KILLDOZER – Intellectuals Are the Shoeshine Boys of the Ruling Elite (Touch&Go)

4 czerwca 2004 roku mała mieścina Granby w stanie Kolorado budziła się do życia. Z właściwym małym mieścinom rytmem otwierały się sklepy, nic nie zapowiadało wydarzenia, które zapisze nazwę miasta w annałach terroru. W tym momencie, w podupadającym warsztacie Marvin John Heemeyer wsiadał do zmodyfikowanego buldożera marki Komatsu D335A. Scenariusz przypomniał polskie realia – drobny, zdesperowany przedsiębiorca kontra bezduszny aparat administracyjny. Doprowadzony do ostateczności Marvin postanowił wymierzyć sprawiedliwość, równając znienawidzone miasto z ziemią. Opancerzony kilkunastomilimetrowymi, stalowymi płytami buldożer posiadał kamery, system klimatyzacji i pokładowy karabin, w dodatku właz został tak zmodyfikowany, by kierowca nie mógł się z pojazdu wydostać. Drogę w jedną stronę Marvin rozpoczął od zniszczenia sąsiadującej fabryki cementu; w sumie padło 13 obiektów, włącznie z budynkiem ratusza. Na końcu, unieruchomiony buldożer stał się trumną Marvina, który zakończył sprawę strzałem w łeb. Wstrząśnięci mieszkańcy ochrzcili piekielną machinę mianem Killdozera. Nazwę zaczerpnęli z kiczowatego horroru nakręconego w 1974 roku…

Nie byli jednak pierwsi. Bo w 1983 roku z tej samej nazwy skorzystali trzej młodzi kolesie z Madison.

Mamy flagę konfederacji z Elvisem Presleyem. Kupiłem ją w Graceland kiedy odwiedziłem Memphis ze swoją dziewczyną. To był największy plakat Elvisa, jaki znalazłem i do tego na tle flagi konfederatów. Nie mogłem jej nie kupić” – Michael Gerald.

Północny stan Wisconsin położony jest między dużymi jeziorami – Górnym i Michigan, w większości nizinny, znany z bardzo dużych obszarów rolniczych, głównie pastwisk; nudny,50-1 monotonny krajobraz. Nuda jest słowem często przez muzyków Killdozer powtarzanym, będącym motorem powstania zespołu. Zamuleni kolesie o wyglądzie prowincjonalnych robotników, którymi w istocie byli, żyli w miejscu, które mogło prowokować tylko do działań artystycznych: tworzenia muzyki, albo mordowania. W 1983 roku, kiedy nagrywany jest debiutancki album Killdozer, umiera Ed Gein, jeden z bardziej makabrycznych mieszkańców stanu Wisconsin. Zresztą, na płycie Killdozer znajdzie się stosowna piosenka, poświęcona temu panu. „Mieszkaliśmy naprzeciw jeziora graniczącego ze szpitalem psychiatrycznym, w którym Ed żył aż do śmierci – komentuje gitarzysta Bill – Farma, na której dokonywał swoich wielkich czynów, była o sto mil od nas. Ludzie nie bardzo go lubili…

