GHOST – Pozwalając opaść masce

Zaproszenie do programu „Sommar i P1” Szwedzkiego Radia to wyjątkowe wyróżnienie. Audycja nadawana jest przez całe lato i cieszy się niezwykłą popularnością. Przez studio przewijają się politycy, aktorzy czy muzycy. Opowiadają o życiu, historie ilustrując ulubioną muzyką. 17 sierpnia tego roku swoją opowieść snuł gość niezwykły, dotychczas starannie ukrywający prawdziwe oblicze. Maska opadła. Pozwólmy, by gospodarz przedstawił się sam.

ROZDZIAŁ I  Niemal wszystkie wspomnienia z mojego dzieciństwa dotyczą muzyki, telewizji czy filmów. Wszystko widziałem akompaniamentem popkultury. Pamiętam bardzo wiele. Może nie szczegóły, ale miejsca oraz momenty, ludzi i spotkania. Wciąż mam w głowie mnóstwo detali z mieszkania, które opuściliśmy, gdy miałem 4 lata. Noszę w sobie żywe wspomnienia całych niemal lat 80. Programy „Barnjournalen”, „Bagen” i „Sollstolarna”, występ Caroli na Eurowizji, „Powrót do przyszłości”, Samanthę Fox i Kim Wild, „Ghostbusters”, „Vetenskapens värld”, „Ett med naturen”, „Moonlight Shadow”, „Fraglesy”, „The Riddle” i wywiad z Kiss w programie „Norrsken”.
[Codziennie] oglądałem wiadomości. Na świecie działo się wiele konfliktów, które, będąc dzieckiem, trudno było pojąć, tym niemniej – byłem zaintrygowany tym, co widziałem. Oglądałem „Rapport och Aktuelt”, w których zawierało się dosłownie wszystko: od Thatcher, Reagana, Arafata i Gorbaczowa po plajtę zakładów Gusums bruk. Wspominałem już, że pamiętam rzeczy małe i wielkie… W kilka dni przed moimi piątymi urodzinami siedziałem na podłodze pokoju starszego brata. Musiał mieć wtedy jakieś 17 lat. Była niedziela rano, a on wciąż spał. Pozwalał mi tak przesiadywać, jeżeli tylko byłem cicho. Nagle do pokoju wparowała matka. Włączyła radio, a jakiś poważny głos powiedział, że Olof Palme nie żyje. Zastrzelili go ostatniej nocy. Brat usiadł w łóżku i z uwagą słuchaliśmy wiadomości. Było to pierwsze donośne zdarzenie politycznej natury, do którego mogę się w jakiś sposób odnieść. Przedtem w podobnych sytuacjach mówiono o osobach, o których nigdy wcześniej nie słyszałem. Olofa Palme znałem; wiedziałem też, że szanowało go wielu ludzi. Moja matka urodziła się w Sztokholmie, a z racji tego, że wciąż mieszkała tam babka, byliśmy w mieście częstymi gośćmi. Znałem miejsce, które pokazywali w reportażach, dlatego kule ze Sveavägen były bardzo bliskie. Było to pierwsze z wielu zabójstw, jakie śledzić miałem w mediach. Pamiętam, że wiadomości przetrawiłem w dokładnie ten sam sposób, jak wielu rówieśników – ubrałem się, załadowałem swój kapiszon i wyruszyłem na poszukiwania mordercy.G1

Pochodzę z Linköping, gdzie dorastałem z matką – Siv i bratem, Sebastianem. Ponieważ był trzynaście lat starszy ode mnie, nasza relacja różniła się nieco od więzi łączących moich rówieśników i ich rodzeństwo będące w podobnym wieku. Pod wieloma względami był nie bratem, a wzorem do naśladowania. Często wchodził też w rolę ojca. Nasza rodzina nie należała do zamożnych, ale to, co mieliśmy, przeznaczaliśmy na kulturę. Dom był pod tym względem niezwykle „bogaty” – na ścianach sztuka, muzyka w głośnikach i ogrom książek na półkach – czytanych i szeroko omawianych. Nierzadko radio i telewizor stały włączone w tym samym czasie. Nie istniała cenzura – tak długo, jak w pomieszczeniu przebywał dorosły, wolno mi było oglądać w zasadzie wszystko. Nie mam pojęcia, ile razy siedziałem na kanapie z matką (która często tam zasypiała) i Sebastianem, oglądając filmy, których swoim dzieciom nie odważyłem się pokazać do dziś. „Człowiek z blizną”? Żaden problem. Wyjaśniono mi, że kiedy piła przecina ciało, a kamera zwrócona jest w inną stronę – słychać jednak odgłosy, zupełnie, jakby ktoś przecinany był w pół – nie dzieje się to naprawdę. Wydało mi się to fascynujące – nie tylko to, że ludzie cięci byli piłą, ale także – a może przede wszystkim – fakt, że ktoś potrafił stworzyć wrażenie, że zdarzenia te są prawdziwe, kiedy w rzeczywistości nic takiego nie miało miejsca. Pamiętam również „Lśnienie”. Wszyscy siedzieliśmy przytuleni na kanapie. Matka chyba zasnęła…
Często wypożyczaliśmy filmy ze sklepu przy Nya Tanneforsvagen. Na przykład – a było to jakiś czas później, miałem chyba 9 lat – zdarzyło się, że zachorowałem i miałem zostać w domu. Matka szła do pracy, ale wcześniej wypożyczyła dla mnie obraz, o jaki prosiłem. Film „To” zrodził we mnie dożywotni lęk przed osobami o wymalowanych twarzach. Opowiada o naprawdę niepokojącym klaunie, który nawiedza dziecięce myśli, a później – zabija same dzieci. Oczywiście, oglądałem również rzeczy przeznaczone dla młodszych widzów. Moim faworytem pozostawały „Gwiezdne wojny” i myślę, że nie byłem w tej kwestii odosobniony. Bawiłem się figurkami przedstawiającymi postaci z serii i wspaniale było odwiedzić kogoś, kto miał ich jeszcze więcej. Lub – po prostu – inne, niż ja.

