LOS LOVEROS – Ekscentryczny świat

Po krótkiej przerwie, już w nowym roku powracamy z hukiem do naszego retro – cyklu, by znowu zmierzyć się z kilkoma zapomnianymi, choć nadal szanowanymi (wystarczy zerknąć do Internetu…) formacjami, którym nie było dane zabłysnąć. Albo raczej – zabłysły, ale szybko zgasły. Jako że Wrocław właśnie został Europejską Stolicą Kultury, koniecznie trzeba sprawdzić, co parę dobrych lat w podziemiu Breslau piszczało. I wychodzą mi dwie nazwy: Los Loveros oraz Serpent Beat. Zaczynamy zatem chronologicznie – od Los Loveros.

Historia zespołu była raczej krótka, intensywna i mało wesoła. W siermiężnym – choć zapewne równie kolorowym co nasz dzisiejszy – świecie, właśnie wyzwalającym się spod socjalistycznego jarzma, prowadzenie zespołu nie mogło być łatwe, choć może właśnie te formalne – techniczne, logistyczne i inne – problemy generowały przekorę i chęć przebicia się do świadomości słuchaczy. Zespół to przede wszystkim Zbyszek Sawicki, basista, niedoszły muzyk klasyczny, który, choć umiłował Bacha, porzucił organy i wziął do ręki bas. Co było elektryzującym bodźcem? Oczywiście – Nick Cave o jego The Birthday Party. Wstrząs, który dzisiejszej perspektywy mogę sobie jedynie wyobrażać, przypominając własne,LL_MM 4_1990 dziewicze zetknięcie z twórczością Australijczyka. Co ciekawe, mniej więcej w tym samym czasie, czyli na przełomie lat 80. i 90. lektura Mutiny/Bad Seed i pierwszych płyt Nicka pozostawiła na mnie niezmywalne piętno i przez ten pryzmat wiem, że decyzja Sawickiego była najzwyczajniej odważna i desperacka. Znalazł zresztą niezłych kompanów – świetnego gitarzystę Zbyszka „Karasia” Harasimowicza, perkusistę Mariusza „Kajtka” Janiaka, co łączył punk ze swingiem oraz wokalistę Marka Wiśniewskiego. Zespół, jeszcze pod inną nazwą zaczyna intensywne próby i w pierwszym okresie działalności zalicza koncert jako suport… SWANS. Dzisiaj, szczególnie w kontekście ogromnego renesansu popularności zespołu Michaela Giry taki start robi wrażenie, choć wtedy nie obyło się bez dramatycznych zwrotów akcji. I tu – paradoksalnie, wyjeżdżamy z Wrocławia, bo zespół postanawia przenieść się do Warszawy, licząc na szybszy sukces i dużo większe możliwości rozwoju. Podobno było propozycje kontraktów, planowane koncerty zagraniczne, nadzieje… Zespół, mimo niezbyt sprzyjających okoliczności, miał świetną prasę; w starych wydaniach Magazynu Muzycznego czy Non Stopu pojawiały się entuzjastyczne recenzje z występów i artykuły, z których wynikało, że Los Loveros ma przed sobą świetlaną przyszłość. Skończyło się jednak nieco inaczej. Nie tak wesoło… Dzisiaj nie ma już z nami ani Zbyszka Sawickiego ani Marka Wiśniewskiego. Jest za to perkusista Kajtek, którego udało się nam namówić na kilka wspomnień, z dzisiejszej perspektywy rzucających światło na tą, nieco zapomnianą już historię…

WYWIAD

Los Loveros powstał w momencie, kiedy rebelia=punk rock, tymczasem Wy byliście pierwszą w zasadzie załogą, która na nasz grunt pioniersko przeflancowała muzykę Nicka Cave. Pamiętasz swój pierwszy kontakt z Australijczykiem?

