NOISE MAGAZINE – nie jestem Mesjaszem Papieru Rozmowa z Łukaszem Dunajem

Kiedy dzisiaj, po pracy, zmęczeni życiem, upierdliwym szefem, korkami itp. atrakcjami, zajrzycie do lokalnego salonu EMPiK, być może wasz wzrok przyciągnie okładka gazety z intrygującym napisem Noise Magazine tudzież ryjem Papy Emeritusa II. To nie żart – pojawiło się nowe pismo muzyczne, którego twórcy, stawiając na różnorodność merytoryczną, nie zapominają, że jesteśmy przede wszystkim wzrokowcami. Będzie zatem sporo czytania, ale i oglądania, bo dawno nie było na naszym rynku gazety tak fajnie (podkreślam to słowo) dopracowanej pod względem graficznym. Nie to jest jednak najważniejsze, a pytanie – czy jest nam potrzebne kolejne pismo? Odpowiadam z całą mocą – tak, bo wpisuje się w ziemię niczyją, zamieszkiwaną przez lud nieortodoksyjny, który z zainteresowaniem wysłucha płyty Entombed AD, tuż po lekturze Goat i najnowszego SWANS. Noise Magazine potwierdza, że czasy ortodoksji, każącej metalowcom czytać pisma metalowe a hipsterom Teraz Rocka, minęły i nawet jeśli forumowi krzykacze będą pyskować, faktu tego nie możemy przeoczyć. Nie będę więcej agitował, ujawniał treści pierwszego numeru, bo możecie poznać go organoleptycznie, zapraszam za to do przeczytania rozmowy z Łukaszem Dunajem, którego pewnie znacie jako znakomitego dziennikarza i autora behemoth’owej biografii Konkwistadorzy Diabła, tym razem debiutującego w nowej roli – redaktora naczelnego Noise Magazine.

Na początek trochę obok samej gazety – czym jest dla Ciebie dziennikarstwo muzyczne – DZISIAJ – kiedy żurnalista przestał być mistrzem ceremonii, uchylającym rąbka tajemnicy przed zwykłym śmiertelnikiem?

Za mistrzów ceremonii mogły być uważane takie ikony dziennikarstwa muzycznego jak Lester Bangs czy John Peel. Obecnie, czyli w czasach, kiedy każdy może być dziennikarzem,Nojz pojęcie „dziennikarstwa” bardzo się zdewaluowało, żeby nie powiedzieć mocniej – zeszmaciło. Zaczynałem pisać o muzyce, podobnie jak Ty, pod koniec lat 90. To był już schyłek epoki, w której dziennikarze muzyczni dysponowali jeszcze namiastką władzy, czy jak wolisz tajemnicy, dzierżąc w rękach promocyjny egzemplarz płyty, którą zwykli śmiertelnicy poznawali 2 czy nawet 3 m-ce później. Nie ukrywam, że było to bardzo przyjemne uczucie, chociaż jednocześnie kompletnie oderwane od rzeczywistości. Dzisiaj to Ci tak zwani „śmiertelnicy” poznają muzykę szybciej i w większych ilościach niż dziennikarze. Mamy więc do czynienia z czymś w rodzaju zemsty dziejowej. I bardzo dobrze, że tak się dzieje, bo tzw. dziennikarze muzyczni to często przygłuche lenie. Wiele razy w ostatnich latach obserwowałem sytuację, że „lud słuchający” już dawno coś namaścił na „następną dużą rzecz”, a my dopiero zaczynaliśmy się tym interesować. Z kreatorów gustów – przepraszam, ale to skojarzenie kojarzy mi się głównie z panią Gessler, staliśmy się „opisywaczami” lub też często „odpisywaczami”. Nie mam więc dobrego zdania o dziennikarstwie muzycznym jako takim, ale pociesza mnie fakt, że zostały jeszcze w Polsce tu i ówdzie ostatnie bastiony tegoż.

I próbujesz tej ostatniej nadziei wyjść na przeciw?

Skąd wiedziałeś? Od lat marzył mi się opiniotwórczy, krytyczny magazyn poświęcony wielu odłamom muzyki ekstremalnej. Zresztą nie tylko takiej. Z dość oczywistych względów, trudno było zrealizować te postulaty w tytułach obecnych na polskim rynku. W końcu więc zebrałem się w sobie i wyszedłem z założenia, że jeżeli chciałbym poczytać magazyn, który byłby otwarty, odważny, eklektyczny, pisany z pasją i wiedzą, to po prostu muszę spróbować go stworzyć. Nie będę bredził o misji, ale z pewnością w całej idei towarzyszącej Noise Magazine, chodzi o coś więcej niż wydawanie „fajnej gazety”. Dla mnie jako pomysłodawcy i wydawcy tego magazynu z całą pewnością.