Z racji naszej różnicy wieku, moje dzieciństwo przesycone było nastoletnią kulturą, przynoszoną do domu przez Sebastiana i znajomych. Planszówki, punk rock, klejone w domowych warunkach fanziny, „Måndagsbörsen” w telewizji (popularny w Szwecji na przełomie lat 70. i 80. program telewizyjny, w którym artyści występowali na żywo – A.G.). Raz pojechaliśmy nawet do Londynu zobaczyć The Damned, przywożąc stamtąd – ku mojej uciesze – nowe albumy, glany i noże sprężynowe. Były płyty i piwo, znajomi i dziewczyny. Wiele z nich uznawałem za naprawdę śliczne, jeżeli o dziewczynach mowa. Te długie, pełne objętości włosy… Pachniały kremem do opalania, perfumami i lakierem do włosów. Ludzie palili i przeklinali, zażywali tabakę, całowali się. Pośrodku tego wszystkiego, z szeroko otwartymi oczyma, siedziałem ja. Często pozwalali mi się dołączyć – nie dotyczyło to, niestety, całowania, ale wielu innych rzeczy już tak.
Sebastian często zabierał mnie ze sobą, jadąc do miasta: czy to do księgarni, czy do sklepu z płytami; spotkać się z kimś na kawie albo odwiedzić znajomego w domu. Pełniłem rolę swego rodzaju maskotki. Śmiali się, kiedy powiedziałem coś zabawnego. Czasem prosili mnie, bym powtórzył coś, w czym ja sam nie widziałem niczego śmiesznego… Nie było to jednak istotne, ponieważ uwielbiałem zabawiać innych. Raz, kiedy mieliśmy jechać dokądś autobusem, tuż przed tym, gdy pojazd zatrzymał się na stacji, Sebastian poprosił: „po prostu powiedz kierowcy, że nie zapłacisz, i przejdź obok niego”. Wszedłem więc do autobusu i powiedziałem, że nie mam zamiaru kupować biletu. Nie wiedziałem, co tak bardzo go bawiło – zapłacił przecież za nas obu. To było typowe dla Sebastiana zachowanie. Często przeglądałem należące do niego magazyny „Okej”. Pozwalał mi zatrzymywać dołączane do nich plakaty. Cały mój pokój obklejony był wizerunkami Kiss, Mötley Crüe i Iron Maiden. Było tam chyba wszystko, co w latach 80. święciło triumfy w naszym kraju. Gdyby ktoś zapytał pięcioletniego mnie o ulubione filmy, prawdopodobnie wymieniłbym „Kota Fritza” i „The Great Rock ’n’ Roll Swindle” Sex Pistols. Jest tam taka scena, która rozgrywa się w paryskiej hali koncertowej Olympia, gdzie, swoją drogą, graliśmy dwukrotnie z Ghost… Sid Vicious wychodzi na scenę w białym stroju i z kłódką zawieszoną na szyi. Pomyślałem, że to naprawdę potężne, kiedy kończy śpiewać, bierze do ręki pistolet i zastrzela mężczyznę i kobietę z widowni, a następnie dziękuje za uwagę i odchodzi.G

ROZDZIAŁ II Żyłem wraz z matką w Linköping, podczas, gdy ojciec i jego nowa rodzina mieszkali na obrzeżach Norrköping. Kiedy byłem dzieckiem i później, nastolatkiem, cała sytuacja budziła we mnie wściekłość. Czułem się obrabowany z normalnego dzieciństwa, poczucia bezpieczeństwa, cóż… także z pieniędzy; z normalności i rodziców, którzy by się kochali. Nienawidziłem faktu, że co weekend byłem tam wywożony – czułem się, jakby ktoś wyrywał mnie z mojego życia, gdzie cieszyłem się całkowitą wolnością i własnymi marzeniami, i wtłaczał w ich nowy świat, w życie, jakie sobie wybrali i w którym wszyscy się kochali. Musiałem nie tylko zajmować się młodszym, przyrodnim bratem, ale też towarzysko w tym życiu uczestniczyć. Przestałem tam jeździć, kiedy miałem 10 lat. W tym miejscu pragnę zaznaczyć, że obecnie żyję w zgodzie ze swoim skomplikowanym dzieciństwem. Po części dlatego, że po latach, z perspektywy dorosłej osoby, widzę, że moje wspomnienia składają się z subiektywnych odczuć, niekoniecznie odzwierciedlających to, jak było naprawdę. Po drugie – z ojcem łączą mnie dzisiaj świetne relacje, podobnie jak z moim kochanym, młodszym rodzeństwem, które wcale nie jest już takie małe… A fakt, że nowa żona ojca miała za przyjaciółkę religijną kaznodziejkę uznaję po latach – biorąc pod uwagę, z czym przyszło mi pracować – za szczęśliwy zbieg okoliczności. Przedstawiając swoje poglądy, czyniła poważne rysy na wizerunku postaci, którą z radością miałem powitać w swoim życiu i która zostać miała największym wzorem do naśladowania. Dzięki niej poznałem „Sleepless Nights” Kinga Diamonda. Diabeł stał się mi kompanem i ręka w rękę przeszliśmy całą moją młodość. Okazał się tą wyciągniętą ręką na niebie (?), której potrzebowałem w momentach największej wściekłości. I dzisiaj jesteśmy przyjaciółmi w gorszych dniach.
Jak większość z was wie, często pytają mnie o kwestie wiary i religię. Zazwyczaj mówię, że odpowiedź zależy od tego, która część mnie dojdzie do głosu – ten młodszy ja, nienawidzący świata i wszystkich, którzy w nim żyją, czy dorosły człowiek, który udzieli odpowiedzi bardziej zrównoważonej. Będąc osobą o szerokiej wyobraźni, przyznaję, że pragnę wierzyć w wiele rzeczy. Tak samo jednak, jak uniwersum „Gwiezdnych wojen” żyje w mojej bibliotece odniesień jako świat rzeczywisty, muszę być otwarty na ewentualność mówiącą, że również inne spisane historie należą do wytworów wyobraźni – nawet, jeżeli oparte na prawdziwych wydarzeniach, wciąż są pewną… kombinacją. Podobnie, jak „Gwiezdne wojny”, stworzoną, by dostarczać rozrywki i odrobiny mądrości. Oraz… by zarabiać pieniądze.
