HAPPY PILLS – Lo-Fi (Happy Pills Records)

Drugą część naszych łzawych wspomnień poświęcam muzyce, która w ostatnich czasach mocno mnie inspiruje, choć nadal traktowana jest z dystansem, zarówno przez słuchaczy jak i decydentów. Trudno zatem dziwić się, że w 1998 roku taka płyta jak „Lo-Fi” Happy Pills była ewenementem i faktycznym kwiatkiem na całej kupie punkowo-metalowo-rapowego łajna. Kwiatkiem swego czasu docenionym, ale szybko zapomnianym, choć dzisiaj zapach jest chyba jeszcze bardziej intensywny.

Powodów dlaczego taka muzyka nigdy nad Wisłą nie cieszyła się zbytnim powodzeniem jest kilka. Przede wszystkim, u nas ciągle liczy się kult maczo – muzyka musi być silna, najlepiej męska, spocona, wulgarna i dosadna. Oczywiście, mówię tu o plebejskim graniu, które dominuje na ulicy, bo faktycznie, na tej bezimiennej, alternatywnie rockowej „ziemi niczyjej” pojawia się dzisiaj cała masa straceńców, którzy w najlepszej opcji lądują na OFF-ie, a w najgorszej, własnym sumptem wydadzą płytę, o której za rok nikt poza kilkoma dziwakami nie będzie pamiętał. Happy Pills trafił, delikatnie rzecz ujmując, na taką dziurę, tyle, że w jeszcze gorszym momencie dziejowym. Z jednej strony był zbyt lekki dla punkowców, zaś dla plebejuszy przeintelektualizowany. Słowem, była garstka fanów i paru dziennikarzy, którzy docenili kunszt muzyczny, jednak zespół bardzo szybko przeszedł do historii. Urocza wokalistka wyjechała na stałe do USA, grupa wpadła w stan hibernacji a jej powrót parę lat temu przeszedł właściwie bez echa, chociaż zespół nadal walczy, o czym świadczy najnowsza ep-ka, o której już wkrótce na naszych łamach będziemy z zespołem rozmawiać.

Z całego bajzlu najlepszym, kompletnym dziełem była płyta „Lo-Fi”. Album dopracowany tak pod względem wizualnym jak i brzmieniowym. Celem rejestracji zespół udał się do swarzędzkiego Czadu, które to miejsce w latach 90. było jednym z pierwszych tzw. kultowych – szczególnie wśród braci punkowej – studiów nagraniowych, posiadało też własne, charakterystyczne brzmienie, będące całkowitą odwrotnością dzisiejszych, modnych określeń „tłusta produkcja” i „dźwiękowy gruz”. Sterylne, suche realizacje z tego miejsca były od razu rozpoznawalne i choć z dzisiejszego punktu widzenia robione tam płyty punkowe i hardcore’owe były obdarte z tzw. pierdolnięcia, ten sposób realizacji idealnie pasował do dopieszczonej, lekkiej propozycji Happy Pills. Oddajmy na chwilę głos jednemu ze sprawców zamieszania – basiście Jackowi Kąkolewskiemu: „Bardzo dawno nie słuchałem „Lo-fi”  w całości, generalnie rzadko słucham swoich płyt po wydaniu. Kiedy rozmawiamy w zespole o naszych starszych płytach, „Soft” chcielibyśmy po prostu wznowić, natomiast o „Lo-Fi ” się sprzeczamy i część z nas myśli o zmiksowaniu jej od nowa. Czyli widzimy w niej płytę, z której mogliśmy wycisnąć trochę więcej. Nagrywanie „Lo-Fi” to było sporo spontanicznych przygód w studiu – na przykład nagrałem partię perkusji w „Strange”. Całe kilkanaście uderzeń. O to kto zagra graliśmy z Mariuszem w szachy. Niewiele kawałków z „Lo-Fi” graliśmy na żywo – i przed nagraniem i później. Jeśli regularnie grasz piosenki z jakiejś płyty na żywo, to też wpływa na sentyment do niej”.Strzępki

