NA NOWY ROK – O co ten cały szum?

No to mamy luty. Nowy rok w pełniej, mało zimowej odsłonie, nowe oczekiwania i nowe muzyki. Ale zanim to nastąpi to jeszcze coś innego, mała odezwa od redaktora. Albo kogoś zupełnie innego, bo w sumie słówko „redaktor” w dzisiejszych czasach nie znaczy nic. Więc może po prostu internetowy poszukiwacz dźwięków, androidowy słuchacz i komentator, formalny tradycjonalista, przekonany o nieuchronności zmian.

To nie będzie kolejne podsumowanie. W zasadzie takie już zrobiłem. Będzie to zatem podsumowanie podsumowania, którego nie było, więc tym bardziej można podsumować, choć raczej własne odczucia i jednocześnie wyznaczyć kierunki. Obiecałem, że remanenty ubiegłoroczne potrwają do końca stycznia i zamierzam tego – z lepszym lub gorszym (bo już dziesiąty luty, panie!) skutkiem – dotrzymać, bo faktycznie, co nie było opowiedziane, niech zostanie gdzieś tam, w przeszłości i na naszych półkach jako bezimienny, nienazwany świadek ostatnich dwunastu miesięcy. Które były dla Violence dość trudne/chude. Chociaż nie, słowo „trudny” też tu nie pasuje. Były jałowe, bo przyznam, że choć chciałem pisać więcej, to jeśli już pisałem, raczej pojawiały się owe wypociny w innych periodykach, co też było miłe, ale cały czas żyłem z jakimś tam wyrzutem sumienia, że zaniedbuję medium, które dla mnie dużo znaczy. I tak mijały miesiące, czasami liczyłem na jakieś tzw. teksty zamówione, które się nie pojawiały i… minął rok. Dlatego już w grudniu dokonałem pewnych drobnych remanentów i postanowiłem ten wózek ciągnąć sam. Nie chcę tu popadać w megalomanię, ale jak już komuś tłumaczyłem, zmęczyła mnie rola redaktora naczelnego, który pogania, prosi, żebrze z miernym skutkiem. Miernym, bo Violence to działalność non profit i nie posiadam skutecznych narzędzi do kuszenia potencjalnych dziennikarzy itp. W zasadzie nie posiadam ich wcale i nie zamierzam się z tego tłumaczyć, bo zawsze podkreślałem, że pisanie do Violence opiera się na zasadzie dobrowolności, sympatii i tzw. zajawce. A skoro zajawka się kończy, trudno kogoś do czegoś zmuszać. Na szczęście – tak mi się wydaje – obyło się bez jakichś nerwowych ruchów i nieprzyjemnych sytuacji, w sumie jeśli ktoś dowiedział się, że już nie będzie pisał, a nie pisał od pół roku czy dłużej, powinien odczuwać raczej ulgę niż rozczarowanie. Zresztą, mediów muzycznych w Polsce jest tyle, że na pewno każdy znajdzie miejsce do eksponowania swoich zdolności krytycznych i literackich, czego oczywiście z sympatią życzę. Każdemu. No, może nie każdemu, ale to już taka moja złośliwość. Być może to misja samobójcza i szybko się wypalę, ale na razie czuję satysfakcję z samotnego po przestworzach muzyki żeglowania. Bo ostatnio najlepiej bawię się bez konieczności obcowania z innymi ludźmi, co zresztą każdy kto mnie zna, wie, bo na  koncerty chodzę zdecydowanie rzadziej niż kolega Maciej, i raczej tam, gdzie mam blisko. Co zapewne powoduje, że jestem dziennikarzem niekompletnym i niekompetentnym, ale tym też się nie przejmuję.Ja

Zatem, zostałem sam na polu boju, z rozgrzebanym rokiem minionym i nadchodzącymi nowościami. Ale zanim o nich, trochę o tym co było. Niekoniecznie na półkach sklepowych. Miniony rok to kolejny krok w rozbracie z ciężkimi brzmieniami, jeszcze głębsze wejście w dźwięki jazzowe, nieoczywiste, niemetalowe, improwizowane i raczej nadal będę zgłębiał ten światek według własnego widzimisię, bez logiki, bazując na chwilowych, emocjonalnych zrywach. Choć – i tu uwaga! – zarejestrowałem jednak pewne drgnięcie w temacie metalu śmierci, bo pojawiło się kilka mniej (Tomb Mold) lub zdecydowanie bardziej (Blood Incantation!) frapujących wydawnictw. Wprawdzie nadal uważam, że to wszystko na nowo poskładane, całkiem udanie zresztą, znane klocki, ale trzeba przyznać, że po latach marazmu death metal zaczyna się podnosić, choć nie twierdzę, że na nowo zakocham się w tym gatunku. Co najwyżej od czasu do czasu się po-delektuję, bo są dni, kiedy na własne wkurwienie dobrym lekiem są rzeczy typu „Hidden History of the Human Race”. Nadal jednak nie pojawiła się płyta, która wysadziłaby ten zatęchły światek w powietrze. Może kiedyś? Cały czas czekam na rewolucję, powoli dłubiąc swoje. A skoro o dłubaniu, to znowu przeskok do Violence, bo i tu zaczynają pojawiać się jakieś zmiany. Na początek wywaliłem działy „On nas” (bo nie widzę sensu, skoro jestem sam, a rubryka „O mnie” byłaby szczytem megalomanii…) i „Shark Atttack” (bo przestał spełniać swoją rolę). Małe odchudzenie nie zmienia kierunku, być może troszkę porządkuje ten burdel i daje sygnał, że może jeszcze coś drgnie. A drgnie na pewno, tylko nie wiadomo kiedy, bo ten młyn miele powoli. Choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że nazwa naszego (mojego?) magazynu wybitnie kojarzy się z wpierdolem i pojawiające się sugestie mądrzejszych ode mnie (Łukasz, respect!), by ją zmienić, bo trochę nie pasuje, traktuję z uwagą i biorę do serca. W końcu do tego dojdzie, to mogę obiecać. Na razie skupiam się jednak na tym co dzieje się tu i teraz. Zapominając powolutku o starym roku i z niejaką nadzieją patrząc na to co będzie. A zapowiada się ciekawie. I tyle na ten temat, reszta pojawi się w recenzjach i wywiadach. Mam nadzieję, że ktoś, gdzieś, przeczyta o czymś inspirującym, że krąg fanatyków muzyki będzie się wokół V utrzymywał i że pisanie – jakkolwiek by to nie zabrzmiało – o muzyce nadal będzie miało sens i nadal dzielenie się uwagami odnośnie dźwięków spełniać będzie jakoś tam rolę edukacyjną, polemiczną, może i kontrowersyjną. Ważne, że „jakąś”. Kurtynę zamaszystym ruchem od lat przesuwa Internet, my z uprzywilejowanych stajemy się szeregowymi zjadaczami dźwięków, przez los skażonymi potrzebą o nich pisania.

Jeśli macie jakieś uwagi, piszcie (mail gdzieś tam na stronie jest), komentujcie i dzielcie się wnioskami. Te zawsze są mile widziane.

Arek Lerch