Starając się zgłębić zagadnienie życia po śmierci albo innych wymiarów, powinno się – moim zdaniem – przyjąć ideę pewnej odnowy czy przetwarzania materii; jakby w kontrze do wierzeń „linearnych”, zakładających, że człowiek ma w życiu tylko jedną szansę i w zależności od tego, jak ją wykorzysta, skończy albo w niebie, albo w piekle. Tymczasem, chociażby w Nangijali*, kluczowe pytanie brzmi: gdzie powinniśmy znajdować się teraz, w prawdziwym życiu? Nie, jak w przypadku religii linearnych, gdzie znajdziemy się po tego życia zakończeniu. Kiedy ktoś dopuści się złego, może zwyczajnie oczyścić się z win przez wyznanie grzechów; przez spowiedź, w której chodzi nawet nie o rzeczywiste intencje, a o słowa. Czasem odpuszczenie wiąże się z ekonomią – w niektórych miejscach rozgrzeszenie otrzymać można w zamian za odpowiednią sumę. Tym samym wierzenia linearne prowadzą często do złego, ponieważ dopuszczają w zasadzie wszystko po trochu. Szczególnie w imię Boga. Jest to przeciwieństwo koncepcji cyrkularnych, gdzie pokutuje założenie, że każdy czyn znajdzie swoją konsekwencję. Ta świadomość skutkować może rzeczywistym dążeniem ku lepszemu, a nie – obcinaniem głów i obwinianiem za to Stwórcy… Co dzieje się więc po śmierci? Nie mam najmniejszego pojęcia. Z całą pewnością nie może wiedzieć tego nikt, a jeżeli ktoś usilnie przekonuje, że zna odpowiedź, to albo kłamie, albo jest szalony. Trzeba zachować cierpliwość.

Szkoła była w moim odczuciu kurewsko wręcz nudna. Doświadczyłem już namiastki większego i bardziej interesującego świata, niż ten prezentowany w pierwszej klasie Tanneforsskolan. Nie pomagał fakt, że wychowawczyni była niezwykle surowa, co więcej – należała do osób religijnych i zdawała się segregować dzieci na podstawie skali ich strachu wobec Boga. Oczywiście – bałem się ciemności, w Bogu nie widziałem jednak istoty, której należałoby się obawiać. Zacząłem dostrzegać, że jego najwierniejsi słudzy to osoby najczęściej złe, niemające nade mną kontroli. Przez wszystkie te lata w klasie byłem gościem i niewiele z tego, co tam się działo, cokolwiek dla mnie znaczyło. Zapisywane na tablicy numery stron zadawane na jutro czy jakiś inny dzień… cóż, nie przemawiały do mnie. Zmagałem się z wieloma trudnościami dotyczącymi przedmiotów takich, jak matematyka czy chemia; dziedzin o sztywnych regułach, w obrębie których nic nie jest kwestią interpretacji. Byłem, natomiast, gwiazdą przedmiotów humanistycznych, gdzie mogłem po prostu wygadać sobie drogę do celu. Chociaż… określenie „gwiazda” może być w tym miejscu małym nadużyciem, mając na uwadze fakt, że gdy w wieku 19 lat, po niezliczonych turbulencjach, ukończyłem wreszcie szkołę, świadectwo mówiło o przeszło dwudziestu niezdanych klasówkach i absencji na poziomie 80%. Nic sobie z tego nie robiłem. Szkoła w końcu była za mną i towarzyszyło mi uczucie wielkiego oswobodzenia. Przez wszystkie te lata byłem zupełnie pewien tego, kim się stanę i jak chcę pokierować własnym życiem.G3

ROZDZIAŁ III  Byłem gitarzystą najbardziej sekretnego zespołu Szwecji. Wszystko zaczęło się, kiedy mój znajomy poproszony został o zajęcie stanowiska perkusisty podczas kilku koncertów. Jako, że byłem fanem grupy, także zaproponowałem swoje usługi. Akurat zwolniło się miejsce i tym sposobem posada była moja. W czasie prób miałem przyjemność poznania frontmana zespołu, Håkana Flory. Podobnie, jak wielu innych zainteresowanych muzyką szwedzkich nastolatków, słuchałem tej kapeli poczynając od wczesnych lat 90. Tożsamość muzyków trzymana była w ścisłej tajemnicy, dlatego móc nagle spędzać z tym człowiekiem czas było czymś niesamowitym. Jak na personę stojącą za zespołem o repertuarze uznawanym za – delikatnie rzecz ujmując – rubaszny i prowokujący, Håkan był niezwykle cichy i inteligentny.
Od początku lat osiemdziesiątych nagrywał i publikował albumy mieszczące się w szufladzie „könsrock” (pol. muzyka genitalna – A.G.), przez który to termin rozumieć można zorientowany na underground styl muzyczny o punkowych korzeniach. Jego cechą charakterystyczną były teksty, w prowokacyjny czy drwiący sposób poruszające kwestie tak wrażliwe, jak nazizm, pedofilia, wydalanie, bestialstwo i niepełnosprawność. Połączenie obscenicznego, nasyconego seksualnym podtekstem języka, z błyskotliwymi rymami stanowi o jego niezwykłości. Tyle szwedzka wikipedia.
