ŁUKASZ CISZAK – pozytywistyczny duch, czyli dziesięć lat strat…

Wiedzeni uznaniem dla pozytywistycznego ducha, każącego poświęcać życie dla sztuki, ciągle szukamy kolejnych szaleńców, którzy za nic mając komercyjne aspekty egzystencji, robią rzeczy zgoła nieopłacalne, choć dla wielu inspirujące i godne uwagi. A że muzyka jest naszym daniem głównym, tym razem przybliżamy postać Łukasza Ciszaka, szefa małej wytwórni sqrt, która podarowała nam płyty z co bardziej awangardowo – nietypowymi projektami mniej lub bardziej znanych w muzycznym światku artystów. To jednak nie wszystko – Łukasz to także gitarzysta, związany z instrumentalnym, noise’owym HUN, perkusista punkowego Sorry Sluts i współtwórca rokującego w tym gronie największe nadzieje na coś w rodzaju (a jednak…) sukcesu, indie rockowego Test Prints, którego płyta o smakowitym tytule „Hell For Beginners” ujrzy światło dzienne już w marcu przyszłego roku. 

Pierwsza kwestia – co bierzesz oprócz amfy, że masz taki „spid” – wytwórnia, zespoły itp… Nie za dużo tego wszystkiego?

Łukasz: Nic nie biorę, nigdy nie widziałem w życiu amfy, nawet nie wiem, gdzie się ją kupuje. Wytwórnia nie pochłania tak dużo czasu, z HUN z zasady gramy tylko koncerty i nagrywamy, a nie robimy prób.

Ok, ale co Cię pcha do tego typu zadań – chęć zostawienia po sobie śladu na ziemi?

Kierkegaard był przekonany, że nie dożyje późnego wieku z powodu klątwy wiszącej nad jego rodziną, stąd w pewnym momencie zaczął bardzo dużo pisać. Być może u mnie chodzi o to samo…

ewolucja w mikroskali

ewolucja w mikroskali

No właśnie – ale to mi się podoba, bo ja też podchodzę poważnie do muzyki. Przypomnij zatem, jak zaczęły się przygody z HUN i Test Prints?

HUN powstał tak naprawdę z inicjatywy Tomka Juchniewicza, on też wymyślił nazwę, chociaż, kiedy rozmawialiśmy przy okazji jakiegoś koncertu, okazało się, iż każdy z nas myśli, że ktoś inny jest liderem. Z Tomkiem znamy się bardzo długo, graliśmy razem już w liceum. Na perkusji gra z nami Grzesiek Zawadzki (ex-Thaw, Sigihl), z którym poznałem się przy okazji Warsaw Electronic Festival i z którym zagrałem parę koncertów. Jako HUN pierwszy raz zagraliśmy przy okazji mini-festiwalu „Sztuka Hałasu” robionego przez chłopaków z Evening With Deaf. Pomysł na HUN był taki, że to wyłącznie improwizacja i konsekwentnie nie mamy prób, żeby nie zacząć grać schematów tam ogranych. Byłoby to zresztą trudne, bo Grzesiek mieszka w Siemianowicach, Tomek w Skarżysku, a ja w Warszawie. Jeśli zaś chodzi o Test Prints, od dłuższego czasu chciałem tworzyć w zespole grającym piosenki, tylko nie bardzo miałem z kim to robić. Test Prints powstał z inicjatywy Asi Jurczak (bas, wokale), którą też znam bardzo długo, więc wychodzi na to, że jestem raczej reaktywny w moich działaniach…

Zatrzymajmy się jednak przy HUN. Pierwsza płyta to noise totalny. Bliski wczesnej idei Swans. Nowa ep-ka to już improwizacja w klimacie, powiedzmy, Organoleptic Trio niż czystego noise. Dokąd zmierzacie, hunowie??

Akurat i ep-ka i płyta powstały w ciągu tej samej, pięciogodzinnej sesji, można więc powiedzieć, że to ewolucja w mikroskali. Częścią idei HUN, jest, moim zdaniem, brak jakichkolwiek założeń; najdalej idącym założeniem podczas koncertu jest na ogół: „zaczynamy cicho” albo „zaczynamy głośno” Ta idea chyba się sprawdza; nigdy nie wiem, jak koncert się potoczy, bo to zależy od mnóstwa czynników – akustyki sali, tego czy jesteśmy zmęczeni – „set and setting”. W przyszłym roku chcielibyśmy zrobić kolejną sesję nagraniową i wtedy dopiero okaże się dokąd zmierzamy…

Brak założeń jest jednak założeniem. Nie wierzę, że nie ma żadnej ewolucji w myśleniu o muzyce Hun. Na pewno rozmawiacie o tym co robić dalej…

Był przez pewien moment pomysł, żeby przeplatać improwizacje jakimiś przygotowanymi wcześniej strukturami nawet z wokalami, w sensie „piosenki + improwizacje”, ale to jakoś nigdy nie wyszło, może to być rzeczywiście jedna z opcji na przyszłość. Kiedy zaczynaliśmy, brzmiało to trochę inaczej – ja grałem z gitarą na kolanach i efektami, było trochę ciszej, ale przy kolejnych koncertach zaczęliśmy iść w stronę apokaliptyczną, może rzeczywiście w stronę początków Swans i ogólnie okolic no-wave.