Och, to było dawno temu… Magnetofon ZK 145, dwuścieżkowy, szpulowy, mono. Na taśmie, bodajże 240 minutowej, nagrane niemal wszystko. Większość szpuli (nie pamiętam kto mi ją pożyczył…) wypełniona była punk rockowymi kapelami, na samym końcu znalazło się The Birthday Party. Jakość nagrania fatalna. Mój odbiór wtedy, także. Dopiero parę lat później, kiedy spotkałem Zbyszka Sawickiego i u niego w domu usłyszałem całą płytę „Prayers on Fire”, odkryłem pełnię przekazu muzycznego tej kapeli. To był rok 1986. Pamiętam, że moje odczucia wierciły się pomiędzy hermetycznymi rytmami punka a trudną do określenia ekscytacją zaskakujących rytmów, dysharmonii, słowem – nowej szkoły wyrażania bardziej rozbudowanej dramaturgii w kompozycji. Zrozumiałem, że zaczynam dusić się w dotychczasowych, prostych i niemal hermetycznych aranżacjach. Zresztą, The Birthday Party to nie jedyny przedstawiciel, pomagający muzycznej przemianie. Dzięki takim właśnie formacjom śmielej wkraczałem w świat ogromnych możliwości swobodniejszego przekazywania emocji.

WiśniaTrudno było w waszych, skromnych warunkach tworzyć muzykę, która w zasadzie operuje głównie klimatem, brzmieniem? Jak wyglądały wasze ówczesne zmagania z tzw. materią sprzętową?

Skład kapeli instrumentalnie nie różnił się od typowego składu rockowego. Gitara, bas, bębny, wokal w porywach do dwóch gitar. Czasami harmonijka, trąbka, ale to okazyjnie. Później jeszcze klawisze. Z reguły większość ówczesnych muzyków zadowalała się rynkiem rodzimym, co sprytniejszy sam budował sobie instrument-składak, byli też tacy co to mieli kogoś za granicą lub udało im się wyjechać i wrócić z wymarzonym sprzętem. W moim wypadku sprawa była prosta. Miałem najprostszego na świecie Polmuza z popękanymi talerzami. Ta perkusja nie nadawała się nawet do punk rocka i służyła mi głównie do ćwiczeń w pralni. Grywało się więc w różnych klubach osiedlowych, domach kultury itp. Szkopuł tkwił w tym, że o ile w takich miejscach stał sprzęt klubowy, eksploatowany niemiłosiernie przez wciąż rosnącą grupę zapaleńców, to i tak cierpliwość wynajmujących miała swoje granice; przykładem może być tu Klub Lekarza, gdzie Zbyszek Sawicki jeździł motorem po maleńkiej scence, tym samym pieczętując naszą rozłąkę na zawsze z tym miejscem. Zresztą, to była nasza pierwsza próba, na której wymieniliśmy pierwsze dźwięki w składzie, który później nazwał się Los Loveros. Karaś miał, o ile pamiętam, Gibsona a Sawik grał jeszcze na progowym basie niezapamiętanej marki. W niedługim czasie zamienił go na bezprogowca. W tamtym okresie kapele często skrzykiwały się i razem wynajmowały miejsca, łącząc swój sprzęt i kombinując najoptymalniejsze brzmienia i moc. Tak też było z nami.

Podobnie jak The Birthday Party, który to zespół ewakuował się z Australii do Londynu, i wy porzuciliście Wrocław dla stolicy. Jak wspominasz ten krok? Było warto? Jak wtedy wyglądało Wasze życie?

