ONE ZMIENIŁY NASZE ŻYCIE – odcinek I „Ameryka w natarciu”

Nie, nie będzie to tekst o kochankach, które przewinęły się przez nasze łóżka. Nie będzie o studiach ani  o… płytach, o zgrozo. Choć te ostatnie były niewątpliwie inspiracją i początkiem.  Będzie o gazetach. Tak, gazetach, które dzisiaj niemal wyparte przez webziny –  takie jak i nasz (!!) –  nadal są potrzebne i nadal – przynajmniej ja – nie wyobrażam sobie życia bez szeleszczących stron drukowanej prasy. Jest w niej jakaś magia. Dlatego postanowiliśmy zainicjować cykl krótkich artykułów, w których opowiemy o gazetach/zinach a właściwie konkretnych numerach, które w którymś momencie życia wpłynęły na nasz muzyczny światopogląd. Dla dzisiejszych, wychowanych przez  Internet  słuchaczy to pewnie nie do wyobrażenia, ale jeszcze kilkanaście lat temu raczkująca w Polsce prasa była  oknem na muzyczny świat. Dlatego na dobry początek kilka słów o pierwszym numerze magazynu OUTSIDE, który ukazywał się na początku magicznych lat 90 – tych…

Wspomniany wyżej okres na  zawsze pozostanie w moich myślach jako czas, kiedy muzyka stała się dla mnie kultem. Cokolwiek to znaczy…  Źródłem wiedzy byli znajomi,  mający kontakty z zachodem i to od nich dowiedziałem się po raz pierwszy o takich dziwactwach jak Fugazi, Rollins Band czy Sonic Youth i The Jesus Lizard. Zresztą, mniejsza o nazwy,  bo tych mogłoby tu paść tysiące. Dość, że kiedy na początku 92 roku zobaczyłem w kiosku pierwszy numer OUTSIDE z Robem/NoMeansNo  na okładce, intuicyjnie poczułem, że to coś dla mnie…

Prowadzony przez absolutnych maniaków periodyk trafił centralnie w moje gusta i nie tylko za sprawą treści, ale też przez niesamowite nagromadzenie emocji z jakimi o kolejnych „odkryciach” pisali redaktorzy. Ich bezgraniczna wręcz wiara w podziemną muzykę głównie z USA (co zresztą było powodem zajadłej krytyki ze strony krajowych scenersów…) , podchodzenie na kolanach to takich wytwórni jak Amphetmine Reptile Rcords, Dischord czy Touch&Go wydawały mi się podejrzane, ale słuchając kaset  (!) – wydawanych także przez Outside – przekonywałem się, że muzyka może mieć niesamowicie różne oblicza. W przypadku Outside’a nowego znaczenia – nawet z dzisiejszego punktu widzenia – nabiera określenie „dziennikarski subiektywizm”. Redaktorzy pisemka nawet nie udawali, że w pierwszej kolejności są maniakalnymi fanami a dopiero potem krytycznymi dziennikarzami. Choć krytyki było na łamach Outside całkiem sporo.  Pierwszy odcinek trafił na rynek w ciekawym okresie, co najlepiej widoczne jest w dziale recenzji. Dwie dekady temu ukazywało się zdecydowanie mniej płyt, za to prawie każda była strzałem w dziesiątkę. Bo  z zestawu, jaki zafundował w 92 roku Outside do dzisiaj na mojej „gorącej” półce stoją  takie tytuły jak „Nevermind”, „Steady Diet of Nothing”, „Goat”, „Black Tongue Speaks vol I” czy „Sailing the Seas of Cheese”.  Outside otworzył mi bramy do raju, pokazując, że hałas można podawać na wiele sposobów i za każdym razem będzie to uczta na miarę rzymskiej rozpusty. Zresztą, nie tylko o recenzje tu chodzi.  W numerze mamy rozprawkę o historii amerykańskiej sceny hardcore – subiektywnie z naciskiem na poszerzanie gatunkowej świadomości. Do dzisiaj aktualną, z mojego punktu widzenia. Dla maniaków rave jest próba uchwycenia manchesterskiego fenomenu i był to chyba jedyny, drobny zgrzyt a także wczesna zapowiedź późniejszej, dziwacznej wolty wykonanej przez redakcję Outside’a. Poza tym teksty o Primus, Silverfish, Rein Sanction czy The Young Gods. Dobór może z dzisiejszego punktu widzenia nieco schizofreniczny, ale jakże świeży, szczery i „fanowski”. No i clou programu – znakomite, bardzo osobiste wywiady z NoMeansNo i  Assassins of God.   Czterdzieści dwie strony absolutnej szczerości i cholernej pasji…

Magazyn Outside ukazał się w idealnym momencie – grunge rozpoczynał swój pochód po świecie, na salony wkraczali brudni rockmani z rozpadającymi się instrumentami. Ukazując zdecydowanie niekomercyjną stronę rewolty, stał się najciekawszym, prasowym wydarzeniem tamtego okresu. Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, jaki wpływ miał na miłośników muzyki, choć przykład niżej podpisanego jest być może symptomatyczny. Outside stał się pierwszym w tej części Europy magazynem, który postanowił nobilitować do rangi znaczącego wydarzenia noise rocka i jazzcore’owych szaleńców, tworząc w pewnym sensie nowy trend. Tam gdzie inni dopatrywali się zblazowania czy przesady, redakcja Outside’a znajdowała sztukę przez duże „S”.

Dzisiaj, kiedy wracam od czasu do czasu do tego magazynu, nadal nie mogę się nadziwić, jak bardzo – dla mnie (!!) – jest aktualny. Być może moje zdanie jest jeszcze bardziej subiektywne niż opinie prezentowane w opisywanym periodyku, nie mam jednak wątpliwości, że była to wyjątkowa gazeta. Jak każda supernowa istniała krótko, bo ukazało się zaledwie siedem numerów, po czym redaktorzy, wiedzeni jakąś do dzisiaj niezrozumiałą manią, przerzucili się na… techno. Pod nazwą Outside wydali kilka kaset z gównem pt. „goa trance” po czym „wybyli” z rynku. Nie zrozumiem, dlaczego tak bardzo zawiedli się na hałaśliwej, gitarowej muzie i pozostawiam ich w swojej pamięci jako prasowych „peel’ów” Europy wschodniej…

Arek Lerch