Wydawanie dzisiaj „fajnej gazety” PAPIEROWEJ to przede wszystkim odwaga. Jaki jest rynek wiadomo, jacy są ludzie też. Nie boisz się, że pasja będzie musiała ustąpić miejsca tzw. biznesowi i twardej dupie? Jak zamierzasz „zahibernować” ten romantyczny aspekt?

Odwaga lub głupota. Zazwyczaj spotykałem się z dwojaką reakcją, kiedy mówiłem komuś o swoim pomyśle. Lekki podziw wymieszany z niedowierzaniem lub kpiące komentarze i udawana troska w głosie: „ale czy ktoś ci to kupi?” Wiadomo przecież jaki jest rynek. No wiadomo. Ja natomiast uparcie uważam, że ludzie/odbiorcy nie są głupi i po prostu nie chcą płacić za rzeczy, które reprezentują gówniany poziom. Czy należy im się dziwić, że kierują się w swoich wyborach tymi samymi rynkowymi mechanizmami, jak w innych aspektach życia? Nie demonizujmy pisania o muzyce: to też jest w pewien sposób produkt, a nie jakaś natchniona powinność wobec dóbr kultury. Gdy w jakiejś knajpie źle cię nakarmią i obsłużą, więcej do niej nie wrócisz, prawda? Te same mechanizmy mają zastosowanie wobec m.in. gazet muzycznych. Jeżeli reprezentują one odpowiedni poziom i są warte zainwestowania w nie kilkunastu złotych, zawsze znajdzie się grupa osób, które to zrobią. Głęboko w to wierzę, gdyby było inaczej, przecież nie byłoby sensu tego robić. Wiem jednocześnie, że muszę być realistą, więc stąpam twardo po ziemi w kwestiach finansowych i z tego też powodu cieszę się, że zakładam gazetę mając za sobą jakieś doświadczenia w tzw. branży i 35 lat na karku. Pozwoli mi to nie rozdawać gazety wszystkim chętnym za darmo, byle tylko chcieli ją czytać. Pewnie 10 lat temu byłbym do tego zdolny, to tak a propos twardej dupy.okładka_mniejsza

Doświadczenie+35 lat na karku+mocne stąpanie po ziemi=sukces? Myślisz, że to wystarczy, czy potrzeba jeszcze owego mitycznego szczęścia?

Nie, czynniki, które wymieniłeś, nie gwarantują żadnego sukcesu. Do niego potrzeba przede wszystkim dobrego produktu wyjściowego. Czegoś, co jest wartością samą w sobie, co reprezentuje poziom, który sprawia, że myślimy na przykład o zespole x: „tak, są zajebiści, nigdy mnie nie zawiedli, więc kupię ich następny album”. Podobnie chciałbym, aby w przyszłości odbiorcy myśleli o Noise Magazine. Natomiast szczęście jest potrzebne w każdym aspekcie życia, w biznesie również. A czy jest ważniejsze niż na przykład pracowitość? Śmiem wątpić.

Intryguje mnie wyspiarska prasa, która uwielbiała (uwielbia?) kreować nowe gwiazdki i trendy, nawet jeśli były krótkotrwałe – chciałbyś, żeby Noise także miał siłę nie tylko komentowania, ale też i kreowania? To proroctwo, czy raczej sprytna manipulacja słuchaczem/czytelnikiem?

Raczej to drugie, ale oczywiście przywilej bycia „demiurgiem” karier zespołów czy kreowania gustów czytelników jest niezwykle kuszący. Sądzę, że w tym przypadku za bardzo wybiegamy w przyszłość, wręcz dajemy ponieść się fantazji. Ale odsuwając na bok niezdrowe przejawy megalomanii, będzie mi niezwykle miło, kiedy ktoś powie, że odkrył dany zespół (a zwłaszcza polski…) dzięki naszemu pismu, a nie internetowi. Albo posłuchał czyjejś płyty po przeczytaniu ciekawego wywiadu czy tekstu opublikowanego na naszych łamach. Takie małe zwycięstwa w pełni mnie będą zadowalały. A kiedyś – kto wie? Może osiągniemy status lokalnego Terrorizer – ale tego sprzed 10 lat, kiedy faktycznie to pismo kreowało pewne trendy i było o krok przed innymi.

