KUMERNIS, CZYLI O TYM, JAK ŚWIĘTEJ PANIENCE BRODA ROSŁA – reż. Agata Duda-Gracz

Uwagę kierowcy przykuwa wielkogabarytowy plakat zajmujący połowę fasady dużej kamienicy przy „Jaśkowej Dolinie” w Gdańsku. Patrz – mówi. Pasażer zagłębia się w fotel, żeby objąć wzrokiem całe znalezisko. Oboje sycą wzrok, ciekawi rozmiarów golizny postaci z plakatu, przechodząc następnie do próby identyfikacji twarzy. Zmieniają się światła. Ruszają dalej, chyba zdegustowani. „Goły grubas z pluszową świnią”. Korek, to i przestali się uśmiechać.

 

 

Artyści znani są lepiej ze swojego wolnościowego podejścia do spraw obyczajowych, niż politycy czy urzędnicy. Takie kategoryzowanie nie jest niczym nagannym, bo każdy gra swoje role. Ocenzurowanie plakatów sztuki teatralnej „Kumernis” w reżyserii Agaty Duda-Gracz pozwoliło wszystkim wywiązać się ze swoich obowiązków w sposób należyty: jedni dopełnili swojej misji, inni dopiero ją ujrzeli. Zadowoleni lub nie, byli także dobrzy ludzie z trójmiasta, którzy nie chcieli oglądać gołych, starzejących się bab na deskach Teatru Muzycznego w Gdyni. Jednak na spektakl, który odbył się 22 stycznia br. przyszło „kilka” osób, których nie odstraszyła nieobyczajność i degrengolada „Kumernis”, i tanie prowokacje Igora Michalskiego, który zamierzał zamienić swój teatr w cyrk, a potem w burdel. I on także stanął na wysokości zadania, bo w istocie – przybytki te prezentowały się ciekawie, przygnębiająco realistycznie i przyjemnie surrealistycznie. Nie zdradzając fabuły sztuki, której elementy powinny pozostać dla widza zaskoczeniem, wchodząc sposób nietypowy do sali teatralnej (na drzwiach widniała informacja, żeby nie przywiązywać się do oznaczenia miejsc wskazanych na biletach), myślałem, że na najbliższe dwie godziny będę zmuszony ulokować się w obszarze symboliki, alegorii i obrazkowej abstrakcji albo kupowania audytorium golizną. Te, choć silnie obecne w „Kumernis”, okazały się jedynie ważnymi środkami wyrazu i nie zepchnęły fabuły i – używając rozprawkowej nomenklatury – przesłania sztuki, na dalszy plan. X

Osadzona w realiach społeczności wiejskiej, gdzie ton językowi i obrazowi nadaje symbolika rustykalno-religijna, objawia się tu historia udręczenia i upadku. Ten dokonuje się członkami głupich i bezwzględnych mężczyzn, ale i oni piszą swój dramat, torturowani przez swoje instynkty albo religijne urojenia. Marzenia kobiet są tu deptane, a ich uległość wykorzystywana według najpodlejszych prawideł dobrego, pobożnego życia. Podobnie jak filmowa Bess w „Przełamując fale”, główna bohaterka gotowa jest do największych i zarazem absurdalnych poświęceń w imię miłości, która tutaj miałaby rozgrywać się wśród malarstwa ikonowego i jarmarcznego odpustu. W tym świecie, ludyczność i kicz przejmują swoim naturalnym rozpasaniem i groteskowością zarazem (pijackie orgie w Nieświętej Remizie w rytm beatboxingu). Kojarzona przeze mnie z mało wyrazistych ról serialowych, Magdalena Kumorek, odtwórczyni roli głównej, w swojej drodze do „świętości” prezentuje się przekonująco. Katarzyna Wojasińska, z początku grająca w sposób przerysowany, otrzymawszy swoją historię, która tłumaczy nam jej postać, odważnie upokarza się na naszych oczach. Renia Gosławska nie gra. Jej postać nie ma na to czasu, zajęta otrzymywaniem kolejnych ciosów od życia. Z kolei najbardziej tragiczną postać, bo jej tragizm rozbija się o kaprys losu, wygrywa Dorota Kowalewska – aktorka, która wielką naturalnością w odgrywaniu skrajnych emocji zdominowała sceny ze swoim udziałem.
Skandalu nie było. Wyeksponowanie ciała bez epatowania golizną i sceny pozorowanego stosunku seksualnego w kontekście opowiedzianej historii wywarły na mnie znacznie mniejsze wrażenie, niż przemoc i niesprawiedliwość, której doświadczali bohaterowie sztuki, niż jej (sztuki) zmyślna forma. Wiemy jednak, że na straży moralności trzeba być zawsze czujnym. Licho nie śpi i zawsze gotowe się nam tu rozebrać.

Kuba Kolan