To było z jednej strony słuszne posunięcie. Przede wszystkim Wrocław był traktowany na tle innych miast kraju jak niechciane dziecko z muzycznym ewenementem, który nazywał się Lech Janerka a potem długo, długo nic. Doszliśmy do wniosku, że jak nie pojedziemy do stolicy to nic się nie stanie i zostaniemy co najwyżej lokalną gwiazdeczką muzyki alternatywnej jak się wtedy klasyfikowało wszystko co nie było punk rockiem. Wydawało nam się, że zdobyliśmy już wszystko co możliwe, więc ruszyliśmy na stolicę z otoczką kapeli o skandalicznym zachowaniu jej członków – tak na scenie jak i w życiu prywatnym. Jechaliśmy z przeświadczeniem o doniosłości zjawiska zwanego Los Loveros a naszym dodatkowym atutem był skompletowany wysiłkiem całej kapeli sprzęt muzyczny potrzebny do jakiej takiej niezależności. Patrząc z innego punktu widzenia, teraz mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że to było przedwczesne, nie do końca przeanalizowane posunięcie a skutki tego pomysłu daleko wykroczyły poza nasze wysokie oczekiwania. Impet z jakim wjechaliśmy do Warszawy i zamieszanie wokół kapeli spowodowały, iż w krótkim czasie dorobiliśmy się masy wrogów i paru przyjaciół/fanów. Warszawa nie była na nas „przygotowana”, więc muzyka skutecznie została zepchnięta przez tych pierwszych na margines. Liczyło się to, co wyczynialiśmy na scenie, a nie sama muzyka. Tworzyliśmy w Remoncie, pod opieką niechętnej Katarzyny Kanclerz, mieszkając na Pradze Północ w wynajętym nam przez Monikę O. lokalu. Przez prawie rok udało nam się zagrać kilka koncertów zorganizowanych przez Remont i parę na boku, co wkurzało panią K.K. W tym okresie bardzo nam pomagała kapela Gardenia, z którą do dnia dzisiejszego utrzymujemy ciepłe relacje. Graliśmy wspólnie koncerty a chłopcy z Gardenii próbowali nas wprzęgnąć jakoś w warszawską scenę muzyczną, bez zadowalających efektów. Gwoździem do trumny, jak się potem okazało, był koncert w Hybrydach z Proletaryatem, na którym nie utrzymaliśmy „równego szyku”. Trochę przegrzaliśmy… Występ okazał się skandalem, niemiłym szczególnie dla gitarzysty i frontmana Daabu, który gościnnie u nas wystąpił w ten feralny dzień. Frustracje spowodowane niechęcią środowiska warszawskiego doprowadziły do zawieszenia działań kapeli. Rozpierzchliśmy się po Polsce dając sobie chwilę oddechu. Ja wylądowałem z powrotem we Wrocławiu, Sawicki poznał pianistkę z Oczi Czornyje i wyjechał do Gdańska. Karaś znalazł pracę w stolicy jako grafik. Również Wiśnia został w Warszawie. Po kilku miesiącach skrzyknęliśmy się na czas nagrań materiału demo w studio w Wejherowie. To był styczeń. W marcu dołączyłem do Sawickiego i w Gdańsku zaczęliśmy pracować nad nowymi utworami. Jeszcze wierzyliśmy, że się pozbieramy. Z Warszawy zaczęły przychodzić niepokojące wiadomości, że Wiśnia ciężko znosi rozstanie z rodziną, którą zostawił we Wrocławiu. W którymś momencie spontan i zaangażowanie opadło tak nagle… I tak jak kapela wystartowała z wielkim hukiem, tak energia gasła. Przerwa i czas jaki sobie daliśmy żeby ocalić dorobek i kontynuować „jak przyjdzie pora”, ostatecznie okazała się klęską i pogrążyła kapelę. Wkrótce Marek Wiśniewski skutecznie targnął się na swoje życie i ten cios zamknął definitywnie temat.12575825_449507705242075_1412594741_n

O waszej muzyce Magazyn Muzyczny napisał tak: „większość utworów zaczyna się od basu, który w rękach Sawickiego wyczynia niesamowite harce. Często jest instrumentem melodycznym, a sekcję tworzy gitara z perkusją. Do tego dochodzi pozaziemski , mocny głos wokalisty (…) koniec z graniem unisono itp.” – czy to dobra definicja?