Skoro padła już konkretna nazwa – czy dla Ciebie, jako rednacza, istnieją tytuły, które wywarły wpływ na Noise Mag, na sposób stworzenia tej gazety? Ja wiem – no gods, no masters, ale może jednak?

Jeżeli chodzi o sam layout, czyli to, jak prezentuje się gazeta od strony graficznej – mogę przyznać z ręką na sercu – nie wzorowaliśmy się na żadnym istniejącym tytule. Patrzyliśmy na kilka wydawnictw z działu prasy „life style’owej”, a nie muzycznej. Podglądaliśmy jak rozwiązane są tam leady, układ kolumn, ekspozycja zdjęć itd. Prasa muzyczna nie była jakimś punktem odniesienia. Jeżeli chodzi o kwestie merytoryczne, oczywiście pewne wzorce mam. To z jednej strony Decibel, czy właśnie wspomniany Terrorizer sprzed kilku lat, kiedy nie był jeszcze tak „syntetyczny” i nie umieszczał na okładkach Arch Enemy. Z drugiej strony, z podziwem patrzę na takie tytuły jak wspaniały od strony edytorskiej i merytorycznej magazyn Electronic Beats, Wire lub Under The Radar. Pisząc głównie o ekstremalnej muzyce, chcemy jednocześnie odejść od schematów jej towarzyszących. Więc żadnych krzykliwych teł i innych graficznych bohomazów. Imponuje nam z Patrykiem (Zwolińskim, który odpowiada za stronę graficzną Noise Magazine) czysta, szlachetna forma i tak też sobie pod tym kątem ten magazyn wymyśliliśmy.

Ambicje ambicjami, ale magazyn to jednak sprawa komercyjna – są jakieś granice, których nie przekroczysz w ramach prowadzenia gazety? Zgłasza się do Ciebie wydawca nowej płyty Weekend i proponuje okrągłą sumkę za reklamę na łamach magazynu – odmawiasz i płaczesz, czy płaczesz, ale ze śmiechu.

Przykład Weekend jest tak ekstremalny, że chyba aż bym się skusił. Natomiast chciałbym unikać sytuacji wchodzenia w bardzo niefajne w moim odczuciu układy typu: my wam reklamy, a wy nam wywiadzik. Jest to nagminne w tej branży, stąd też zalew bardzo przeciętnych, wręcz bezwartościowych zespołów na łamach gazet muzycznych. Oczywiście, nie zamierzam pozować na ostatniego sprawiedliwego i Mesjasza Papieru, ale wydaje mi się, że można obejść się bez robienia takich rzeczy w imię tworzenia gazety o spójnym wizerunku merytorycznym i jakościowym. Dopiero startujemy, więc nie mam tego typu dylematów i chciałbym, aby właśnie kryterium jakościowe pozostało zawsze jedynym obowiązującym.

nie jestem Mesjaszem Papieru

nie jestem Mesjaszem Papieru

Gadałeś już chyba z większością mniej lub bardziej znanych artystów, znasz środowisko dziennikarskie – czy są zatem jakieś nazwiska – zarówno z jednej jak i z drugiej strony barykady, które chętnie zobaczyłbyś na łamach Noise Magazine?

Na to pytanie nie potrafię teraz odpowiedzieć. Są nazwiska, które przyjąłbym na pokład z otwartymi ramionami. I podejrzewam, że te osoby o tym doskonale wiedzą (śmiech). Żałuję, że z niektórymi nie udało mi się dogadać przy okazji pierwszego numeru, ale ja naprawdę nie jestem „po polsku” pamiętliwy i bardzo chętnie wrócę do rozmów np. z pewnym Artystą. Skład redakcyjny bynajmniej nie jest zamknięty, ale planuję go rozszerzać bardziej na zasadzie ad hoc – czyli pojawia się świetny temat proponowany przez dziennikarza „z zewnątrz” i oczywiście z chęcią go wtedy opublikujemy. Natomiast trzon redakcji to moim skromnym zdaniem czołowe obecnie „pióra”- piszące w tym kraju o ekstremalnej muzyce. Jakkolwiek ją rozumiemy. W następnych numerach należy się jednak spodziewać zaskoczeń z obu stron tzw. „barykady”. Niedawno zgłosił się do mnie pewien utalentowany, młody muzyk, który równie intrygująco wypowiada się za pomocą języka polskiego. Zobaczymy, może coś ciekawego z tego wyjdzie.

