FAITH NO MORE – Umiarkowane wyzwanie intelektualne

Biografia to tylko pretekst. Furtka, która prowadzi do różnych wniosków, uwag i interpelacji. Do szczerej wymiany zdań na temat biznesu muzycznego, sensu i bezsensu pisania, gazet drukowanych, internetowych i innych. Ale jest także o biografiach. Maciej Krzywiński, znany Wam dotychczas jako żurnalista Metal Hammera czy Musick Magazine debiutuje w nowej roli i już niedługo będziecie mogli się o tym przekonać, czytając pierwszą, polską biografię Faith No More – Królowie życia (i inne nadużycia). Póki co – narzekamy i komentujemy. Jeśli chcecie wziąć udział w tym maratonie – zapraszamy!

Rozmowa z Maciejem Krzywińskim, autorem biografii zespołu.

Myślisz, że pisanie o muzyce ma dzisiaj sens? Jeśli możesz, odpowiedz, dla kogo? Kolegów z branży? Adoratorów popisów oratorskich czy może dla gawiedzi, która zanim ukaże się recenzja/wywiad wie już wszystko, bo ściągnęła płytę z ruskiego serwera?

Sens nie ma sensu, jak mawiał chyba Lewis Carroll, a za nim chętnie powtarzał Lech Janerka. Nie wydaje mi się, by jakąkolwiek działalność, a już na pewno pisanie o muzyce, koniecznie musiał sankcjonować sens, jakkolwiek go tłumaczyć – jako odzew na zapotrzebowanie, jako misję zmiany gustów, jako działalność popularyzatorską. Dla mnie tym sensem jest jednak sama radość z pisania o jednej z najwspanialszych, o ile nie najwspanialszej, zdobyczy ludzkiego ducha, czyli muzyce właśnie. Lubię pisać i lubię słuchać – no więc dlaczego nie pisać o tym, czego się posłuchało? Nie mam pojęcia, do kogo te komunikaty mogą trafiać. Myślę, że poza wspomnianymi przez ciebie podzbiorami są też po prostu entuzjaści muzyki, tacy zwykli melomani, których napędzają niezwykłe dźwięki.

W Twojej odpowiedzi zawiera się pewien smaczek, który zawsze mnie drażni, w pewnym sensie wytrych: „lubię coś robić dla samego robienia”. To tzw. śliskie wyjście z sytuacji, kiedy np. nikt nie przychodzi na koncert zespołu i ten oświadcza: „Nie ma problemu, gramy dla własnej przyjemności.” Czyli dla dwóch osób, tkwiących w kącie sali. Nie odczuwasz NIGDY frustracji? Wkurzenia? Zniechęcenia?

Zdecydowanie, odczuwam regularnie. Na przykład kiedy pieprzony autobus czwarty raz w tygodniu spóźnia się o trzydzieści minut. Trzydzieści minut! Pamiętasz, ile trwa „Reign In Blood”?! Czuję zniechęcenie, gdy znów rosną ceny melonów, od których jakiś czas temu się uzależniłem, i naprawdę mam na myśli te owoce. Natomiast frustracja wywołana pisaniem o muzyce, czyli moim hobby, byłaby zaprzeczeniem idei hobby. Jeśli dobrnę do momentu, w którym zacznie mnie to irytować, to będzie to jasny sygnał, że pora zainwestować swój czas, energię i emocje w ciekawsze rozrywki. I wydaje mi się, że porównanie z koncertem o niskiej frekwencji jest o tyle dyskusyjne, że zespół, który nie przyciąga tłumów, niekoniecznie musi zarzucać działalność twórczą. To znaczy, dwie osoby na koncercie to jeszcze nie powód, by zarzucać miłość do pisania riffów, nie? Imperatyw wewnętrzny, chciałoby się powiedzieć. Niebo niebieskie nade mną, a prawo moralne we mnie, jeśli wolno mi jeszcze bardziej pretensjonalnie się wyrazić. Albo inaczej: czy kucharz musi konsumować swoją potrawę? Nie musi. Czy wędkarz może uwolnić rybę? Może. I to nie jest robienie dla samego robienia, tylko właśnie dla radości robienia.