Szybko stało się jasnym, że to nigdy nie był zespół, a samodzielna praca Håkana. W swoim domowym studio kładł ścieżki wszystkich instrumentów i nagrywał albumy dla własnej rozrywki. Jakimś sposobem przez wszystkie lata udało mu się zachować anonimowość, nikt nie znał także rzeczywistego wyglądu procesu twórczego. Na okładkach przedstawiony był cały zespół i muzycy o pseudonimach: CP – Sven, Epilepsi Kurt, Stomi – Bertil i Arne Tanner. Ktoś mógłby wziąć to za pewną wskazówkę…
Nosiłem w sobie ogromną fascynację względem grupy, ponieważ nie wiedziałem o niej kompletnie niczego. Trzeba pamiętać, że było to w czasach przed internetem. Pogłoski przechodziły z ust do ust. Nie pisali o nich nawet w prasie. Mieliśmy dostęp wyłącznie do albumów i do… własnej wyobraźni. W mojej opinii było w tym coś szalenie pociągającego. Całe doświadczenie grania w zespole, w którym nikt nie wiedział, że występowałem; poruszanie się po gruntach niebezpiecznych i zakazanych – wszystko to zainspirowało mnie później w pracy nad własnym projektem.
Håkan stał się moim bliskim przyjacielem i wspólnie przeżyliśmy wiele niezapomnianych chwil. Zmarł na zawał w roku 2009 i bardzo mi go brakuje. Dziękuję ci, Håkan, byłeś geniuszem. Nazywam się Tobias Forge i w początku wieku byłem gitarzystą najbardziej sekretnego zespołu Szwecji – Onkel Kånkel. Tak… cóż… ci z was, którzy znają styl pisania Håkana, z pewnością zdają sobie sprawę, że nie mogę tak po prostu zagrać Onkel Kånkel w Szwedzkim Radiu. To zwyczajnie nie zadziała, wybaczcie. Nie pasowałoby do atmosfery „domu, słodkiego domu” – nazbyt drażni i irytuje.
Przy okazji – mogę opowiedzieć wam anegdotę, która świetnie wpisuje się w zjawisko „könsrock”. Moja babka, Allice, zaprowadziła mnie na bilans czterolatka, a lekarz zapytał, czy mam jakiś ulubiony zespół. Kiss, odpowiedziałem. Pytał, czy mógłbym mu coś zaśpiewać. Akurat uczyłem się na pamięć kilku utworów, które królowały w domu Forge’ów latem ’85, toteż zakrzyknąłem „jajjemen!”. I tak oto, na oczach doktora i przerażonej babki, zaliczyłem swój wokalny debiut.
Nazywam się Tobias Forge i jestem dyskofilem. W ulicznym szwedzkim oznacza to, że kolekcjonuję płyty winylowe. Dojrzała osoba zajmująca się zbieraniem czegoś często słyszy, że to marnotrawstwo… no, w najlepszym przypadku – rzecz niekonieczna i zachcianka. Nic z tych rzeczy; żonie mówię, że to inwestycja, nawet, jeśli nie mam najmniejszego zamiaru rozstawania się z kolekcją. Niektórzy pytają, czy słucham każdej z płyt. Od czasu do czasu – oczywiście. „A czy każdą z nich lubisz?” Jasne, że nie. Uwielbiam ogromną wręcz ilość grup i artystów, kolekcjonuję naprawdę wszystko. W różnorodności tkwi siła. Istnieją albumy, które wprost uwielbiam i poszukuję w sklepach całego świata jakichś rzadkich ich edycji. W pewnym sensie czuję, że zbliżam się do pełni doświadczenia, kiedy zdobędę tłoczenie mniej więcej współczesne oryginalnemu wydaniu. Niekoniecznie musi to być pierwsza edycja, ale coś jej niedalekiego. Chociażby „A Sauceful Of Secrets” Pink Floyd staje się płytą lepszą, kiedy słucham wydania z 1968 roku. To bardziej kompletne doświadczenie.
Z innymi krążkami wiąże się zupełnie odmienne podejście. Wolę posłuchać albumu koszmarnego, niż przeciętnego. Tak samo z filmami – przedkładam absolutnie okropny horror nad pospolite kino akcji; skupmy się jednak na muzyce. Przykładem krążka niezbyt dobrego, choć dostarczającego przecież wiele rozrywki, jest „Philosophy of the World” amerykańskiej grupy The Shaggs. Album, który można by uznać za asłuchalny, dziwnym trafem okazuje się być zupełnie przyjemny w odbiorze. Z perspektywy kolekcjonera pierwsze wydanie to prawdziwa perełka, za którą trzeba wysupłać jakieś 10 tysięcy koron. Nie mam go w swoich zasobach. Przynajmniej na razie…

Od swoich narodzin rock’n’roll miał na celu otworzyć przed słuchaczem jakiś bardziej interesujący świat, krainę, w której chciałoby się żyć. Zrodzić nadzieję na pełniejszą egzystencję, malować horyzonty kuszące perspektywami bogatszymi od tych dostępnych w życiu rzeczywistym. Pragnienie czegoś więcej. Zespołem, który nie miał najmniejszych nawet chęci roztaczania przed słuchaczem wizji większego i piękniejszego świata, byli Max Fenders. Ich teksty pozostawiały pod różnymi względami wiele do życzenia, natomiast umiejscowione w pewnym kontekście i traktowane z dystansem niosą – w mojej opinii – wielką wartość rozrywkową. Posłuchajcie sami!
