dziubków, trącanie chujkiem o chujek i tak dalej. Wpieprzało mnie, że są zespoły na które słowa nie można powiedzieć. Ludzie zapomnieli tylko, że śmiejąc się z metali, śmieję się też sam z siebie. To trudna sprawa, być metalowcem. Mogę ci zdradzić, że moja wielka kolekcja kompaktów przepadła podczas zawieruchy związanej z moim rozwodem. Kto wie, może wyładowałem swoja frustrację na biednych czytelnikach? Tak serio, to podtrzymuję swoją opinię. CD to w dzisiejszych czasach nośnik archaiczny i bezsensowny. Po diabła mi płytka? Winyl pełniej realizuje aspekt estetyczny, tak ważny dla metalu i generuje chyba trochę inne podejście do muzyki. Sama konieczność zmiany stron odgrywa ogromną rolę, narzuca rytm i zmusza do skupienia się na dźwiękach. Winylu się słucha. Kompakt może lecieć w tle. Wiem, co mówię, bo organizujemy sobie winyl party za każdym razem, gdy jestem w Polsce. Sam chciałem zbierać, ale nie potrafię dbać o rzeczy. Wszystko mam poniszczone i szkoda byłoby tych płyt. Muzyki słucham wyłącznie z empetrójek i dochodzimy tutaj do tego, jak czasem wkurwiają mnie metalowe wytwórnie. Wielokrotnie chciałem kupić płytę niszowej kapeli na mp3 i nie mogłem, bo wytwórnia nie wprowadziła takiej możliwości. Jeszcze innym aspektem, zupełnie nie wykorzystanym przez metali są płyty na pendrive’ach. Dostałem kiedyś jedną, wydaną przez rockowy zespół, którego nazwy nie pamiętam. Był to pendrive zamknięty w puszce, takiej od żarcia dla kotów. W środku była książeczka i tak dalej. Przecież ten pomysł można rozwinąć w różnych kierunkach, wykorzystując piękną, metalową miłość do gadżetu. Czemu „płyta” Iron Maiden nie miałaby mieć postaci figurki Eddiego z pendrive w dupie? Cannibal Corpse mogliby sprzedawać swoje nagrania zamknięte w solidnym kawałku surowego mięsa, a słuchacz musiałby wykroić muzykę, nim dobrałby się do nagrania. Darkthrone sprzedawaliby kawałki norweskiego lasu, i tak dalej i tak dalej. Płyta w pieszczosze, płyta w ćwieku. Wszystko może być płytą.

To był zespół ze Śląska, nie pamiętam nazwy, ale był to taki bardziej projekt artystyczny. Nie mniej rzecz godna kontynuacji. Powstaje jedynie problem relacji ceny do popytu. Myślę, że takie, „gadżetowate” wydania (peny w ciekawych opakowaniach) na razie będą jedynie ciekawostką, bądź limitowanymi edycjami. Pozostaje opcja – winyl dla maniaków, mp3 dla pospólstwa. I nie mówi to jakiś hejter a gość co ma ze dwa iPody itp. Jeżdżąc na trasy z zespołami doceniam mp3 najbardziej. A wracając do metali – nie uważasz, że w ostatnich latach wzorzec „metalowca” uległ jednak bardzo dużej liberalizacji? Momentami wręcz zaskakująco daleko posuniętej?

To dobre pytanie. Mieszkam w Danii od roku i nie widziałem żadnego metala. Z kolei w Polsce, gdy trafiłem na festiwal w Jaworznie, ze zdumieniem wyłowiłem z tłumu przynajmniej pięćdziesięciu nastolatków w katanach, z wpinkami i naszywkami takich bandów jak Kreator. Przecież nim ci goście pojawili się na świecie, Mille Petroza miał już najlepsze płyty dawno za sobą. Pytałem ich w jaki sposób dotarli do tej muzyki i odpowiadali zawsze to samo – ktoś im pokazał, zakochali się i zatonęli bez reszty. Takie chłopaki to jeden aspekt. Drugim jest, oczywiście ocieplanie diabelskiego wizerunku przez rozmaitych celebrytów, trzecim wreszcie, uczynienie muzyki metalowej, w jakiś sposób, muzyką powszechną. Z jednej strony, mamy Metallikę, czyli zespół funkcjonujący na zasadach gwiazdy pop, z drugiej bandę hipsterów odkrywających „Transilvanian Hunger” dzięki takim kapelom jak Wolves in the Throne Room. Ułóżmy to teraz w jakimś porządku. Na koncerty Metalliki, Iron Maiden, Slayer od dawna przychodzą ojcowie z dziećmi, teraz dzieci są już dorosłe i niedługo przyprowadzą swoje wnuki. Muzycy metalowi zyskują rangę celebrytów i współtworzą krajobraz medialny tu i w świecie, a jednocześnie, pewne rejony metalu zachowały swoją tajemniczość, ezoterykę. Są częścią gnozy muzycznej. Innymi słowy, metal wrósł w całą kulturę popularną, w konsekwencji czego zmienił się też metalowiec. Kiedy byłem młody, metale słuchali tylko metalu. Teraz słuchają każdej muzyki.