Odwracamy kota dupą do słońca – co bardziej cieszy – tekst o niszowym zespole, odkrytym przez Ciebie, który przeczytają dwie osoby, ale nikt za niego nie zapłaci, czy txt do wysokonakładowego pisma o czymś mało ambitnym, ale poczytnym, a co z tym idzie – większa gratyfikacja. Czy jest między tymi skrajnościami punkt, w którym można złapać równowagę bez łapania wrzodów żołądka po drodze?

Tak, można zawsze powiedzieć: nie. Ja mam ten komfort, że gratyfikacja akurat nie gra roli, bo pisanie nie jest i nigdy nie było moim źródłem utrzymania. Pracuję zawodowo w zupełnie innym wymiarze, który z muzyką, czy sztuką w ogóle, nie ma nic wspólnego, wręcz lokuje się na drugim biegunie. Tym bardziej cenię sobie możliwość popisania po godzinach. Zresztą sam doskonale wiesz, że pojęcie „gratyfikacji” w naszej działce jest cokolwiek względne. Oczywiście, że misja popularyzatorska bywa pociągająca, ale ja mam też taką specyficzną cechę, że cenię sobie rozmowę jako taką. Na przykład ostatnio miałem okazję porozmawiać z Joeyem DeMaio z Manowar – zespołu, który niespecjalnie cenię, ale który wydaje mi się fascynującym zjawiskiem socjologicznym. Nie sam zespół nawet, bardziej jego fani, którzy w dużej części tworzą coś w rodzaju sekty. Mało brakuje, by zaczęli nosić imiona typu I Śrubokręt Nie Pomoże, jak to Bogdan Kacmajor nazywał niektórych wyznawców Sekty Niebo. Ten „kac” w jego nazwisku nie mógł być zresztą przypadkiem…

Czyli, można powiedzieć, jest to prawie idealne miejsce, w którym możesz być niezależny w swoich poglądach i działaniu, skoro jednak sam wspomniałeś o tym przed chwilą, zapytam: w jakiem zatem sytuacji powiesz nie (albo powiedziałeś „nie”)?

Kiedyś chciałem być archeologiem

Kiedyś chciałem być archeologiem

Przykład z życia: otrzymałem propozycję zrobienia wywiadu z zespołem Coma, którego popularność jest dla mnie wprawdzie fascynującym zjawiskiem, ale doszedłem do wniosku, że w rozmowie prawdopodobnie i tak nie zgłębiłbym tego fenomenu, a o samej muzyce, która mnie irytuje i mierzi, jakoś nie chciało mi się gadać. Wiem, że Coma jest łatwym celem i że wielu ludzi się wyzłośliwia w związku z ich twórczością, a ja lubię rozmawiać z – metaforycznie rzecz ujmując – wyklętymi, ale to był już ten poziom egzaltacji, który dość trudno mi znieść. Naprawdę nie jest trudno powiedzieć „nie”, jeśli nie zależy od tego ani twój dobrostan umysłowy, ani apanaże. Chciałbym myśleć, że jestem jak Fenriz, który zasuwa na poczcie, a gra dla satysfakcji, ale oczywiście nie jestem jak Fenriz, bo nie przepadam aż tak bardzo za Manilla Road. I nie mam ani jednej naszywki.

Dobra, powoli zakreślamy granice; z jednej strony mamy Comę (pięknie eufemistycznie napisałeś o tym „zgłębianiu fenomenu”) a co znajduje się po drugiej stronie, nazwijmy to – wyzwań? Z oczywistych względów, pomińmy Faith No More.