Po ukończeniu 9. klasy wraz z matką przeniosłem się do Sztokholmu. Żyłem poszarpaną egzystencją, często zmieniając pracę. Liczyła się dla mnie przede wszystkim możliwość rozwijania swoich licznych projektów. Zespołów, którym szło… nieźle. Ambicje sięgały naprawdę wysoko i wierzyliśmy – a przynajmniej ja wierzyłem – że wielki przełom jest tuż za rogiem. Teraz, po latach, okazuje się, że niektóre z tych grup urosły, nie były więc zupełną stratą czasu. W tamtym jednak czasie wszystko toczyło się powoli, bez większych sukcesów. Wydawanie płyt miało na celu przede wszystkim uczynienie ich dostępnymi. Niezbyt wielu słuchało. Kiedy patrzę wstecz, żal mi młodszych nas, widzę też, jak cholernie daleko od przełomu się w rzeczywistości znajdowaliśmy. Przez cały ten czas nazywałem siebie muzykiem, tak naprawdę będąc po prostu bezrobotnym. Zwykle nie pracowałem nigdzie. Przez wielu ludzi mojego życia musiałem być postrzegany bumelantem, ale w swoim świecie harowałem bez wytchnienia. Byłem pewien, że jeśli tylko dostanę szansę, pokażę wszystkim, że mogę pracować non – stop.papa (2)

ROZDZIAŁ IV  W tym miejscu zachwalać muszę szwedzki dobrobyt. Często pytają mnie, co takiego jest w naszej wodzie, co czyni nas równie wspaniałymi w pisaniu piosenek i formowaniu grup, jednym słowem – w muzyce. I nie chodzi tu wyłącznie o nazwy, które odniosły wielki, międzynarodowy sukces, takie, jak ABBA, Roxette czy Max Martin. Mówię o całym oceanie punkowych i metalowych grup, których rozwoju nasze państwo starannie doglądało.
Szwecja kojarzona jest z jakością. Każdy w zasadzie zespół czy artysta wywodzący się z tego kraju niesie ze sobą gwarancję potwierdzenia klasy na arenie międzynarodowej, z czym często nie mogą poradzić sobie twórcy z innych państw. Powodów, dla których ta ziemia wydaje równie obfite, artystyczne owoce, jest zapewne mnóstwo, trzeba tu jednak wspomnieć przede wszystkim szwedzki system bezpieczeństwa socjalnego, bez istnienia którego wielu wykonawców nigdy nie zyskałoby możliwości pełnego rozwinięcia swoich skrzydeł. Nie chcę przez to powiedzieć, że wszyscy szwedzcy artyści na tym dobrobycie żerują, fakt pozostaje jednak faktem – ja sam mogłem przeć naprzód, chwytając się zupełnie bezsensownych, przynajmniej z zawodowego punktu widzenia, zajęć: pracy na godziny albo na czarno, małych fuch, płatnych kursów. Jednocześnie mogłem siedzieć w domu i tworzyć, chodzić na próby, nagrywać jakieś demówki i grać koncerty, na których nie zarabiałem ani centa. To fakt.
Lata mijały i w 2006 przeprowadziłem się do Linköping. Ciężko było żyć w Sztokholmie, nie mając pieniędzy ani mieszkania. Ciężko było stać i patrzeć, jak właściciel nie chce wpuścić mnie do środka. Wróciłem i znów poczułem się wolny. Ruch ten mógł okazać się samobójstwem muzycznej kariery, ale towarzyszyło mi mocne przeczucie, że postępuję właściwie. Byłem sam i nie miałem pracy. Nie ciążyły na mnie żadne zobowiązania. Mogłem uczynić dosłownie wszystko. Cały świat postrzegałem szansą.
Wynająłem kawalerkę w Apotekaregatan i rozpocząłem nowe życie. Nie przeciąłem jednak wszystkich więzów łączących mnie ze stolicą – wciąż mieszkała tam moja matka, w dodatku w kilka miesięcy po przeprowadzce poznałem dziewczynę – Boel. Pochodziła ze Sztokholmu. Z singla stałem się bardzo, bardzo zakochanym człowiekiem… Po raz pierwszy w życiu. W kimś, kto kochał mnie. Tak zacząłem podróżować między miastami.
Podczas wizyt w Sztokholmie wraz z moim przyjacielem, Gurrą, z którym grałem przedtem w wielu zespołach, powołałem do życia nowy projekt. Zaczęło się na chwilę przed przeprowadzką – w mieszkaniu matki napisałem dla żartu piosenkę „Satans natt” (pol. „Noc szatana” – A.G.). Pojechałem do Gurry, do Grondahl, gdzie pomógł mi zarejestrować wersję demo tego utworu. To, co usłyszeliśmy, brzmiało dość nietypowo i przypadło nam do gustu. Stwierdziłem, że jeżeli zdołam napisać jeszcze dwa utwory w podobnej konwencji, powinniśmy z tego miejsca pchnąć sprawy dalej. W tamtym momencie miałem jednak na głowie kilka innych zespołów oraz związek, który zaczął pochłaniać sporo czasu, toteż do sprawy powróciliśmy dopiero w marcu 2008 roku. Gurra znalazł pracę w studiu nagrań w Stadshagen, które w weekendy mieliśmy do swojej dyspozycji. Napisałem jeszcze dwa numery – „Death Knell” oraz „Prime Mover”, które wraz ze „Stand By Him” (przekształconym „Satans natt”) zarejestrowaliśmy. Wszystkie partie instrumentalne zaaranżowałem ja, dodatkowo położyłem ścieżki wokalne – ostatecznie: miało być to tylko demo obrazujące nasze brzmienie, nie rzecz, którą miałbym dzielić się ze światem. W niedzielę praca była skończona, a słuchając tych trzech utworów nie mogliśmy powstrzymać się od uśmiechu. Brzmiało to bardzo dobrze, może i nieco dziwnie, ale dobrze. Pomyślałem, że z takimi, prezentującymi się nad wyraz bluźnierczo, tekstami, projekt potrzebuje wielkiego i konkretnego image’u. Zespół, który wykonywać miał numery pokroju „Death Knell” czy „Prime Mover” nie mógł stać na scenie w koszulkach Sodom i dżinsowych kurtkach, o nie. To musiało być coś ciekawszego. I anonimowego, jak Onkel Kånkel. Zespół metalowy o teatralnym anturażu.
Stworzyliśmy więc plan – mieliśmy spotkać się znowu za jakiś czas, nagrać kolejne piosenki, a później – posiadając już materiał na pełnoprawny album – planowaliśmy wyjść z projektem do ludzi i pchnąć go dalej. Nie byłoby dobrze, gdybyśmy, jak wszyscy inni debiutanci, grali suporty w Kafe 44 czy Tantogarden – bez odpowiedniego wizerunku ani materiału. Poza tym, ciężko byłoby o zachowanie anonimowości, występując w małych lokalach, wyłącznie dla grona znajomych. Potrzebowaliśmy przygotowań i planowania. Jedno wiedzieliśmy na pewno – zespół miał nosić nazwę Ghost.