Casanova literatury polskiej

Casanova literatury polskiej

To trochę jak ze zmianą klimatu. Czasami jest fajna czasami nie, ale nie mamy na nią wpływu. Dla mnie ta scena dzieli się na dwa odłamy. Odłam pierwszy to goście, którzy hołubią katany i opowiadają „a jak byłem młody, to na koncertach zawsze dostawałem w ryj. Potem sam dawałem w ryj, jak ktoś miał na papie nie takie naszywki. To były czasy…” Drugi odłam to goście odmieniający słowa „drone” i „post” na wszystkie sposoby. Koniecznie w spodniach dresowych, z brodami i przynajmniej jednym „rękawem”. Mus.   A tak po prawdzie, cała muzyka metalowa to dzisiaj stado rozszalałych szczurów zagonionych pod ścianę, nie uważasz?

Nie rozumiem, czemu te dwie postawy muszą się ze sobą kłócić. Wiem, że są skłócone, tylko tego nie pojmuję, bo muzyka jest jedna. Lubimy z dziewczyną pić wino i słuchać piosenek z tubka, w wieczór przelatujemy od Pink, Petera Gabriela, przez Kaczmarskiego, po Entombed i At the Gates. Generalnie, identyfikowanie się poprzez muzykę jest kłopotliwe. Jeśli muzyka się zmieni, to czy ja też się zmienię? A na odwrót? Szczury szaleją, gdyż straciły przewodnika, jak i władzę nad resztą stworzeń żyjących. Wielkie kapele, takie jak Slayer nie inspirują już tak jak kiedyś i generalnie świat muzyczny skręcił w rejony dość odległe od metalu, w ogóle – od riffu. Nic dziwnego, że kapele nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Niektórzy chcą być nazbyt retro, inni przesadzają z unowocześnianiem swoich dźwięków. Świt w naszym, hałaśliwym świecie, jest południem we wszystkich innych światach. Inni wreszcie robią swoje i ci odpowiadają mi najbardziej. Nie mam problemu z tym, że metal jest w swoim sensie muzyką zachowawczą. Żadne post, prog tego nie zmieni. Mam problem z tym, że ludzie tego nie dostrzegają. Jesteśmy jeszcze w tej dobrej sytuacji, że tłuką się starzy mistrzowie, jak Napalm Death z jednej, Slayer z drugiej, Iron Maiden z innej jeszcze strony. Tylko przecież ich wszystkich w końcu szlag trafi. Co wtedy zrobią szczury? Nie mam pojęcia, gdyż brakuje następców. Zespoły z lat osiemdziesiątych mają zdolnych uczniów, ale nie spadkobierców.

I to jest właśnie oczekiwanie na rewolucję, która od dwóch dekad nie potrafi nadejść i wywrócić wszystko do góry nogami. Obawiam się, że za naszego życia nic takiego już się nie wydarzy. Kontynuując ten wątek i łącząc go z rokiem 2012 – co z dźwiękowej materii zbliżyło się Twoim zdaniem do ideału?