Czasy, w których przyszło nam grać, były mocno przesycone punkiem i rodzącą się sceną post-punka, czerpiącą z coraz szerszego dostępu do dokonań zespołów z tkz. bloku zachodniego. Nowe brzmienia i rozwiązania muzyczne, często zaskakujące dla młodego i w gruncie rzeczy wychowanego na rodzimych standardach twórcy, były radosnym i pełnym przeżyciem. Do tego momentu już dojrzałem i szczęśliwym trafem w moim wypadku, okazała się daleka znajomość ze Zbyszkiem Harasimowiczem (Karasiem), który kształcił się w grze na skrzypcach w szkole muzycznej. To on poznał mnie ze Zbyszkiem Sawickim, rozwijającym się muzycznie w klasie fortepianu. To była nowa wartość i nowa inspiracja. Sawicki był urodzonym liderem i architektem na każdym etapie zespołowego rozwoju muzycznego. Używał dość prostych a jednocześnie inspirujących pomysłów opartych na kontrapunkcie, dysonansach a jednocześnie umiejętnie kontrolował zwartość kompozycji. Dzięki temu miałem dużą swobodę artykułowania emocji wciąż początkującego muzyka. Właściwie na próbach odkrywałem swoją sympatię do bluesa, jazzu czy muzyki klasycznej. Karaś miał talent do riffowego grania, ale potrafił też „zawinąć” solo aż ciary chodziły po grzbiecie. Doskonale wymieniali się z Sawikiem prowadzeniem kompozycji podczas licznych jamów. Ta świadomość wyrażania… to na zawsze niezapomniane chwile. Marek Wiśniewski dołączył po paru miesiącach mało skutecznych poszukiwań wokalisty. To było fantastyczne. Przyszedł na próbę gość z uśmiechem Nicholsona i armatnim głosem. Dodał parę wokali do tego co mu podegraliśmy i nas powalił. Wielki szacunek należy się Bartkowi „Przylepie” Anczykowi, który go wyszukał. Bartek grał z nami w początkowej fazie parę koncertów na drugiej gitarze i tylko szkoda, że nagrania z tych występów rozpłynęły się tajemniczo. Wiśnia używał swojego głosu do zszywania naszych roztętnionych pomysłów w swoim, nikomu więcej znanym języku, nie licząc się z warstwą tekstową i to było niezwykłe. Dodawał nowy „instrument melodyczny”. Później oczywiście po wielu godzinach nauki śpiewu i pracy nad dykcją uporządkował swoje poczynania. Zaczęło to trafiać do ludzi.

Czytałem, że w Warszawie pojawiły się propozycje płytowe i koncertowe, miały być wyjazdy za granicę min. koncerty z zespołem No Corridor – co z tego udało się zrealizować?

Owszem, były plany nagraniowe, jednak, jak wspomniałem wcześniej, propozycja narodziła się w okresie stagnacji kapeli. Stąd pomysł rejestracji w Wejherowie czterech piosenek, mających przekonać sponsorów i pomóc w zaprezentowaniu się szerszemu gronu słuchaczy. Propozycję wyjazdu mieliśmy już wcześniej, jeszcze we Wrocławiu – od członków SWANS, którzy promowali wtedy „Children of God”. Chodziło o wyjazd na parę koncertów do USA. Przypominam jednak, że to był rok 87 i pokonanie oceanu był raczej niemożliwe do zrealizowania. Byliśmy zbyt nieokrzesani muzycznie, dopiero zaczynaliśmy swoją muzyczną historię. Wtedy jednak zrodził się pomysł ataku na Warszawę, zdobycie przyczółku i może wtedy wypaliłoby, kto wie? No Corridor? Coś tam, ktoś tam o czymś takim mówił, ale nie byłem bezpośrednio przy powstawaniu tego pomysłu, na dodatek szybko upadł.

Jak wspominasz supportowanie formacji Giry i Jarboe? Szczególnie interesuje mnie Twoje zdanie na temat dzisiejszego, ogromnego hype na ten zespół, który przezywa chyba najlepsze lata w swojej karierze. Myślisz, że podobnie mogło stać się z Wami?