Zanim dojdziemy do Killdozer, trzeba wspomnieć, że na początku Mike i Dan wraz z chińską imigrantką tworzyli wesołą trupę, parającą się wykonywaniem kowerów… Abby. Jakie piekielne koneksje zawiodły ich od popowych szlagierów do asłuchalnego łomotu, nikt nie wie. Dość, że po usunięciu uroczej Chinki do zespołu dołącza brat Dana, Bill i kompletne trio postanawia zmierzyć się z oporną sztuką. Trudno nie ekscytować się muzyką tej formacji, skoro już w 1984 roku zespół stworzył kanon rockowego noise, będący niemal proroczą wizją tego, co w latach 90. będzie działo się w chicagowskim i nie tylko podziemiu. Grupa wyszła z siermiężnego punk rocka, zwolniła obroty i bacznie przyglądała się temu, co w Australii a potem w odległej Anglii robił The Birthday Party. Płyty „Prayers on Fire i „Junkyard” ukazały się odpowiednio w 81 i 82 roku i nie mam wątpliwości, że odcisnęły niezmywalne piętno na stylu gry Billa Hobsona. Połączenie hałasu, bluesowej głębi i opętania dało w efekcie elektryzujące, przesycone diabłem, gitarowe brzmienie. Johnson klaszcze wprost z piekła. Do tego dochodzi bębnienie Dana – pozbawione ozdobników, plemienne, w pewien sposób toporne, choć jest to raczej efekt zamierzony a nie brak umiejętności. No i Michael Gerald, dysponujący jednym z bardziej obleśnych głosów w muzyce rozrywkowej, wydobywający z trzewi coś na skrzyżowaniu pijackiego bełkotu i przedśmiertnego krztuszenia. „Najpierw zrobiłem jedną piosenkę, gdzie śpiewałem w ten żulerski, szorstki sposób, dla jaj. I wtedy Hobsonowie tak się tym zajarali, że zmusili mnie, bym we wszystkich kawałkach tak właśnie śpiewał, co dla mnie było problemem – opowiada sam zainteresowany – próbowałem wiele razy odejść od takiego stylu, ale zawsze byłem stawiany do pionu. Nawet Butch Vig (realizator) opieprzył mnie, za to, że w studiu chciałem użyć normalnego głosu. Cóż, takie brzmienie jest głównie efektem spożywania dużych ilości piwa i palenia cygar…” Wokalne popisy Gerald uzupełnia basowymi podkładami o odpowiednim, chamskim brzmieniu. Połączenie, które po raz kolejny pokazuje, że spotkanie odpowiednich ludzi w odpowiednim miejscu i czasie zawsze będzie owocować czymś genialnym. A nie wątpię, że Killdozer genialny był. Może to wina owej izolacji, może bardzo „robotniczego” podejścia do tematu, brak konkurencji, trudno w tym miejscu wyrokować. Debiutancki album opatrzony został męczącym, choć znamiennym tytułem „Intellectuals Are the Shoeshine Boys of the Ruling Elite”. Do tego okładka z trzema chłopcami z prowincji; piwo w łapie, flinta wymierzona w obiektyw, w tle plakat z podobizną Presley’a i flaga Północnej Dakoty. To nasza deklaracja – żyjemy tu i teraz, intelektualiści mogą nam pucować buty, mamy ich w dupie. I tak też grają. Chamsko, wrednie, pierwotnie, wskrzeszając duchy ziemi, babrząc się w zgiełku i sprzężeniach. A jednocześnie, co udowodnili kolejnymi płytami – z zadziwiającym zachowaniem spójności i stylistyki.Killdozer_01.15.1988

Zresztą, konsekwencja obejmuje wszystkie aspekty kariery zespołu. Począwszy od okładek, skończywszy na tekstach. Liryki są bardzo istotnym elementem, podnoszącym do rangi sztuki prowincjonalny, zapyziały klimacik. W zasadzie, co zauważyli dziennikarze z różnych stron świata, odnoszą się do poetyki bluesa, snując opowieści, podane prostackim językiem wieśniaka, dotykające zabitej dechami prowincji, gdzie w odosobnieniu kiełkuje wynaturzenie i dewiacja. To meritum przekazu Killdozer. Jest w tym jednak spora doza groteski, stąd też niemal od razu nasuwa się skojarzenie z filmem „Dom tysiąca trupów” Roba Zombie. To w zasadzie idealna ilustracja dla killdozerowej makabry. Odludzie, dom pełen dziwaków, perwersja, rozkład, śmiech, syf, szlachtowanie i szczypta jakichś lokalnych skrzywień religijnych. Może się wydawać, że zespół promuje takie szaleństwo, jednak jeśli można coś im zarzucić, to jedynie fakt dobrej zabawy, jaka towarzyszy opowieściom o zarzynaniu i patroszeniu ludzkich i zwierzęcych trucheł. Gdzieś do „12-Point Buck” zespół będzie fascynował się mięsem i jego pochodnymi, następnie przerzuci się na intelektualne rozważania odnośnie miejsca klasy robotniczej w świecie, czym przysporzy sobie wrogów, traktujących Killdozer, jako twór… komunistyczny. Sam zespół niespecjalnie przejmował się tym, jak był odbierany, być może dlatego do końca zachował twardą, niezmienną postawę – „Nie wiem, czy ludzie traktowali nas jak coś nowego – wspominał parę lat później Gerald – skoro przyszli na koncerty i kupili nasze nagrania, było ok. i nie miało sensu roztrząsanie takich kwestii. Co do opinii dziennikarzy; czytałem recenzje, gdzie porównywano nas np. do Black Oak Arkansas czy Grand Funk. Później ci sami dziennikarze przyznawali, że w życiu nie słyszeli żadnego z tych zespołów. Jeśli już coś mnie zaskoczyło, to opinie, że jesteśmy muzycznymi prostakami. Ale jakie to ma znaczenie? Jeden z krytyków muzycznych uwielbiał nas i pisał same dobre rzeczy, a kiedy nasza wytwórnia Touch&Go wyprowadziła się z Detroit, gdzie ów dziennikarz mieszkał, nagle staliśmy się dla niego przykładem strasznie gównianej muzyki…”.