Zespół zadbał też o wkładkę, będącą połączeniem kilku elementów – obwoluta z ręcznie wyciętym okienkiem, tekturowe karty z obrazkami symbolizującymi poszczególne utwory i teksty drukowane na skrawkach przypominających potargane kartki z papieru gazetowego. Robiło to wrażenie i stanowiło świetne, plastyczne opakowanie dźwięków. „Okienko w okładce z szarego papieru osobiście wycinałem nożykiem do tapet – wspomina Jacek – w każdej sztuce. A było 500 CD i ponad 1000 kaset…” Co ciekawe, pamiętam, że kiedy kupiłem płytę w dniu premiery, wysypująca się z wkładki zawartość trochę mnie zirytowała. Dzisiaj z przyjemnością miętoszę booklet „Lo-Fi” patrząc jednocześnie z politowaniem na współczesne bieda-kompakty.

Najważniejsza była jednak muzyka. Jasne, od razu słychać, że Pillsów inspirował amerykański rock koledżowy, wyczyny Pixies czy The Breeders, ale zespół potrafił swoim piosenkom nadać bardzo indywidualny rys. Jasne, że śpiewa się tu po angielsku, ale przyznam to szczerze – w przypadku tej muzyki rodzime narzecze nie miałoby żadnych szans. Mamy tu i coś do tańca, ale i do kontemplacji. Zwolenników pląsów ucieszy pewnie pierwsza część płyty z takimi petardami jak „Yuppie” czy „Johny the Sweeter”. Świetne są aranżacje, doskonała praca sekcji rytmicznej, przestrzenne aranże (świetny „Ocean”) no i melodie. Śpiew a nie zawodzenie, wpadające w ucho solidne chorusy (najlepszy – „Plan no 10”). Zespół potrafi też eksperymentować, jak w krótkim „Re-venge”, gdzie zastosowano znany chociażby z „Zen Arcade” Hüsker Dü efekt cofanej taśmy. Nieco inaczej przedstawia się druga część płyty, bo zgromadziło się tu zdecydowanie więcej nieco ponurych czy smutnych pieśni – agresywny „Radio, TV and Magazines” (znowu refren rządzi…), oszczędny w aranżu „S1” czy hipnotyzujący, wolny i doskonale zaśpiewany „Home”, zresztą, ulubiony kawałek Jacka Kąkolewskiego. Obrazu dopełnia spokojna ballada „Piano Song” i trochę odstający z mojego punktu widzenia, leciutko punkowy „Misfit”. No i 1/5 kowera – niepotrzebny „Show me the way” zaopatrzony w cytat z Petera Framptona oraz bardzo fajny, kojarzący mi się z akustyką Angels of Light „Strange” (oryginalnie Galaxy 500). W sumie zespół niemal idealnie wyważył na „Lo-Fi” chęć eksperymentu, przebojowość (choć płyta, co ciekawe, była reklamowana jako album przebojów nie zawierający, taka przekora…), nie-polski klimat i świeżość. Kto chciał usłyszeć poszukujący zespół, nie miał z tym problemu, kto chciał się dobrze zabawić przy fajnych piosenkach, też dostał swoje… Nie dziwota, że w kontekście muzycznej oferty II połowy lat 90. ten album w Polsce przepadł; o krótką diagnozę pokusił się też Jacek: „Zdarzało się, że ktoś w notkach prasowych pisał – pionierzy gitarowej alternatywy w Polsce. To było bardzo miłe. Natomiast raczej nie mieliśmy dużego wpływu na późniejsze zespoły, nie przypominam sobie, żeby powoływano się na nas w wywiadach czy grano covery Happy Pills. Na pewno byłoby łatwiej gdybyśmy śpiewali po polsku i grali 50 koncertów w roku zamiast 15. Do tego przydałby się jakiś dobry, radiowy kawałek – na Lo-Fi była nalepka nie zawiera przebojów i coś w tym jest. Byliśmy wtedy gdzieś pomiędzy sceną oficjalną a niezależną…

Arek Lerch