(NIE)SZCZĘŚLIWA ZIEMIA – Łukasz Orbitowski

Najnowsza, drukiem jeszcze pachnąca książka Łukasza Orbitowskiego trafiła do sklepów… Czasem pisze się dobrze, czasem źle, napisać jednak trzeba – tak o swojej pracy jakiś czas temu opowiadał autor w wywiadzie dla Violence i dzisiaj można stwierdzić, że tym razem pisało mu się wybitnie dobrze, bo „Szczęśliwa Ziemia” to szczytowanie formy i jednocześnie chyba najbardziej niepokojąca powieść tego autora, sadowiąca się gdzieś obok mojej ulubionej historii „Tracę Ciepło” (wątki obyczajowe) i „Święty Wrocław” (gęstniejący mrok). Czy poszukiwania szczęśliwego miejsca na ziemi zawsze kończą się nieszczęśliwie?

Szczęśliwa Ziemia, Łukasz Orbitowski, Wydawnictwo SQN

Wrzucenie twórczości Orbitowskiego do worka z napisem „powieści grozy” jest zabiegiem cokolwiek ryzykownym a może nawet krzywdzącym, bo pisarz ten dość skutecznie wymyka się szufladkom, próbując ugryźć rzeczywistość z wielu stron. Zasadniczo podzieliłbym jego twórczość na trzy grupy. Pierwsza to faktycznie twórczość, nosząca znamiona horroru, gdzie prym wiedzie rewelacyjna powieść „Święty Wrocław”. Już jakiś czas temu Łukasz próbował swoich sił w tematyce historycznej, czego efektem jest z kolei tomisko „Widma”, zaś najlepiej – moim zdaniem – sprawdza się w temacie obyczajowej powieści niepokoju, że tak to ujmę. I w tej szufladce mieści się „Szczęśliwa Ziemia”.

Historia zawarta w „Szczęśliwej Ziemi” tętni podobnym do „Tracę Ciepło” pulsem i wywołuje przynajmniej w części podobne emocje. Możemy obserwować zmieniającą się, polską rzeczywistość i na jej tle rozpinane są losy bohaterów, raczej niewesołe i zawsze noszące w sobie dawkę czegoś niezrozumiałego. Ów element niepokoju, grozy, płynącej gdzieś pod skórą powoduje, że można porównać twórczość Orbitowskiego do opowiadań Kinga. Tak jak Amerykanin, Orbitowski wywozi nas gdzieś na prowincję, wrzuca w sam środek żyjących sobie po cichu społeczności, które niby są normalne, ale jednak nie do końca. Siłą Orbitowskiego jest zmysł obserwacji. Nie akademickiej, zza szyby; Łukasz jest łobuzem, który z poziomu ulicy informuje nas o tym co się dzieje. Doświadczenie brudu, poczucie na własnej skórze życia wyziera z jego powieści i dlatego nawet te mniej realne wątki noszą w sobie ślad rzeczywistości. A ta jest u Orbitowskiego napiętnowana. Naszymi fobiami, małością, syfem i typowo polską zrzędliwością. Niczym chłopcy z piosenki Myslovitz siedzimy uwięzieni w swoim świecie i nie potrafimy się z niego wyrwać. Kiedy to wreszcie jest możliwe – albo nie korzystamy z szansy albo wszystko po całości pieprzymy… Owo przeświadczenie o nieuchronności losu i naszej wobec niego bezradności obecne jest w najnowszej powieści Orbitowskiego.

Lądujemy zatem w Rykusmyku – fikcyjnej mieścinie gdzieś przy zachodniej granicy i zaczynamy oczami bohaterów obserwować rzeczywistość – szkoła, kościół, rynek, zamczysko… Bohaterowie są młodzi, jeszcze w wieku szkolnym, łączy ich coś więcej niż przyjaźń, podzieli coś więcej niż rzeczywistość. Plastycznie kreślony obraz zapyziałych miasteczek jest uderzający. W zasadzie momentami z kart książki wyziera wręcz dokumentalistyczna surowość, która zderzona z drobnymi igiełkami czegoś nadnaturalnego mrozi i zaskakuje sugestywnością. Nienawidzę dosłownego przytaczania historii, dlatego nie będę rozdrabniał się w opisach losów bohaterów, dość, że będziemy za nimi podążać do Kopenhagi, Warszawy i Krakowa, jedną nogą pozostając cały czas w Rykusmyku, od którego wszystko się zaczęło i która to mieścina, a w zasadzie ruiny zamku rzucają cień – i na tych co wyjechali i na tych, co pozostali. W zasadzie można potraktować „Szczęśliwą Ziemię” jako ucieczkę przed przeznaczeniem i poszukiwanie tego lepszego, szczęśliwego miejsca nSzczęśliwa Ziemiaa ziemi. Katastrofizm polega na tym, że im bardziej chcemy znaleźć ową, szczęśliwą przystań, odkrywamy, że w zasadzie nie ma na to szans i gonimy jeno za własnymi marzeniami. Skażenie ludzkiego losu piekielną niejako predestynacją budzi lęk i choć orientujemy się, że nad perypetiami bohaterów książki zaważyło nie do końca od nich zależne wydarzenie, trudno nie poczuć się nieswojo, śledząc ich upadek. Można w tym kontekście uznać te ponadnaturalne elementy powieści za głos sumienia – skrzek rozsadzający głowę czy też ogniki towarzyszące bohaterom to nic innego jak wyrzuty wypalające piętno w świadomości, skazujące niejako na powrót do owego piekła, przed którym nie ma ucieczki, niezależnie od tego, ile dzieli nas od niego kilometrów. Można też potraktować powieść jako socjologiczny, bardzo surowy osąd naszego poszukiwania sukcesu – pieniędzy, dobrej pracy, miłości za wszelką cenę, nawet jeśli ta okazuje się być za wysoka. Przecież pełno jest takich historii, codziennie się z nimi stykamy, to taka nasza narodowa przypadłość, choć akurat Orbitowski nas z niej rozgrzesza – los bohatera, który pozostał na „własnej” ziemi okazuje się być wcale nie lepszy od tych, co rozjechali się po świecie. Orbitowski kreśli przed nami obraz Europy, w której tak po prawdzie czujemy się obco, post komunistycznej Warszawy i Krakowa, żarłocznie rozrastających się, pełnych zagubionych ludzi, próbujących chwytać szansę. Są menele, zwichnięty policjant, toksyczni rodzice. Łukasz otwiera przed nami literacką puszkę Pandory i mam wrażenie, że każdy znajdzie tu choć mały kawałek swoich fobii i skrywanych, wstydliwych wspomnień…

Celowo pomijam tu kwestie warsztatowe, bo trudno, żeby mierny dziennkarzyna od hałasu próbował ważyć lekkość łukaszowego pióra. Chyba powyższe słowa są w jakimś sensie próbą wyrażenia uznania a uczucie mroku, jaki towarzyszyły lekturze książki świadczy o tym, że udało się autorowi namalować bardzo ciężki i złowieszczy klimat….

Co można dodać… Może jedynie to, że doskonałym wstępem do lektury opisywanej tu powieści będzie blog, jaki Łukasz Orbitowski prowadzi, obserwując rzeczywistość, w jakiej na co dzień się porusza. Popularne powiedzonko – wziąć byka za rogi – nabiera po konsumpcji „Szczęśliwej Ziemi” nowego, wcale nie aż tak pozytywnego znaczenia…

Arek Lerch