Wracamy do naszego debiutu. I tu tradycyjnie mały wtręt prywatny – z płytą „Intellectuals…” spotkałem się kilka lat po jej wydaniu (chyba gdzieś w 1991 czy 92 roku…), na brudnKilldozer kaseta 1991ym i zaplutym dworcu autobusowym w Wodzisławiu Śląskim. Uczęszczając do jakiejś szkoły (kiedy to było?) zaliczałem po drodze wszystkie miejsca, gdzie kompletnie niekumaci sklepikarze oferowali cuda techniki, czyli pirackie kasety magnetofonowe. I to właśnie tam, na rzeczonym dworcu, wśród discopolowych hitów i innych majteczek w kropeczki, wyłuskałem charakterystyczną okładkę płyty – kto wymyślił, że Killdozer znajdzie w Polsce nabywców, nie wiem, jednak tłumaczenie sprzedawcy dużo wyjaśniło, bo był przekonany, że opycha mi właśnie… Bulldozer, czyli włoski, speed/black’owy zespół swego czasu popularny wśród metalowej braci.

Zawartość kasety – pomijam błędy w opisie – powala do dzisiaj. Pijacki, chamski (ile razy jeszcze to słowo padnie?!) do bólu „Man of Meat”, ordynarny, więzienny bluesior na prochach „Pile Driver” (solo gitarowe – szczyt miodziastego nieuctwa) i dudniący tępymi półkotłami „Parade”. Majstersztykiem jest „Farmer Johnson” – zapijaczona, rednecka gawęda wieśniaka. GKilldozeritara umiera, gwałcona przez Billa a potem… potem mamy prawdziwego punka, z szybką, galopującą perkusją, istny rarytas na ociężałej pustyni… Następnie lecą hity – „Ed Gein” i koślawy, noise’owy hymn „A Man’s Gotta Be A Man” ze skandowanym na podkładzie samej perkusji refrenem. Do Birthday Party najbardziej nawiązują z kolei obsesyjny „Dead Folks” (szczególnie za sprawą figury basowej…) i kończący ten krótki materiał, minorowy „Run Through the Jungle”. Dwadzieścia minut wystarczyło, by oszaleć na punkcie tego zespołu. I choć kolejne płyty były może i ciekawsze, bardziej dopracowane, to właśnie nieokrzesany debiut do dzisiaj pozostaje najciekawszym, proto – noise’owym objawieniem połowy lat 80.

Płyta jest obecnie dostępna razem z drugim materiałem „Snakeboy”, prezentującym równie surowe i pierwotne oblicze zespołu, jednak pozostanę przy opisie formalnego debiutu. Debiutu, który – co jest chyba oczywiste – poza środowiskami alternatywnymi nie poczynił w światowej muzyce szczególnych wyrw i być może dlatego do dzisiaj pozostaje w pewien sposób elitarny. Późniejsza kariera zespołu związała go na moment z Tomem Hazelmyerem (szefem Amphetamine Reptile), który zastąpił gitarzystę Billa; pan Honbson miał dość grania, wolał zająć się dzieciakiem, poza tym niechętnie opuszczał swój rodzinny stan, a Europy, gdzie zespół wówczas miał koncertować, po prostu nie znosił (dlaczego – tego nie wie nikt…). Grupa oficjalnie zakończyła działalność w 1996 roku po wydaniu „God Hears The Pleas Of The Innocent”. Na scenie trio pojawiło się jeszcze 2006 roku, podczas obchodów jubileuszu Touch&Go. Dzisiaj jeden z braci Hobsonów pracuje jako operator kamery w Los Angeles, zaś Gerald w tym samym mieście zajmuje się sprawami podatkowymi. Ciągu dalszego nie będzie, choć szperając w Internecie nadal można natknąć się na paru świrów, dla których obleśna muzyka Killdozer jest ciągle na topie.

Arek Lerch

Tradycyjnie – ukłony w stronę OUTside za cenne informacje sprzed lat…