Przed nami majaczyło niełatwe zadanie. Musieliśmy znaleźć wokalistę. W nowym projekcie chciałem zająć się gitarą. Śpiewanie? Może w chórkach. Prezentowaliśmy demówki wielu szwedzkim metalowym wokalistom, ale każdy z nich odmawiał, tłumacząc się innymi obowiązkami. Tak, tak… w swoim czasie ten problem miał rozwiązać się sam. Napisałem kolejne trzy utwory, które zarejestrowaliśmy wiosną 2008 roku. Dołączyły do trzech nagranych wcześniej. Wszystkie dwa lata później miały znaleźć się na naszym debiucie – „Opus Eponymous”.
W tamtym momencie miałem jednak inne zobowiązania. Boel była w ciąży i planowała sprowadzić się do mnie, do Linköping, a ja znaleźć musiałem pracę na pełny etat, aby zapewnić nam byt. W brzuchu czekało nie jedno, a dwoje dzieci, zatem sytuacja była skomplikowana. Ghost musiał poczekać na lepsze czasy. Potrzebowaliśmy wokalisty i większej ilości materiału. 11 dnia listopada z kawalerki przeprowadziłem się do trzypokojowego mieszkania w Linköping. Ja, który zawsze żyłem sam, dzieliłem teraz dom z kimś innym. Rankiem 24 grudnia 2008 na świat przyszły nasze dzieci: Morris i Mino. Po tym zdarzeniu nic nie było już takie samo.
Z samotnika w kawalerce do ojca rodziny w kilka miesięcy. Był to najwyższy czas, bym zajął się w życiu czymś pożytecznym. Cały właściwie rok 2009 stanowił dla mnie post od muzyki. Moje dzieci były niemowlętami, a ja czas dzieliłem między pracę a dom. Pracowałem jako telefoniczna pomoc techniczna w największej szwedzkiej telefonii komórkowej. Z perspektywy czasu wygląda to zabawnie, jako, że byłem – i w dalszym ciągu jestem – na bakier z jakąkolwiek technologią. O telefonach czy programach synchronizacyjnych nie wiedziałem kompletnie niczego. Dobrze radziłem sobie, natomiast, z rozmową. W jakiś sposób udawało mi się naprowadzać ludzi na skuteczne rozwiązanie. Zadawałem mnóstwo pytań, dążąc do tego, by klient pomógł sobie sam. Jakby jednak nie patrzeć – była to jakaś praca, no i byłem w stanie wyżywić rodzinę.
Nie przestawałem tworzyć muzyki ani pracować nad Ghost. Pewnego dnia, siedząc w pracy, namalowałem motyw, który stać się miał pierwszym logo zespołu. Jednocześnie prowadziłem konwersację telefoniczną, którą pod przykrywką sprawdzenia jakiejś informacji przerwałem… W kserokopiarce wykonałem odbitkę rysunku i wróciłem na stanowisko pracy, odnowiłem rozmowę i kontynuowałem udzielanie „pomocy”. Pod oryginałem umieściłem kopię, starając się dopasować do siebie obie kartki, i wnętrze napisu wypełniłem długopisem. Cóż – na pierwszym logo dostrzec można krzywe, nierównomierne linie. Któraś z kartek musiała się obsunąć. Zaczynałem rozumieć, że mój sen o podróżowaniu po świecie i graniu rock’n’rolla stanowił niezwykle odległą perspektywę.Człowiek w masce

ROZDZIAŁ V  Musiałem postępować zasadniczo i musiałem zrobić to samemu. Zadzwoniłem do Gurry, oznajmiając mu, że to czas, by popracować nad Ghost. Potrzebowaliśmy nowego demo, które moglibyśmy umieścić na MySpace – największej w tamtym czasie muzycznej społeczności w internecie. Nieznane zespoły mogły w ten sposób zostać dostrzeżone na świecie. Jak postanowiliśmy, tak uczyniliśmy i w ciągu paru dni na początku roku nagraliśmy nowe wersje „Ritual”, „Death Knell” oraz „Prime Mover”. W dalszym ciągu pozostawaliśmy bez wokalisty, toteż śpiewałem ja. Do tej kwestii mieliśmy wrócić później, a tymczasem – od czegoś trzeba było zacząć. Na MySpace zgromadziliśmy tysiące wirtualnych znajomych; teraz pozostało tylko szerzyć ciemność.
Wraz z całą rodziną wybrałem się na weekend do Sztokholmu. W piątek, dwunastego marca, pożyczyłem laptopa matki i udostępniłem wspomniane utwory na naszym profilu. Następnie powiadomiłem wszystkich tak zwanych znajomych, że Ghost jest w końcu dostępny i że powinien zostać usłyszany. Zamknąłem komputer i spędziłem cały dzień poza domem.
Wieczorem, po powrocie, niezwykle intrygowało mnie, czy nasze piosenki spotkały się z jakimś odzewem. Włączyłem laptopa i zalogowałem się na swoje konto. Porównując żywot muzyka i sportowca, artysta rzadko doświadcza błyskawicznego sukcesu. Ten przychodzi – o ile w ogóle – stopniowo. W pierwszym momencie trudno jest go dostrzec, wszystko wygląda klarownie dopiero z perspektywy czasu. Niewielu doświadcza go w czasie rzeczywistym. Większość nosi w formie wspomnienia.
To naprawdę specjalne uczucie. Coś podobnego przeżywać musiał Iniesta, kiedy strzelił gola w finale mistrzostw świata w 2010 między Hiszpanią a Holandią. Co za trafienie! W jednej sekundzie jesteś daleki od zwycięstwa i równie dobrze wszystko może skończyć się przegraną. I – nagle – to się dzieje. Wszystko ulega zmianie. Na zawsze.