Teraz powinienem sprawdzić, które z moich ulubionych płyt ukazały się w minionym roku, prawda? Nie jestem dziennikarzem muzycznym, nie aspiruję do roli eksperta, słucham tego, co mi się podoba. Testament powrócił z fajnym, mocnym albumem. Pewno trochę za gładko brzmią, ale to potężny zespół z ogromnym potencjałem komercyjnym, który zawsze miał trochę pecha. To dobra muzyka na siłownię, do biegania, a także na początek dnia. Chuck Billy pomaga oczy otworzyć. Cieszę się z tego, w jakiej formie jest Mgła, a jest w świetnej. wsłuchuję się ostatnio w Great Old Ones, porządną płytę wydali. Co jeszcze? Nie lubię tak wyliczać. Dokonałem głębokiej identyfikacji siebie z dźwiękami wygenerowanymi ostatnio przez Saint Vitus, co jest najlepszym dowodem na to, że latka jednak lecą. Ale wystarczy posłuchać nowego Cryptopsy, a człowiek od razu młodnieje. Podobają mi się młodziaki z Necromantheon, dziwni ludzie kryjący się za Panopticon i Botanist. Tylko czy Botanist wydał coś w tym roku? I oczywiście Master’s Hammer, gdybym miał wymienić jedną płytę, padłoby właśnie na tę. Pamiętam, że przez jakieś dwa, trzy miesiące pisania szczególnie przykrego etapu mojej książki działałem w ten sposób – stawiałem laptop na stole, puszczałem zacnych Czechów i chodziłem wokół komputera, pisząc raz na czas jedno zdanie. Ta płyta leciała w kółko, a sąsiedzi z naprzeciwka musieli mieć niezły ubaw. Wielki chłop chodzi po pustym pokoju, macha łysą głową, trzepocze ramionami, udaje że gra na gitarze i garach, a potem nerwowo klepie w klawiaturę. To wielki zespół, bardzo niedoceniany, latają tam gdzie nikt inny nie dofrunął.

Ja jestem na etapie „przekonywania się” do Czechów… A co sądzisz o moim typie roku a nawet dekady – „The Seer” SWANS?? Podsumowali 20 lat alternatywy. Mentalnej i dźwiękowej…

 Z niektórymi płytami mam tak, że boję się do nich podejść. Czekają, a ja się do nich zabieram jak pies do jeża, żeby nie zlekceważyć, żeby poczuć, żeby trafić w odpowiedni moment. Teraz męczę się w ten sposób ze szwedzkim Goat. Jestem za smutny i za nerwowy, żeby słuchać nowej płyty Swans. Poza tym, w ogóle nie mam słuchu i niezbędnej wiedzy muzycznej, żeby pojąć ileż oni tam „narypali” się nad każdym dźwiękiem, za to wiem, że przy tym majstersztyku rozkopywanie masowego grobu jest spacerem po majowej łące. Wielka, piękna i przerażająca płyta.

Pomijając kwestie muzyczne, chciałem troszkę drążyć temat Twojego pisarstwa. Dotychczas byłeś kojarzony z tzw. sceną horroru/grozy, jednak gdzieś od „Nadchodzi” mierzysz się z historią (ok., w „Tracę Ciepło” też historia była, ale w tle…), co wybitniej widać na przykładzie „Widm”. Przeczytałem też gdzieś, że uważasz „Widma” za dzieło bardzo dla Ciebie ważne. Dlaczego?

Jak długo można pisać horrory? Pewno przez całe życie. Widzisz, ja sobie nie wymyśliłem, że będę „pisał horrory”, po prostu zacząłem pisać i wyszło to, co wyszło. W literaturze polskiej brakowało zwyczajnej współczesności. A potem nagle okazało się, że o współczesności niewiele już mogę powiedzieć, nie po tych dwóch powieściach, które wymieniłeś. Mamy tu paradoks, z jednej strony, obowiązkiem pisarza jest komentowanie świata, z drugiej, pisarz z racji swojego zawodu ze świata się wyklucza. Mógłbym nie wychodzić z domu. Nigdy nie pracowałem. I nagle okazało się, że mam trzydzieści lat, swoje doświadczenia życiowe sprzedałem w kilku książkach i nie mam niczego, co mógłbym dać. Stąd zwrot ku historii, zwłaszcza tej niedawnej i wciąż aktualnej. Skoro straciłem możliwość pisania o dzisiaj, popiszę sobie o wczoraj – pomyślałem i tak właśnie było. Czemu taka ważna? Rozpadło mi się wtedy małżeństwo i bardzo chciałem napisać o końcu miłości, ale nie o sobie. Potrzebowałem innego człowieka, który doświadcza odmiennych zdarzeń niż te, które stały się moim udziałem. Wyskoczyła z tego Warszawa, Powstanie, wtedy, już podczas pisania, złapałem się za głowę. Łukasz, co ty robisz? Zorientowałem się, że temat mnie przerasta, powstawały kolejne wersje tekstu i mozolnie pchałem tę książkę, aby uzyskała zadowalający kształt. Myślę, że się udało. Ale przez te cztery lata człowiek zżywa się z tematem bardziej niż by chciał. Zresztą, sam czas pisania był dziwny. Zacząłem jeszcze w Krakowie, potem mieszkałem w Warszawie, ostatnie szlify naniosłem już w Kopenhadze, zmieniło się całe moje życie. Zostałem publicystą. Pracowałem przy filmach, życie towarzyskie, tak zwane sercowe również uległo przeobrażeniom. Wszystko stało się inne przez te cztery lata. Spina je właśnie ta książka. Tylko co to może obchodzić czytelnika? Mam nadzieję, że nic, a jeśli mam rację, to znaczy, że odniosłem sukces. Opowieść broni się sama.