Tu akurat nie rzucałbym konkretnymi nazwami. Jako osiemnastolatek pomyślałem sobie, że moim celem w życiu będzie zrobić wywiady z moimi ulubionymi naówczas twórcami, czyli Slayer i Lechem Janerką. Oba cele udało się zrealizować, dlatego teraz nie stawiam sobie już takich wyzwań, to znaczy nie ma muzyków, za rozmowę z którymi dałbym sobie odciąć genitalia albo nawet wyrwać rzęsy. Raczej traktuję każdą rozmowę jako swoiste wyzwanie: co by tu zrobić, by pokazać mniej znaną twarz muzyka i niekoniecznie zadawać mu pytania z cyklu: „A jak się pracowało z producentem nowego albumu?”. Bardziej człowiek, muzyk mniej. Chociaż dla tych ludzi w wielu wypadkach muzyka to życie, więc niełatwo o takie rozgraniczenia, ale jednak miło usłyszeć od Toma Arayi, jak się cykał podejść do Micka Jaggera. I potem zjeść z nim ciasteczko. Bez trzech szóstek wymalowanych lukrem.

No to w podobnym temacie – co Macieja fascynuje i zajmuje, kiedy nie pisze i nie słucha? Może to banalne, ale lubię ten zwrot – gdyby bozia nie dała talentu po piórze, co by Maciej robił?

Nie ma Bozi, nie ma talentu. Ja tam nie uważam, by pisanie, już zwłaszcza o muzyce, było determinowane przez jakiś tam abstrakcyjny talent. Ja nie mam talentu, ale mam zapał i chęć do roboty – to wystarczy. Kiedy nie piszę i nie słucham, to zasuwam w normalnej robocie, w roli, która – tu akurat zbieżność – wymaga dużej interakcji z ludźmi i rozmów z nimi. Może to jest ten wspólny mianownik, który działa na obu frontach? Kiedyś chciałem być archeologiem, no i w sumie zostałem, bo weź tu odkop całą dyskografię kogoś takiego jak Bob Dylan.

Przyczepię się pierwszej części odpowiedzi – pisanie o muzyce a talent. Zatem – co jest potrzebne, żeby pisać jeśli nie talent? Co jest potrzebne, żeby po przeczytaniu np. recenzji chciało się sprawdzić płytę? Co znaczy w tym kontekście wypowiedź np. Jarka Szubrychta, który mówi, że w Gazecie Magnetofonowej będzie współpracował z „utalentowanymi dziennikarzami”?

O to Jarka pytaj. Ujmę to tak: jestem aktualnie pomiędzy kontraktami i w wyniku niewykorzystanego urlopu dostałem nagle dar dwóch miesięcy wolnego czasu. Pomijając to, że zaktywizowałem się dzięki temu w pisaniu, to powziąłem ambitny plan, by nadrobić zaległości w muzyce. Ale tak na grubo. To znaczy postanowiłem prześledzić sobie historię muzyki europejskiej gdzieś tak od średniowiecza. I wiesz co? Żeby skumać, o co chodziło Perotinusowi i Leoninusowi, fundatorom szkoły polifonii z Notre Dame, potrzebowałem ze dwóch tygodni. Solidnego słuchania i wgryzania się. Dopiero spacer po nocnym Poznaniu ze słuchawkami na uszach mi mniej więcej wyjaskrawił ich koncepcje. A jeśli wziąć pod uwagę nadprodukcję muzyki w ostatnich latach oraz całą spuściznę przeszłości, to, kurde, do przygotowania się do pisania o muzyce potrzebny jest przede wszystkim czas. Mnóstwo czasu. Wuchta czasu, jak mawiają w Poznaniu. A poza tym warto wiedzieć, jaka jest różnica pomiędzy „także”, a „tak że”. Talent implikuje jakieś dziwne predeterminowane predyspozycje. Srać na predyspozycje. Chcieć to móc. Przytoczę wypowiedź Jaza Colemana z Killing Joke, który ostatnio powiedział mi tak: „Życie jest lokalizacją twojego boskiego daru i bezinteresowną jego realizacją. Nazywam ten dar prawdziwą wolą. Jeśli ten dar pielęgnujesz, pozostajesz w biologicznej i psychologicznej harmonii ze Wszechświatem. Dlatego kiedy patrzysz w lustro, widzisz przyszłego siebie. Widzisz, kim możesz się stać. Widzisz swój fantastyczny potencjał jako istoty ludzkiej. Jeśli widzisz na scenie czterech ciulów i zastanawiasz się, jak oni tego dokonali, to przestań się zastanawiać, bo to znaczy jedynie, że skoro oni dali radę, to każdy może wszystko”. Pomijając newage’owy bełkot, to mniej więcej się zgadzam.