Jako zainteresowany tematem, widziałeś upadki różnych gazet na naszym rynku. Czy masz zatem jakąś tajemniczą receptę na uniknięcie takiej ewentualności?

Gdybym znał taką receptę, zajmowałbym się zawodowo ratowaniem podupadających gazet i czasopism. Nie mogę na przykład do dzisiaj odżałować tygodnika Przekrój i to wcale nie dlatego, że miałem tam przyjemność przez jakiś czas publikować. Odpowiadając wprost: nie znam takiej recepty, ale mam poczucie, że w przypadku kilku muzycznych periodyków, które przemknęły przez nasz rynek zabrakło co najmniej kilku rzeczy: determinacji, konsekwencji w budowaniu pozycji tytułu, terminowości i co za tym idzie, ogólnie rozumianej solidności. Wcześniej pytałeś o aspekty biznesowe – właśnie te cechy również powinny znaleźć odzwierciedlenie w budowaniu wiarygodności i tzw. pozycji tytułu. Kiedy ktoś udaje, że wydaje kwartalnik, a ukazuje się z częstotliwością dwa razy do roku, to myślisz, że ludzie tego nie widzą?

Dotychczas pisałeś jako dziennikarz do różnych periodyków, teraz debiutujesz w nowej roli – jeśli miałbyś wymienić rzecz, która – jako świeżego rednacza – najbardziej Cię zaskoczyła, na co byś postawił?

Najbardziej mnie zaskoczyło to, że widzę zaangażowanie emocjonalne piszących do Noise. To samo dotyczy Patryka – odpowiedzialnego za skład gazety. Musiałbyś zobaczyć wyraz jego twarzy, kiedy dostał pierwsze egzemplarze gazety. Bezcenne. Bez popadania w patos: chciałbym, żeby w naszej wirtualnej redakcji panował twórczy ferment i królowały same kreatywne koncepcje. Mam nadzieję, że z czasem, jak się wszyscy dotrzemy, tak właśnie będzie. A że ktoś musi całe towarzystwo trzymać za twarz, gonić z terminami i burczeć, że „za dużo wody polałeś” albo „lead słaby”, co robić? Ktoś przecież musi. Pismo papierowe wymaga naprawdę dużej dyscypliny formalnej, w odróżnieniu od pisania w necie, więc my wszyscy musimy się też przestawić na myślenie w kategoriach „papierowych”. Gdzie musi znaleźć się miejsce na dobre zdjęcia, na przestrzeń w ekspozycji tekstu, chwytliwe cytaty i tak dalej. Momentami pracując przy tekstach, czuję się bardziej jak montażysta niż redaktor. Nie ukrywam, że też się tego dopiero uczę, ale jest to akurat wyjątkowo przyjemna nauka.

Jaki był najtrudniejszy moment podczas porodu pierwszego numeru Noise Magazine?

Najtrudniejszy moment nastąpił, kiedy zostały nam 2 dni do wysłania magazynu do drukarni. Wtedy odkryliśmy pewien błąd – nazwijmy systemowy – w złożonych już i zredagowanych tekstach. To była ciężka noc, bo trzeba było przejrzeć „na piechotę” wszystkie teksty, blisko 90 stron. Co to było, niech zostanie już naszą tajemnicą, ale poczuliśmy wówczas na karku oddech wymarłych światów. Ciężko mi też było wyegzekwować teksty od pewnych mało zdyscyplinowanych pismaków, ale przy drugim numerze ufam, że ci ostatni będą pierwszymi.

Gazeta jest w sklepach i zaczyna się obwąchiwanie – masz jakieś nadzieje i obawy związane z pojawieniem się gazety, czy bez emocji czekasz na to, co się wydarzy? Myślisz, że to dobry moment na pojawienie się nowej gazety?

Nie wiem, czy występuje w przyrodzie coś takiego jak dobry lub zły moment na pojawienie się tej gazety. Oczywiście, że pojawiają się emocje związane z tym, że coś, co od kilku miesięcy zamieszkiwało jedynie moją głowę, wreszcie z niej wypełzło w materialnej, namacalnej postaci. Obaw mam też całe mnóstwo, ale na całe szczęście – nadziei jest więcej, bo po prostu cholernie wierzę w ten magazyn.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcie: Janek Fronczak