Broni się, to prawda. Można zatem traktować ją jako subiektywne pożegnanie z utraconą młodością i obiektywne pragnienie zmiany historii. Czyli też raczej utopijne podejście, zarówno do życia jak i jego przeszłości?

Nie mogę tęsknić za utraconą młodością, bo wciąż jestem młody. Względnie młody, jakoś tam młody, ale jednak młody, skoro w naszych czasach można być młodym aż po grób. Mam 35 lat, za czym mam tęsknić, za serem z dyskontu na studiach? Historii nie da się zmienić, bo historia jest jaka jest. Moja książka też o tym opowiada. Co byśmy nie zrobili, wydarzenia pozostaną wydarzeniami, które się dokonały. Można dokonać jakieś reinterpretacji historii, kłopot w tym, że kluczowe wydarzenia historyczne żywo przypominają mit. A mit kształtuje nas, nie na odwrót.   Nie do końca rozumiem o co chodzi z drugim wariantem, niemniej spróbuję. Historia jest bez sensu. To ciąg wydarzeń nie układających się w żaden porządek. Rzeczy, które po prostu się dzieją. Próbujemy ją zrozumieć, nadając jest sensy proste, choćby strukturę opartą na wynikaniu, albo złożone. Złożoną strukturą w wypadku Polski byłby mesjanizm, czy gnoza Rymkiewicza z węzłowym punktem, o proszę, powstania warszawskiego. Tylko to błąd, bo historia nie ma sensu. Podobnie jak ludzkie życie, każde, w tym moje, jest zupełnie bezsensowne. W takim układzie, „Widma” są utopijną książką.

Kontynuując temat literatury, chciałem uzyskać od Ciebie krótki opis „Ognia”. Tu, przyznam się, nie filozofuję, bo jeszcze do tej pozycji nie dotarłem…

Jestem metalowcem!

Jestem metalowcem!

Lubię ten tekst, choć pisało się go ciężej niż którykolwiek inny. Ewoluował od formy powieściowej, przed dramat aż po coś, co z braku lepszego słowa można nazwać widowiskiem. Jest cytat z Kata na pierwszych stronach, a całość, od biedy, można uznać za swobodne nawiązanie do „Martwego zła” Sama Raimi, z duchami narodowymi w miejsce amerykańskich upiorów. Wyszło fajnie i bardzo, bardzo dziwnie. Sporządziłem chyba siedem różnych wersji „Ognia”, czytałem na głos i parę razy miałem serdecznie dosyć, chciałem nawet odpuścić pracę. Okazało się, niepotrzebnie. W jakiś sposób, ta książka jest przedłużeniem „Widm”, powraca historia, kończy się miłość, lecz inna, braterska. Chłopy tam się szarpią między sobą.

Komentując Twój wpis na blogu, z którego wynika, że na ten rok nie planujesz żadnej nowej książki, chciałem dowiedzieć się jak to jest z tą osławioną, pisarską weną? Jest, czy to tylko literacki wymysł? Kiedy np. Ciebie nachodzi owa kapryśna pani?