Sukcesu, jaki Ghost odniósł w ciągu jednego zaledwie dnia, nie doświadczyłem nigdy wcześniej. Czułem się, jakby po raz pierwszy w życiu udało mi się stworzyć pewien obraz. Moment, który w jednym czasie zdołał wywołać reakcje w różnych zakątkach świata. Czułem dziecięce niemal podekscytowanie. Spędziłem wiele godzin na czytaniu i odpowiadaniu na wiadomości, które otrzymałem. Wszyscy reagowali tak entuzjastycznie i ciepło, że ciężko było mi w to uwierzyć. Tego samego wieczora w internecie pojawiły się pierwsze artykuły na temat Ghost.
Niespodziewanie – dzwoni telefon stacjonarny. Jest środek nocy, trochę po dwunastej. Matka, śpiąca wcześniej na kanapie, wychodzi na korytarz i podnosi słuchawkę. Siedzę w pokoju dziennym z laptopem i w jej głosie wyczuwam, że to, co słyszy, wprawia ją w osłupienie. Wydaje z siebie dźwięk, jakiego nie słyszałem u niej nigdy wcześniej. Podchodzę, a ona bez słowa podaje mi słuchawkę. Po drugiej stronie była żona Sebastiana mówi, że mój brat nie żyje.
Jak w jakimś filmie – ciało pulsuje, w uszach szum, widzenie lunetowe. Nie pamiętam, co dokładnie mówiła, ale wiem, że tego dnia przez przypadek była ze swoim nowym partnerem w Sztokholmie i mieli jechać do Linköping. Mogliśmy zabrać się z nimi. Tak zrobiliśmy, Boel i dzieci pozostawiając w domu. Skierowaliśmy się prosto do szpitala uniwersyteckiego i w osobnym pokoju na izbie przyjęć usiedliśmy z lekarzem, który zajmował się Sebastianem. Przekazał nam wszystko, co sam wiedział. W skrócie – Sebastian zmarł z przyczyn naturalnych, a autopsja miała w ciągu paru dni powiedzieć więcej. Oprócz nas w pokoju znajdowała się nieznajoma kobieta, jak się okazało – ostatnia dziewczyna brata. Powiedziała, że piątkowy wieczór spędzili razem i że po jakiejś zabawie w łóżku jego serce się zatrzymało. W mieszkaniu działy się dramatyczne sceny, przybyła ekipa ratownicza, ale Sebastiana nie udało się uratować.
O czym nie wiedział ani on, ani my – wykazała to dopiero sekcja – to fakt, że cierpiał na wrodzoną wadę serca. W jej wyniku włókna mięśniowe otaczające serce wraz z wiekiem sztywnieją i tracą elastyczność. Jeżeli problem zostanie wykryty wcześnie, istnieje szansa na dożycie sędziwego wieku, o ile chory nie pali, nie pije ani nie wykonuje nadmiernej aktywności fizycznej. Cztery lata po rozwodzie były jednak dla Sebastiana niezwykle intensywne – palił i pił, jak na wielkiego entuzjastę życia przystało. Jego niesamowita energia przyciągała także – jak on to określał – całe mnóstwo eleganckich kobiet. Był wysokim, potężnym człowiekiem, postrzeganym przez wszystkich dużym i silnym – a przede wszystkim przeze mnie. Zawsze był tym, który przenosił duże i ciężkie przedmioty. Naprawdę silnym starszym bratem.studio

ROZDZIAŁ VI  Teraz leżał tutaj, otoczony przez świece. Nadzwyczaj spokojny, jak na kogoś tak pełnego energii, że mówił i ruszał się nawet we śnie. Nigdy nie widziałem go równie… cichym. Mój nauczyciel, mój bohater i mentor. Uderzyła mnie świadomość, że to już definitywny koniec tańca. Odszedł jednak in flagranti, a romantyk, jakim zawsze był, chyba nie mógł wymarzyć sobie lepszego sposobu na pożegnanie. Jakby nie patrzeć – przeżył 41 lat, spłodził dwóch synów, których kochał, miał dobrą pracę i zabawiał się – cóż, przynajmniej w pewnych okresach swego życia – jak król; używki, piękne kobiety i punk rock z przyjaciółmi. Wielu ludzi nie ma nawet tego.
Świat wyglądał teraz zupełnie inaczej. Z pozoru przypominał ten, do którego byłem przyzwyczajony, ale w nim Sebastian i ja mieliśmy żyć mniej więcej tak samo długo. Każdy, kto stracił kogoś sobie bliskiego, zna to przytłaczające uczucie. To nie jest sen. Nie obudzę się i nie przetrę oczu, a wszystko znów będzie dobrze – powoli staje się jasnym, że to prawda. Obserwowałem matkę. Nagle byłem jej jedynym synem. Z mojego punktu widzenia zachowywała niezwykły spokój. Przejęła inicjatywę, czego się nie spodziewałem – wyszła i wróciła z pizzą. Zjedliśmy ją w mieszkaniu, a następnie autobusem pojechaliśmy do Szokholmu.
Wróciliśmy do jej apartamentu na Hägersten, gdzie czekała Boel i dzieci. Pamiętam, że staraliśmy się przeżyć spokojny, normalny wieczór w domu. W pewnym momencie przypomniałem sobie o laptopie pozostawionym na stole w jadalni, o Ghost i o tym, co zdarzyło się wczoraj. Otworzyłem więc komputer i zalogowałem się na MySpace – MySpace, który do tego czasu zdążył eksplodować energią dziesięć razy mocniejszą, niż ubiegłej nocy. Tysiące ludzi wysłuchały naszych piosenek i otrzymałem tyle wiadomości, że nie byłem na nie w stanie odpowiedzieć. Maile od ludzi z całego świata. Maile z wytwórni – wytwórni sondujących możliwość współpracy. Maile od ludzi ze znanych zespołów – maile przepełnione zachwytem. Pomijając fakt, że niespecjalnie odnajduję się w jakichkolwiek wierzeniach, w tym zbiegu okoliczności ciężko nie dostrzec czegoś religijnego. Czułem, że byłem częścią jakiejś kosmicznej wymiany. Zostałem postawiony przed faktem dokonanym. Jakby zaszła jakaś pomyłka, ale – w ramach rekompensaty – nadeszła szansa, z jaką nie zetknąłem się nigdy wcześniej. Wielki dar mający pocieszyć w stracie.
