JACKSON C. FRANK – s/t (Columbia)

Mniej więcej 3 lata temu, przy okazji premiery filmy „Sugar Man” niezwykłą popularność zdobył Sixto Ridriguez. Film był nieco naciągany (chociaż świetnie zrealizowany), a muzyka Rodrigueza, Bogiem a prawdą, dosyć przeciętna. Oscara jednak udało się zdobyć, serca publiczności na całym globie też. A przecież takich historii świat muzyki zna znacznie więcej. W kolejnej części naszego wspominkowego cyklu pochylimy się nad jedną z nich. Ta nie zakończyła się happy endem.

Jest rok 1957. Mama zabiera Jacksona C. Franka, 13- letniego chłopca, wielkiego fana Elvisa, do Graceland, gdzie udaje mu się spotkać Króla i zrobić z nim zdjęcie. Dzieciak jest bardzo podekscytowany, sam gra na gitarze. Dostał ją odJackson-C-Frank-2-e1448995305826 swojego nauczyciela, kiedy leżał na oddziale szpitala w Cheektowaga z poważnym poparzeniem ponad połowy ciała.

Wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Był 31 marca 1954 roku. Normalny dzień, kolejna lekcja w szkole. Tym razem, a jakże, lekcja muzyki. Wybuch pieca zabił 18 uczniów, pozostałych poparzył. Wśród pozostałych znajdował się właśnie Frank. Muzykę lubił zawsze, ale miłością szczerą pokochał dopiero podczas pobytu w szpitalu, kiedy miał już gitarę. Swoją pierwszą piosenkę skomponował jednak dopiero 10 lat później.

W wieku 21 lat Frank otrzymał ponad 100 tysięcy dolarów odszkodowania za szkody poniesione w wybuchu. Postanowił wyemigrować na Wyspy, popłynął promem do Anglii. To właśnie podczas tej podróży skomponował „Blues Run The Game”, utwór otwierający jego debiutancki album. Zaczyna się słowami: Catch a boat to England, baby i – jak reszta płyty – utrzymany jest w melancholijnym nastroju, który Frank buduje śpiewający jedynie przy akompaniamencie gitary. W Londynie Frank staje się gwiazdą tamtejszej sceny folkowej.

13476730W roku 1965 nagrywa i wydaje swój debiutancki – i jedyny – album. Produkcją zajął się Paul Simon – znany z duetu Simon&Garfunkel, który to zresztą coverował później kawałek „Blues Run The Game”. Zdecydowana większość kompozycji jest smutna, dołująca ale przy tym całkiem chwytliwa. Frank pisał do bólu proste piosenki o życiu. Brak tu taniego efekciarstwa; to czysty, szczery przekaz. To bardzo skromna muzyka, introwertyczna – Frank brzmi tu jak zamknięty w sobie gość z wieloma traumami, który szuka miejsca, w którym mógłby dać im upust. Nieco bardziej żywiołowy jest drugi utwór na płycie, „Don’t Look Back”, czy bluesowy „Here Comes The Blues”, w którym Frank brzmi momentami jak Robert Johnson. Może i Jackson sprzedał dusze diabłu w zamian za talent? Nie miał chłopak szczęścia w życiu.

Pieniądze z ubezpieczenia szybko się rozeszły i Frank powrócił do Stanów. Poślubił byłą modelkę Elaine Sedgwick, która urodziła mu syna i córkę – małżeństwo jednak się rozpadło, a syn umarł na mukowiscydozę. Cały ten splot tragicznych zdarzeń doprowadził muzyka do głębokiej depresji i postradania zmysłów. Mieszkał w Woodstock, ale nawet jak na tamtejsze standardy zachowywał się dziwnie. Na początku lat 80. żył z rodzicami w małym miasteczku Elma. W roku 1984 uciekł z domu nie pozostawiając żadnej wiadomości – rodzina uznała go za zmarłego, ale jak się okazało, odbył desperacką wycieczkę do Nowego Jorku w poszukiwaniu swego druha Paula Simona, który – jak wierzył Frank – ma prawa do jego utworów. Nie znalazł go i skończył jako bezdomny. W końcu trafił do szpitala, w którym przebywał razem z 700 chorymi psychicznie pacjentami. Zdiagnozowano, że Frank cierpi na schizofrenię, chociaż sam temu zaprzeczał twierdząc, że jego kiepskie zdrowie psychiczne spowodowane jest traumą po tragicznym wypadku z dzieciństwa. W szpitalu czuł się jak w więzieniu.jcf

Szczęśliwie znalazł na swojej drodze Jima Abbotta. Podczas pogawędki na temat muzyki, którą Abbott urządził sobie z Markiem Andersonem, nauczycielem w college’u w Woodstock, zeszło na temat folku i, przy okazji, Jacksona C. Franka. Anderson stwierdził, że jakiś czas temu dostał od niego list i spytał czy może Abbott chciałby muzykowi pomóc – Frank szukał miejsca, w którym mógłby się zatrzymać. Abbott zadzwonił więc do artysty i zorganizował mu meldunek w domu spokojnej starości w Woodstock. Kiedy zobaczył Franka po raz pierwszy nie mógł go rozpoznać. Widział jego zdjęcie jedynie na okładce debiutanckiej płyty – Jackson mocno się zmienił. Przypominał „człowieka-słonia”, był „strasznie zaniedbany, potargany i gruby”. Nie miał nic. Kiedy Abbott poprosił go o zagranie „Blues Run The Game” nie bardzo mu to wyszło. Jakość jego głosu wołała o pomstę do nieba.

W latach 90. Frank mieszkał już w Woodstock, a jego sytuacja wydawała się być ustabilizowana. Pomimo tego, że po tym, jak nieznany sartists_frank05prawca postrzelił go z karabinu pneumatycznego stracił wzrok w jednym oku, czuł się już znacznie lepiej i dzięki Abbottowi powoli stwał na nogi. Pisał kolejne piosenki, o których Abbott w roku 1995 mówił magazynowi Folk Roots, że są „bardzo dobre, brzmiące nieco jak country”. Twierdził, że jest w nich spory potencjał. Frank grał też małe koncerty i wydawać się mogło, że wszystko zmierza w dobrym kierunku*.

Zmarł 3 marca 1999 roku w wyniku zatrzymania akcji serca.

*Utwory nagrane w latach 90., a także sporo innych niepublikowanych wcześniej piosenek można znaleźć na zeszłorocznej kompilacji „The Complete Recordings”.

Paweł Drabarek