Wszelkie próby porównania tych kapel są sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Bez obrazy. Przyjmując porządek rzeczy, Swans już wtedy był kapelą dojrzałą, mającą, w porównaniu z ówczesną polską rzeczywistością, pełną swobodę budowania niewątpliwie wybitnej w swoim gatunku twórczości. Jedyny fakt łączący z nimi Los Loveros to wspólny koncert, cudem zagrany a zakończony głośnym, jak na owe czasy, sukcesem. Fajna sprawa, ale my jedynie otarliśmy się o wielki świat. Nie lubię przebywać zbyt długo w sferze gdybania. Bardzo się cieszę, że tej kapeli wiatr dmucha w żagle bo to co robią od wielu lat, jest wciąż aktualne, żywe i należy im się za to szacunek.

Nagraliście maksisingiel z muzyką filmową – co się z nim dzieje? Dlaczego nie ujrzał światła dziennego?

To plota. Nie nagraliśmy maxi singla. Może nagrania w Wejherowie kogoś zmyliły. Pomysł, owszem, był skomponowania muzyki do obrazu, stąd też powstała kilkudziesięciominutowa kompozycja pod roboczą nazwą „Tryptyk”. To było połączenie trzech utworów w większości wykonanych instrumentalnie. Zbliżona wersja tego projektu ukazała się na winylu „Ekscentrycy” wydanym w 2015 roku. To koncert nie do końca oddający zamysł autorów, jeszcze nie dopracowany, ale już w miarę spójny.12576053_449507661908746_1442938182_n

Inny cytat: „Nasza muzyka, podobnie jak kiedyś działania The Birthday Party, ma charakter elitarny i nigdy nie będzie się podobać słodkim idiotkom” – odważne i aroganckie. Czuliście się w tamtych latach wyjątkowi? Nie żałujesz, że nie udało się podbić świata?

Zawsze było buńczucznie ale to prawda. Te całe spektakle tworzone na żywo na pełnym gazie z zarysowanymi tematami. Jedne kompozycje bardziej rozbudowane, inne z kolei wprost tworzące się w afekcie, spontanicznie. Takie granie mogło i musiało oddziaływać na publiczność. Do tego permanentny kontakt Wiśni z publiką, prowokujący, bezkompromisowy dialog. Czasami to nie wystarczało by przekonać skostniałą, nie gotową publiczność, a kiedy jeszcze podpierał swój sceniczny przekaz na przemian miodziastym i pancernym głosem, który rozdzierał gwałtowne, ciężkie dźwięki wydobywające się tuż zza jego pleców…..Wbijaliśmy słuchaczy w ściany. Nieraz zaskakiwały mnie później pozytywne komentarze; mieliśmy swoich zagorzałych fanów i pewnie dużo więcej tych, którzy się nie afiszowali. Tak, to było wyjątkowe. To szczególny dla mnie czas, kiedy jako nieopierzony grajek, na własną rękę dokonywałem muzycznych odkryć dzięki  niepowtarzalnym osobowościom Marka i Zbyszka. Utalentowanych muzyków. którzy odeszli… Źle to poprowadziliśmy, widocznie świat nie był do końca przekonany o tym, że nasze możliwości przetrwają wszystkie trudy. Okazało się…

Wiem, że nieraz było gorąco – coś słyszałem o konfliktach z właścicielami klubów itp. Akcjach – jak to wyglądało z Waszej perspektywy – nieustanna walka o byt?

Dużo by można pisać o naszych wybrykach i o szwindlach innych wobec nas. Dziwne czasy. Rodziły się powiązania, tajemnicze grupy interesów, działania na granicy prawa, ciemne sprawki budzącej się demokracji. Jedni zbierali guzy inni je rozdawali. Powiem tak: każda kapela, która miała choć trochę oleju w głowie, próbowała zwrócić na siebie uwagę. Niosło to za sobą kontry ze strony przeciwnej, która niby z jakiej racji miała oddać pole? Normalne przepychanki. Nikomu nic złego się nie stało, a że do dziś chodzą pogłoski to i lepiej dla Los Loveros.

