ŁUKASZ MÓWI JAK JEST – Jesień tysiącleci

Jesteście zdegustowani kropelkami deszczu ściekającymi po smutnych ścianach blokowisk? Irytuje was niska temperatura i wiatr gwałtowniejszy od death metalu? Drzewa stopniowo rozbierane z liści budzą depresyjny nastrój? Z tymi płytami złe samopoczucie ustąpi jak ręką odjął. No, prawie. Oto jesienny top smutnych melodii, które warto znać.

Type O Negative – Bloody Kisses  Type O Negative = jesień, wiemy to chyba wszyscy. A jeśli nie, wystarczy zaczekać do 22 września. Wasze fejsbukowe ściany zaleje cały zestaw linków do największych przebojów nowojorskiej grupy. Tak się składa, że dwa z nich możemy znaleźć właśnie na “Bloody Kisses”. “Christian Woman” i “Black No. 1” – bo o nichBK mowa – to poważny symptom zmian w muzyce Type O Negative. Kiedy po wyjątkowo nieokrzesanym debiucie, rozsadzanym doommetalowymi kolosami z naddatkiem hc/punka, Peter Steele postanowił w jednym przedziale posadzić zawodzące brzmienia klawisza i kościelne chóry, nie każdy dowierzał. A tymczasem Type O Negative grali równie ciężko co wcześniej, ale dostojnie i wzniośle jak nigdy przedtem. No, ale obok poruszających hitów wspomnianych wyżej stoi na przykład wysokooktanowe “Kill All the White People”, które brzmi jak cichy uciekinier z sesji “Retaliation” Carnivore. Podobnie zagalopowany jest “We Hate Everyone” – z punkowego wyścigowca przeobrażony w nieomal pop-rockowy szlagier. Jeśli chcecie uczynić wrześniowy wieczór intrygującym bez opuszczania progów mieszkania, “Bloody Kisses” zagwarantuje należytą dawkę rozrywki.

Katatonia – Discouraged Ones Nie bez kozery stawiam “Discouraged Ones” i “Bloody Kisses” obok siebie. Obie te płyty zapoczątkowały zupełnie nowe rozdziały w karierze ich twórców, obie wydały się niespodziewanym strzałem po Ktym, do czego owe kapele przyzwyczaiły swoich fanów wcześniej. Ale tak, jak Type O Negative, Katatonia wcale nie zmieniła swojego stylu nie do poznania. Fakt, zamiast wrzasku Akerfeldta z głośników dobiegał egzaltowany głos Renskego, ale w tym przypadku epatowanie naddatkiem emocji nie jest wadą – wręcz przeciwnie, a przecież rozrzucanie uczuć niczym kart podczas partii pokera to znak firmowy szwedzkiej grupy. Na “Discouraged Ones” piosenkarz Katatonii brzmi niczym Robert Smith, który zamiast ubolewać nad swoim losem, postanowił się wkurzyć i wyładować gniew w iście gwałtownych partiach wokalnych. Łatwo zaliczyć do nich głosowe popisy w nabuzowanym negatywnymi wibracjami “Saw You Drown”, zrezygnowany lament w “Gone” czy transowe przeplatanki w “Last Resort”. Jeśli do tego dorzucimy gamę melancholijnych, gitarowych melodii Andersa Nystroma – który najwyraźniej zachłysnął się solówkami Grega Mackintosha – i wiszący nad całym albumem nastrój depresji w zaawansowanym stopniu, to już wiadomo, czego możecie posłuchać, by zagłębić się w jesiennym smutku.

The National – High Violet  Wyobraźcie sobie, że w chłodne październikowe popołudnie stoicie na przystanku autobusowym. Jesteście bez grosza przy duszy, noc spędziliście w mieście oddalonym wiele kilometrów od waszego mieszkania, a łapanie stopa już trzecią godzinę z rzędu nie daje efektów. Aż nagle ktoś zwalnia i oferuje wam podwózkęthe national high violet dokładnie tam, gdzie pragniecie. Wsiadacie więc do samochodu, a tam wita was lekko skulony, starszy pan z uśmiechem wymalowanym na twarzy. “No pięknie, stary pryk będzie przynudzał kilka godzin” – pomyślicie, a tymczasem ów pryk opowie wam ekscytującą historię swojego życia. Życia obfitującego we wzloty, upadki, kolebkę radosnych chwil i wyselekcjonowaną garść tych dołujących. A cała opowieść opatrzona będzie  toną celnych refleksji i zwyczajnie wzruszających chwil. Tak właśnie widzę album The National sprzed siedmiu lat. Mówi się, że to indie-rock czy indie-pop. Cóż, jeśli tak brzmiałaby cała gromada wykonawców zaszufladkowanych w słówku “indie”, słuchałbym ich na potęgę. “High Violet” to przede wszystkim gra emocjami. I nie chodzi tu o dostojeństwo Type O Negative czy dobijający charakter Katatonii. The National operują środkami, które z pozornie zwykłych, lekkich piosenek budują zestaw wzruszających przebojów. Takim jest “Blodbuzz Ohio” z tym swoim kojąco popowym podkładem, takie jest emocjonalnie rozedrgane “Lemonworld” z przestrzennymi partiami gitary czy powłóczyste w swej leniwej melodii “Anyone’s Ghost”. “High Violet” to teoretycznie zupełnie zwyczajny zbiór odprężających piosenek, ale gdy już zbadacie go z należytą uwagą, to… chętnie podam wam chusteczki.

Fink – Hard Believer  No dobra, niezwykły starszy pan podwiózł was do domu. Umyliście się, wzięliście tygodniowe zwolnienie z powodu “choroby”, porządnie zjedliście – jest dobrze. A co to? Piątek? Pewnie coś ciekawego dzieje się w fink-hard-believermieście. Musi, skoro mamy weekend. O, w klubie rzut beretem od waszego miejsca zamieszkania ma zagrać jakiś dziwny Brytyjczyk ze znajomymi. W sumie można iść – czemu nie? Kiedy już osłuchacie się z tym, co leci ze sceny, szybko docenicie kunszt “Hard Believer”. Ten album to świątynia nastrojowości. Co ciekawe, jeszcze oszczędniejsza i bardziej wyważona od samego The National. Sednem muzyki jest oczywiście odprężająca aura, którą formuje skromna praca gitarowa, delikatny głos Finka i subtelne podjazdy klawiszy, które dobrze współtworzą nastrój muzyki. W takim “Two Days Later” oniryczna klawiszowa smuga do kompletu z zapętlonym beatem perkusyjnego automatu daje iście transowy temat. Z kolei w poprzedzającym go “Pilgrim” rządzi już sekwencja dwóch naprzemiennie wygrywanych akordów i stale narastający klimat, wybuchający w momencie wejścia elektronicznego beatu. “Hard Believer” to prawdziwie wzruszająca muzyka, lecz ze wszystkich tutaj wymienionych propozycji najbardziej intrygująca. Bo skarbem tych prostych melodii jest stojące za nimi bogactwo i atmosfera możliwa do odkrywania na nowo co odsłuch. Świetna opcja na kontemplację przy jednoczesnym dryfie ciemnych chmur w listopadową noc.

Lista rezerwowa:

Paradise Lost – Host

Nick Cave & the Bad Seeds – The Skeleton Tree

Kate Bush – The Sensual World

Nevermore – Dreaming Neon Black

Łukasz Brzozowski