MR. BUNGLE – Disco Volante (Warner Music Group)

Mogę się założyć, że red. Lerch zacznie złorzeczyć na mnie pod nosem, gdy tylko zobaczy, co Brzozowski zrecenzował (nie złorzeczę – przyp. Lerch). Zamiast nowości i płytowych rewelacji z ostatnich miesięcy, wypluł popłuczyny odnośnie jakiegoś starocia. W dodatku mocno zapomnianego. Tak się dziwnie składa, że drugi krążek Mr. Bungle przeszedł zupełnie bez echa pośród całej dyskografii projektu Pattona i kumpli. Aż myśli człowiek skonsternowany: dlaczego!? Debiut, nafaszerowany funkowymi tematami, z góry zaskarbił sobie serca wielbicieli Mike’a, choć wielu nowości do muzyki szeroko pojmowanej nie wniósł. Forsowana przez fanów “California” wprawdzie wypada ciekawiej od “Mr. Bungle”, ale wciąż odstaje wyraźnie od “Disco Volante”. Co więc poszło nie tak?

Ciężko jednoznacznie stwierdzić, może powstała w niewłaściwym czasie? Z jednej strony stojący na przepaści grunge, a na przeciwległym horyzoncie nieobliczalna ekstrema. Aż tu nagle znikąd wyskoczyło pięciu dżentelmenów i zagrali… pojęcia nie mam, co zagrali. Albo do czego miało to aspirować. “Disco Volante” to jedno wielkie szaleństwo. Muzyczne ADHD i definicja ekstremy w pigułce. ”Ekstremy?” – zapytacie. Owszem, ekstremy. Bo prawdziwy cios obuchem następuje w momencie przełamania wszelkich konwenansów, nie spreparowania schorowanych breakdownów czyband wyplucia trzustki przy growlowaniu. A Mr. Bungle to zrobili. Drugi krążek ekipy od pierwszych taktów łamie wszelkie bariery i wyjątkowo odrealnionym będzie podjęcie próby sklasyfikowania (raczej wyrzyganej…) zawartości tego albumu. Patton i znajomi nawet nie myśleli o stworzeniu dźwięków pretendujących do nazywania ich piosenkami. A zresztą… Piosenka, jakie to jest passé. Jedynym sensownym rozwiązaniem, pomagającym w opisie muzyki z “Disco Volante”, jest nazwanie jej wielkimi kawałami dźwiękowymi. Inaczej się nie da. Kawały te są niczym pobyt w zakładzie karnym o zaostrzonym rygorze. Nigdy nie wiesz, czy twoja skroń nie zostanie zaraz pokiereszowana uderzeniem prymitywa w kajdanach. Wznoszą się te “utwory” i opadają. Gdy choć chwilowo do percepcji słuchacza dojdzie skrawek zwartej melodii, ci zdążą ją dziesięć razy złamać. A te złamane rytmy też jeszcze złamią. Żeby z tradycyjnych rytmów i aranży już kompletnie nic nie zostało. A słuchacza pozostawią skonfundowanego na długie godziny po odsłuchu. Co innego ma on sobie bowiem pomyśleć, skoro po eksplozji thrashowego riffu, zagłuszy ją free-jazzowa impresja albo funk? A dajcie spokój z takimi piosenkami!

BANDI to chyba właśnie poszło nie tak. “Disco Volante” obiektywnie jest krążkiem nietuzinkowym, lecz co z tego, skoro wymyka się on jakimkolwiek ramom na tyle usilnie, że ciężko złapać oddech? Oczywiście, to pierwszorzędna muzyka, przynajmniej dla mnie. Lubię, jak zręcznie z melodii wykreowanej podczas upadku ze schodów można przejść do awangardowej plątaniny. I jeszcze się przy tym śmieją, a Patton raz po raz obserwuje dziwne osoby na ulicy, by móc je potem parodiować. Przecież idealnie to potrafi.

W zeszłym tygodniu napisałem felieton, którego puenta gorąco zachęcała do odwagi i eksperymentów. Niech grają ludzie z sercem, nie obawami przed uszczupleniem środków na koncie bankowym. Inaczej, jak to śpiewał Mike w “Ricochet” Faith No More: “It’s always funny until someone gets hurt… then it is just hilarious”.

Łukasz Brzozowski