REM – Automatic for the People (Craft/Universal)

W całym muzycznym worku kotów, które tłuką się między sobą o pierwszeństwo przy misce żarcia, narażając się na konkretne zadrapania szukamy rzeczy innych. Innych nie tylko w sensie muzycznym, ale głównie, innych jako zjawisko, symbol czasów czy po prostu muzyczną instytucję, która pozostawiła po sobie coś więcej niż zarośnięty kurzem krążek. I takim zjawiskiem – wielkim, choć w zasadzie działającym gdzieś na uboczu – była grupa R.E.M. Właśnie mija 25 lat od wydania najważniejszej dla zespołu, ale i dla lat 90. płyty „Automatic for the People”.

Krytycznych tekstów dotyczących tego krążka możecie znaleźć w czeluściach Internetu setki. Album został rozebrany na czynniki pierwsze, komplementowany i reklamowany na wszystkie sposoby, dlatego pisanie kolejnych peanów 25 lat po premierze jest, no cóż… poniekąd jest konieczne, bo faktycznie płyta nie zestarzała się i nadal z przyjemnością sięgam – od czasu do czasu i dla relaksu – po „Automatic for the People”. Właśnie – dla relaksu, bo też i R.E.M. to głównie muzyka, która sprawia przyjemność, coś jak łyk zimnego piwa w gorące popołudnie. Grupa, dla której wymyślono (a może nie…) termin „rock koledżowy”, będący swego rodzaju archetypem późniejszego, chyba jednak nieco bardziej pojemnego określenia „indie rock”. Dowodzona przez Michaela Stipe’a od początku stanowiła wzorzec antywizerunkowego rocka i choć pewnie każdy myśli, że to poza, którą trzeba sprzedać, wierzę, że byli czymś więcej niż tylko popularnym zespołem. Zresztą, sam fakt, że R.E.M. koncertował niechętnie i w roku premiery „Automatic…” dał raptem dwa (choć sami twierdzą, że jeden…) koncerty, jak ognia unikając rozgłosu, świadczy, że interesowało ich wszystko oprócz robienia kariery. I może waśnie dlatego powstawały takie płyty jak niniejszy krążek.rem

Na własny użytek, uznaję „Automatic for the People” za odpowiednik cave’owskiego „The Boatman’s Call”. Podobnie jak Cave potraktował swój album jako coś w rodzaju odreagowania po komercyjnym szczytowaniu „Murder Ballads”, tak dla R.E.M. nowa płyta była oddechem po niespodziewanym sukcesie „Out of Time”. Ale i tu mamy kilka przebojowych kompozycji, z mega hitem „Everybody Hurts” na czele. Choć na pewno nie tak rytmicznie przebojowym jak „Losing My Religion”. „Automatic…” to przede wszystkim spokój, przestrzeń i akustyczne brzmienia. Niby nic nowego w przypadku tego zespołu, ale jest w tych utworach coś głębszego, powodującego, że nie mamy do czynienia z banalnymi, nic nie znaczącymi piosenkami, ale z muzyką, która wyrasta ponad przeciętność standardowego „albumu rockowego”. W przypadku tej płyty określenie „muzyka środka” nabiera nowego znaczenia, ląduje gdzieś na salonach i każe z odpowiednią powagą celebrować dźwięki. Tu i ówdzie pojawiały się sugestie jakoby był to album popowy, jednak wydaje mi się, że jest to zbyt daleko posunięte określenie. Niewątpliwie doskonałe, klarowne brzmienie, aranżacje smyczkowe i ogólna równowaga panująca na tym albumie świadczą o bardzo dobrej kondycji zespołu. Głównie kompozytorskiej – tuż za „Everything Hurts” plasują się „Nightswimming”, lepiący się do ucha „Man on the Moon” czy „Find the River”. Sporo tego było jak na jedną płytę.Automatic wydanie rocznicowe

R.E.M. podszedł do tego materiału w odmienny sposób. Zamiast tworzyć rytmiczne piosenki, skupił się na delikatnym rozmiękczeniu brzmienia, gitarowy posmak schowano z tyłu, postawiono na medytacyjny charakter, coś, co dla przeciwników kwartetu było po prostu nudą. I faktycznie, trzeba z muzyką się troszkę oswoić, jednak talent zespołu przejawiał się w tym, że pozornie mało efektowne utwory sprawdzają się jako całość i tworzą chyba najbardziej udany zestaw w dyskografii grupy. Wpływ na to ma także znakomita produkcja i fakt, że Stipe z kolegami byli zwyczajnie dobrymi kompozytorami. Słychać to szczególnie dzisiaj, 25 lat po premierze, bo muzyka w zasadzie niespecjalnie się postarzała i tych piosenek nadal dobrze się słucha. Tym bardziej warto zaopatrzyć się w nowe, rocznicowe wydanie płyty, gdzie obok standardowych gadżetów – plakatu, zdjęć, pocztówek – znalazł się dodatkowy dysk z zapisem jedynego (!) koncertu promocyjnego z tamtego okresu, jaki zespół zagrał 19 listopada 1992 roku w klubie 40Watt (Athens). Materiał został, co oczywiste, podrasowany, i portretuje R.E.M. jako całkiem sprawną maszynę, zdolną zawładnąć publicznością, w dodatku słuchając konferansjerki Stipe’a, odnoszę wrażenie, że człowiekowi faktycznie na czymś zależało.

Cóż, R.E.M. świata nie zbawił, ale świat nadal o nich pamięta. I w sumie wcale się nie dziwię.

Arek Lerch