HUN  Die Verschnitte (sqrt)  Z wszystkich projektów mojego rozmówcy najbardziej nietypowym jest zapewne HUN. Zespół instrumentalny, stawiający na programowe „nie-  ćwiczenie”, trudno bowiem używać tu określenia improwizacja. Brak założeń – nawet jeśli ów brak też jest jakimś tam postulatem – rezygnacja z prób i oparcie koncepcji na swobodnym budowaniu struktur bezpośrednio na koncertach, kieruje jednak myśli w stronę, hmmm, jazzu, choć jeśli już przyczepić się tego słówka, chodzi raczej o wykonawczy brak ograniczeń niżHun okładka bazowanie na konkretnych harmoniach i tonacjach. Opisywane tu dzieło to druga płytka zespołu, tym razem zawierająca jeden, 18 – minutowy utwór. Różnice między tym materiałem a debiutem – choć ponoć nagrywane były podczas tej samej sesji – są znaczące. O ile bowiem pierwsza płyta zawiera muzykę w swoim noise’owym jestestwie ocierającą się wręcz o kakofonię wczesnego Swans, o tyle „Die Verschnitte” to zdecydowanie bardziej przestrzenne muzykowanie, kojarzące się od biedy z formułą Organoleptic Trio. Świetna praca gitary, ciekawie grająca sekcja, splatają się ze sobą i choć w kilku miejscach wyraźnie słychać dominujący chaos, to jednak słucha się tego całkiem przyjemnie. Uznanie budzi szczególnie fajne operowanie dynamiką i całkiem ciekawe rozwijanie niektórych tematów. Nawet jeśli sam zespół zaprzecza – słyszę tu jakąś ewolucję, która każe mi domniemywać, że na następnej płycie pojawi się coś, co nazwiemy zalążkiem kompozycji.

Kiedy – tak realnie – możemy się zatem spodziewać nowej, dużej płyty HUN?

Realnie będzie to miało miejsce w okolicach czerwca – chciałbym nagrać materiał w marcu i raczej na pewno znów będziemy to robić sami, nagrywać będziemy w sali prób Sigihl. Poprzednio bardzo dużo czasu zeszło z wyborem materiału i miksem (około dwóch miesięcy), teraz, mam nadzieję, pójdzie szybciej.

Dużo większe szanse na tzw. sukces ma Test Prints. Myślisz, że to się uda? W sumie uderzacie w samo centrum serca hipsterskiej młodzieży tym „pixies’owym” czadzikiem. Opowiedz coś o nadchodzącej płycie…

Płytę Test Prints też nagraliśmy całkiem sami, ale miks robił Haldor Grunberg z Thaw. Podążamy więc ścieżką Nirvany z Andy Wallace’em produkującym „Nevermind”. Album już ukaże się lada moment jako kaseta w nowym sublabelu Michała Biedoty, oraz jako CD-r w moim sublabelu, powstałym wyłącznie w tym celu. Tytuł płyty to „Hell for Beginners” i jest na niej 12 piosenek trwających łącznie 24 minuty. Jeśli zaś chodzi o hipsterską młodzież, chyba nie jest to takie proste, o ile moda na lata 90. nie powróci w wielkim stylu. Słyszałem też, że scena HC ma z nami problem poznawczy – nie bardzo mogą zrozumieć, czy to wszystko jest na poważnie, czy to jest może zespół dla dziewczyn… Liczymy więc mimo wszystko na młodzież.

No tak… Odwieczny problem ze sceną HC i jej podziałami. Nie jesteście ideologiczni, nie mieszkacie na skłocie i dupa… Ale skoro przy ideologii jesteśmy. Ma TP jakiś przekaz? Przekonaj scenersów, że chcecie zmieniać świat.

Jak najbardziej. Staramy się go zawrzeć w prawie każdej piosence; gdybym miał wskazać klucz do interpretacji, będą to dwa cytaty z naszych piosenek: „Every choice is wrong” i „There is no point to it all”. Dla Test Prints zmiana świata to ostatnia rzecz jaka nas interesuje, my tylko życzliwie przypominamy, że wszystko skończy się źle i nic nie można z tym zrobić. Nasze piosenki są o pogodzeniu z porażką.