Pani jest bardziej kapryśna, niż sądzisz. Jestem zawodowym pisarzem, co oznacza, pracę dzień w dzień i wena nie ma tu nic do rzeczy. Czasem pisze się dobrze, czasem źle, napisać jednak trzeba. Żeby było śmieszniej, te fragmenty które powstawały łatwo i wydawały mi się najlepsze, wypadają najsłabiej w gotowej książce. Nie ufam sobie, żaden twórca nie powinien. Pięć, dziesięć lat temu miałem więcej pomysłów. Dalej zdarzają się te fantastyczne chwile, kiedy robię cokolwiek – jestem na spacerze, oglądam film, dłubię w nosie, fikam sobie tam czy siam i tak dalej – a tu nagle spada zwrot słowny, scena, pomysł na opowiadanie czy książkę. Ma to coś z objawienia, nie da się go wywołać. Po prostu przychodzi. Wówczas nic nie robię, gaszę ekscytację, czekam tydzień, dwa i jeśli pomysł zostanie, czeka na swoją kolej. Zwykle mija przynajmniej rok nim zacznę pisać, praca się wlecze, po czym, w przypadku książek zawsze okazuje się, że jest do dupy. Połowa, całość do niczego się nie nadaje. Więc piszę na nowo. I tak w kółko, co może brzmi strasznie, ale przywykłem, inaczej nie umiem. Kończę nową książkę i myślę sobie, hmmm, będzie do wypierdolenia cała czy w połowie? A jak wypierdolę i napiszę na nowo, to nowa wersja znów będzie cała do wypierdolenia, czy może zostanie parę stron niewypierdolonych? Tak to się kręci. W tym sensie, jestem Casanovą literatury polskiej.

Łącząc Twoje fascynacje muzyką i pracę – nie myślałeś kiedyś, żeby napisać opowiadanie grozy, dziejące się w środowisku metali? Np. Nerowi, gadającemu cały czas, że szatan jest tylko pewną postawą/rebelią, objawia się prawdziwy rogaty i sam zainteresowany się w obliczu takiej traumy… nawraca i zostaje przyjęty na łono kościoła a bihemot nagrywa płytę wspólnie z Tymoteuszem?!!

Bo ja wiem? Nie jestem humorystą, a taka książka, siłą rzeczy byłaby zrozumiała tylko w środowisku dobrze zorientowanych metali, którzy nie lubią mnie i bez tego. Powiem Ci, że kiedyś miałem ochotę napisać książkę o graniu metalu w latach osiemdziesiątych, nie taką, jaką popełnił ten miły facet z Napletka, ale biograficzną. Myślałem konkretnie o biografii Kata, zamkniętej najdalej na etapie „Bastard”. Tylko potem pomyślałem, że musiałbym rozmawiać z tymi wszystkimi gośćmi, którzy się pokłócili, słuchałbym, dlaczego się pokłócili i tak dalej, opowiadaliby mi o riffach a koniec końców, Romek streściłby mi swoją filozofię życiową i wytłumaczył co złego zrobił mu ksiądz. Nie przeżyłbym czegoś takiego. Interesują mnie warunki grania ciężkiej muzyki pod Jaruzelskim, plus to co najciekawsze, czyli wódka, dziwki, narkotyki. W ten sposób projekt dożeglował na długą półkę książek nienapisanych.

Ok, to zostawiamy 2012 za nami, bierzemy głęboki oddech i wkraczamy w nowy rok. Na zakończenie tej miłej konwersacji, napisz prosto i banalnie, co Cię czeka w tym roku. Albo lepiej – co chciałbyś, żeby na Ciebie czekało?

Jestem ostrożny w oczekiwaniach i przewidywaniach. Na pewno ukaże się nowa książka. Chciałbym nieco odpocząć. Wydałem już dużo książek. Cieszę się dobrym zdrowiem. Życie osobiste i towarzyskie jest satysfakcjonujące. Żyję spokojnie z pracy, którą sam wybrałem. Wszystkie dobre płyty już nagrano. Najlepsze filmy zostały nakręcone, w konsekwencji czego nie mam wobec kultury wielkich oczekiwań. Chcę pieniędzy. Obrzydliwie dużo pieniędzy. Tak wiele, że nie wiedziałbym, co z nimi zrobić. Dziękuję.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Urszula Dziurzuńska Fru Fru Studio