W podobnych okolicznościach ciężko było o radość, ale nie mogłem nie zauważyć, że z punktu widzenia muzycznej kariery w ciągu dwudziestu czterech godzin przeszedłem drogę dłuższą, niż przez całe wcześniejsze życie.
A Sebastian? Jakby wciąż znajdował się o telefon stąd. Jakby kibicował mi i dzielił ze mną ten moment. Słyszałem jego głos. Mówił „let’s rock! Pociąg stoi na stacji i zaraz odjedzie, już… teraz, odjeżdża! Łap szansę, kiedy nareszcie się przytrafiła”. I tak zrobiłem – zrobiłem bardzo, kurwa, mocno. Nie zatrzymałem się.
Nie zatrzymałem się zresztą do dziś. I nie zamierzam, dopóki to wszystko się nie skończy – słyszysz, Sebastian? W końcu to zrobiłem. Zajęło to trochę czasu. To bardzo smutne, że nie mogliśmy doświadczyć tego wspólnie. Byłoby świetnie, gdybyś pojechał z nami w trasę czy odwiedził na jakimś koncercie. Czasem jednak… czuję, jakbym spotykał cię w różnych miejscach na całym świecie.
Wszędzie znajduję płyty, które wiem, że kochałeś. Crass, The Adverts, punk z Allskons. Myślę o tobie. Oglądam filmy, które oglądaliśmy razem. Niektóre z nich są fantastyczne, inne – poniżej krytyki i zupełnie nie takie, jakimi je pamiętam. Chociażby „Fun House” – co za koszmarny film. Kiedyś chyba wydał mi się strasznym, chociaż mówiłeś, że to nie dzieje się naprawdę. Niedawno z Mino oglądałem drugiego „Obcego”. Byliśmy w koncertowym busie i siedziała na moich kolanach, jak ja siedziałem na twoich, kiedy oglądaliśmy pierwszą część. Śmialiśmy się i świetnie bawiliśmy. Kiedy lała się krew, powtarzaliśmy sobie, że to wszystko udawanie. Stwierdziliśmy, że następnym razem obejrzymy oryginał. O wiele, wiele lepszy film. Naprawdę straszny.
Czasami spotykam twoich starych idoli. Steve Jones rozmawiał ze mną w swoim programie w radio. I wiesz, to dokładnie taki wyluzowany punk, jakim można by go sobie wyobrazić. Nawet lubił Ghost. Poznałem też tych z Metalliki. Mam numer do Jamesa i czasem rozmawiamy… Nie spodziewałeś się tego, co? Kto by pomyślał, kiedy w ’93 widzieliśmy ich na stadionie. Swoją drogą – dzięki, że pozwoliłeś mi wtedy siedzieć na swoich ramionach; musiało być ci ciężko. Koncert był raczej długi.
Właśnie wróciłem z dwumiesięcznej trasy z Iron Maiden. Gramy w hokejowych arenach, a ludzie się cieszą. Wygląda na to, że dzieje się „coś dużego”, jak to mówią. Teraz musimy tylko nagrać nowy album. Na wiosnę znowu wyruszymy w drogę i będziemy w niej półtora roku. BezG4 odpoczynku, bez spokoju. Mówiłem ci, że będę pracował bez przerwy, jeśli otrzymam swoją szansę, pamiętasz?
Swoją drogą – mówiłem ci o Grammy? Dostałem jedną jakiś rok temu. Byliśmy w Los Angeles na wręczeniu nagród; naprawdę wielkie wydarzenie. Matka jest bardzo dumna i rozpowiada wszystkim, kim jestem. To chyba miała być tajemnica, ale teraz… pieprzyć to.
Szukam książek, które kochałeś i które mówiłeś, że powinienem przeczytać. Wciąż brakuje mi paru książek Sture Dahlströma, które tak lubiłeś, ale mam oczy otwarte. Wyglądam ich nieustannie. Można znaleźć je tylko w Szwecji, a ja chciałbym mieć stare wydania, nie – te nowe… Bez przerwy poszerzam twoją kolekcję płyt. Czuję się bliżej ciebie, słuchając nagrań, które lubiłeś. Gdzie nie spojrzę, dostrzegam rzeczy, które mi pokazałeś. Jakbyś zawsze był za mną. Wciąż idziemy ramię w ramię. Drogą z miasta, do domu, przez Tannefors albo Tegelsbruksgatan. Wciąż jestem pięciolatkiem skaczącym po kanapie, ubranym w twoje i matki ciuchy, wymalowanym i szalejącym przy hard rocku. Wciąż jestem pięciolatkiem, któremu kibicowałeś, kiedy zrobił coś niewłaściwego, do czego go namawiałeś. Wciąż jestem pięciolatkiem z niewłaściwym językiem przed tobą i twoimi śmiejącymi się przyjaciółmi. Dzisiaj śmieje się trochę więcej osób. I klaszczą. To zabawne.
Czuję się, jakbyś był ze mną wszędzie. Jakbyśmy wspólnie cieszyli się z tego, co się teraz dzieje. I musisz wiedzieć coś jeszcze – wciąż jestem twoim największym fanem. Dziękuję za wszystko, kochany bracie.
Do zobaczenia w Nangijali.
Nazywam się Tobias Forge. Jestem człowiekiem za maską w Ghost.
Dziękuję za uwagę.

Adam Gościniak

*Tobias kilkukrotnie czyni nawiązania do krainy Nangijala, znanej z powieści „Bracia Lwie Serce” Astrid Lindgren.
Podziękowania należą się użytkownikowi serwisu reddit r/totaljunkrat, który dokonał tłumaczenia ze szwedzkiego na angielski.