Jak to wszystko się zakończyło? Wiem, że Sawicki nie żyje (dlaczego – nie dotarłem), a co z resztą muzyków?

Zbyszek Sawicki zmarł w 97 roku. Marek Wiśniewski w 90. Nie sposób powiedzieć o jeszcze jednej ważnej dla zespołu postaci. To Darek Grabowski plastyk, tekściarz kapeli i czasami drugi wokal. Był z nami w okresie wrocławskim, do Warszawy nie pojechał i on pierwszy zszedł z tego świata. Nagle. Tragicznie. Po śmierci Marka ostatecznie wygasła energia. Nikt nie próbował podjąć tematu. Wróciłem po raz kolejny do Wrocławia. Sawicki założył w Gdańsku rodzinę i został. Z tego co wiem to próbował coś tworzyć. Karaś zakotwiczył się zawodowo na dobre w Warszawie. Ja obiecałem sobie, że nie wracam do grania. Nie na długo. Wraz z Darkiem Bufnalem, gitarzystą, który w końcowej fazie wrocławskiej działalności kapeli wspomagał nas na gitarze rytmicznej, rozpoczęliśmy współpracę tworząc podwaliny Serpent Beat. W chwili obecnej spotykamy się dość często z Karasiem. Współtworzymy eksperymentalny projekt muzyczny wraz z grupą, również zasłużonych postaci światka artystycznego Wrocławia pod nazwą Friktal. Również z Karasiem przy wsparciu finansowym byłego menagera kapeli Sebastiana Wacha oraz albo przede wszystkim wydawnictwa Rity Baum, prowadzonego przez Pawła Piotrowicza pomysłodawcy i wykonawcy projektu udało się sfinalizować płytę z nagraniami Los Loveros. Na zawartość krążka składa się materiał z koncertu zagranego na przeglądzie „Poza Kontrolą”87, gdzie występuje wspomniany „Tryptyk” oraz studyjne nagrania z Wejherowa. Dodam, że istnieją widoki na płytkę CD z obszerniejszą nieco zawartością muzyczną i zdjęciami kapeli…Logo

LOS LOVEROS – Ekscentrycy (Rita Baum)

I to jest chyba najlepsze podsumowanie wywiadu – kilka nagrań, które stanowią mały wycinek tego, co Los Loveros sobą prezentował. Choć jakość techniczna pozostawia wiele do życzenia, słychać ogromny potencjał tego składu. Jasne, z dzisiejszej perspektywy pewne, nazwijmy to, rock’n’rollowe wątki (np. „Hammer”) nie do końca przekonują, jednak tchnie z tej muzyki siła, pewność siebie, żeby nie powiedzieć, rockowa nonszalancja. No i ten nieuchwytny, ale obecny duch Cave’a – bagnisty „Fire”, mocno bluesowy w klimacie „She’s Crime” i kawałek tytułowy, który od razu kojarzy się z luzackim sztafażem dawnej Apteki. Zupełnie inaczej przedstawia się strona B płyty, czyli przede wszystkim „Tryptyk”, o którym była mowa w powyższym wywiadzie – syntetyki, klawisze, zdecydowanie indywidualne podejście do twórczości, tu nie można już łatwo odnaleźć konkretnych inspiracji. Więcej transu, więcej mroku, choć trzecia część – „I like it” – zaskakuje lekko „pijackim”, prawie reggae’owym pulsem. W nagraniach brali udział goście, którzy mieli niejaki wpływ na muzykę; był wśród nich min. Jacek „Tuńczyk” Fedorowicz, basista, współtwórca zespołu Kormorany, który pojawi się jeszcze w tej historii. A na koniec płyty dostajemy „Jamburowy statek” z tekstem Stanisława Ignacego Witkiewicza, niemal awangardowa deklaracja niezależności i smutek na myśl, co mogłoby wydarzyć się dalej. A dalej był intrygujący, choć może nie tak skandaliczny Serpent Beat, ale o tym w drugiej części naszej opowieści…

Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Staszek Sielicki

Czarno-białe logo zespołu: Dominik Podsiadły