No i sam widzisz! No future! Prawdziwy punk. Przybliż zatem inspiracje. Ja uczepiłem się Pixies, ale pewnie jest tego dużo więcej…

Pixies jest na ostatnim miejscu, nie lubimy Franka Blacka za to, że wyrzucił z zespołu naszą ulubioną Kim Deal. Wydaje mi się, że moimi głównymi inspiracjami są Hüsker Dü, Tocotronic i Herman Dune. Ale jeśli chodzi o pisanie piosenek, na samym początku istnienia zespołu słuchałem intensywnie pierwszej płyty Paula Simona – tej nagranej tylko z gitarą, po tym jak wyjechał do Anglii obrażony na cały świat, bo nikt nie kupował płyty Simona i Garfunkela. Wszyscy w Test Prints bardzo lubimy Tocotronic i The Thermals.

Obecność pierwiastka żeńskiego w TP kieruje jednak moje myśli w stronę nielubianego przez Ciebie Pixies. Czy dziewczyna w zespole wprowadza cieplejszy klimat i zmienia jego charakter?

Ależ ja lubię Pixies, nie lubię tylko Franka Blacka (śmiech). To trudne pytanie, ale kiedy musieliśmy zagrać raz bez Asi, pojawiły się opinie, że to wszystko brzmiało niewystarczająco dramatycznie. Asia odpowiada też za połowę naszego repertuaru. Gram jeszcze w Sorry Sluts, w którym liderem i dyktatorem jest dziewczyna. Prawie nie wiem jak to jest grać w nie-koedukacyjnym składzie…

Test Prints

Test Prints

Hmmm, wydajecie się z Test Prints bardzo spokojni na scenie, tacy nieco wycofani, przynajmniej takie wrażenie miałem…

To prawda, tacy też jesteśmy poza sceną. Michał Biedota opisał nas jako wycofanych z fobią społeczną, więc coś w tym na pewno jest. Poza tym nasze piosenki są krótkie i przez to cały czas musimy być skupieni.

Ciekawe, bo to zbliża Was do ideału shoegaze’owców…

Celna obserwacja, rzeczywiście, przez większą część patrzymy na buty. Różni nas od zespołów shoegaze to, że nie używamy żadnych efektów, więc my jesteśmy true shoegaze’owi… Ale chyba nasze piosenki nie są zbytnio w tym nurcie – gramy za szybko, a kawałki są za krótkie.

Chciałbym wrócić na moment jeszcze do wytwórni. I oczywiście zapytać się, skąd Ci przyszedł do głowy pomysł z tymi mini – dyskami? Przyznam, że to bardzo oryginalne, choć… nie wiem, czy wszędzie da się odtworzyć. Np. odtwarzacz samochodowy tego nie „łyka”…

W formacie mini-cd wychodzi tylko seria urodzinowa – jest to cykl z okazji 10. urodzin mojego labelu. Prawie wszystkie pozostałe płyty wyszły jako zwykłe CD-ry. Od razu dodam, ze pełno-wymiarowe CD są znacznie wygodniejsze, bo dużo firm robi replikację. Mini – CD natomiast muszę kopiować sam, więc z punktu widzenia wydawcy to męka pańska. Sam pomysł wziął się stąd, że krótsze płyty utrudniają zanudzenie słuchacza na śmierć. Do cyklu chciałem początkowo zaprosić muzyków, którzy już wcześniej pojawiali się u mnie, ale ostatecznie w większości są to nowe osoby. Już niedługo ukaże się album Artura Rumińskiego z Arturem Suryą a w styczniu wyjdzie ostatnia, 10 płyta z amerykańskim neofolkiem.

Ile w sumie wydałeś już płyt?

Trzydzieści trzy, przez 10 lat to nie jest dużo…

Prowadzenie niezależnej wytwórni wymaga chyba niezłego samozaparcia – były po drodze jakieś znaczące z Twojego punktu widzenia sukcesy?

Największym sukcesem finansowym było wyprzedanie nakładu albumu Noisegarden. Medialnym – wypuszczenie płyty DVD „Music for a Picture”, która przetoczyła się przez Trójkę i otarła się o telewizję. Z artystycznego punktu widzenia – bardzo się cieszę ze współpracy z Marcinem Dymiterem, który specjalnie dla mnie nagrał kilka utworów…

Naiwnie zapytam – można się z tego utrzymać, czy to cały czas zabawa non-profit?

Seria mini-CD wydawana jest pod hasłem „10 lat strat„. Sukces jest już wtedy, kiedy płyta wyjdzie na zero… ale chyba każdy mikrolabel tak ma.

Czyli można Cię uznać za prawdziwego pozytywistę… I tym optymistycznym akcentem chyba zakończymy, bo wiadomo, że ludkowie zbyt długich wywiadów nie lubią. Ostatnie słowo pozostawiam Tobie…

Dziękuję za wywiad i zapraszam na koncerty.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Mikołaj Robert Jurkowski (Łukasz solo) i Roman Pogański (Test Prints)