Czyli, trywializując, wszystko sprowadza się do prostego słówka „chcieć”. Trzeba chcieć, trzeba nie leżeć przed telewizorem a reszta to dzieło przypadku/koniunktury/szczęścia itp?

Ha, czy aby ono jest takie łatwe? Pewnie łatwiej wymówić je niż „transsubstancjacja”, ale zaryzykowałbym tezę, że jeśli chodzi o wcielenie w życie, to oba pojęcia są równie trudne. Ale jeśli już naprawdę chcesz, to moim zdaniem wytrącasz broń z dłoni przypadku, koniunktury i szczęścia.

Ładnie powiedziane, ale czas wylądować na swojskiej polskiej ziemi, gdzie ostatnio – w temacie muzycznych mediów – żeby było jasne, dzieje się dużo i… dziwnie w sumie. Przełknąłem fakt, że kompakt spadł z piedestału. Z radością powitałem powracający winyl i ze zdziwieniem renesans kasety. Przyzwyczaiłem się do mp3. Polubiłem serwisy internetowe, i kiedy uznałem, że są przyszłością… nastąpił renesans prasy drukowanej, co mnie… hmmm… cieszy, niepokoi, dziwni, sam kurde nie wiem, i to jest najciekawsze. Cieszyć się , czy nie?

Jeśli jest powód do radości, to dlaczego by nie? Przecież sam zjadłeś na tym zęby, więc doskonale zdajesz sobie sprawę, jaką inwestycją jest drukowane medium. Pozwól, że ja zadam pytanie: skąd się biorą twoje wątpliwości?

Moje obawy czy też może frustracje związane są z kapryśną aurą. Wiesz – jako szef portalu traktuję gazety jako konkurencję, pisząc do nich czuję satysfakcję i robi się z tego materiał dla psychiatry. Ale jeśli miałbym wyartykułować największego „gula”, dotyczy on lekceważenia z jakim traktuje się portale niezależne. Pokutuje prosta zasada – gazeta drukowana ma większą siłę rażenia, a portal – cóż – to śmietnik, hyde park, gdzie każdy może napisać cokolwiek a i tak nikt nie bierze tego na poważnie. Widziałem upadki gazet, wiem, że powody były różne i teraz, kiedy patrzę na te nowe, świetne tytuły, zastanawiam się, co będzie dalej?

Po pierwsze, mi się nie wydaje, by portale internetowe musiały ustępować magazynom, a jeśli chodzi o aktualność, to je wręcz przewyższają na starcie. Sam pisałem do dwóch portali, więc wiem, jaką bronią jest aktualność. Nie sądzę, by portal musiał klękać w wiernopoddańczym geście przed kimkolwiek lub czymkolwiek – jakość jest budowana przez treść, nie przez kanał dystrybucji. Śmieszne, ostatnio okazuje się, że taka z pozoru poniewierana forma jak serial może być ciekawsza formalnie i dramaturgicznie od niejednego filmu pełnometrażowego. Who dares wins. I to wszystko może współgrać. Ja na początku swojej „przygody” z pisaniem publikowałem i w sieci, i na papierze. Okazało się, że przetrwał magazyn, a portal – nie. Ale moim zdaniem to jeszcze o niczym nie świadczy. To nie jest znak czasów, wręcz przeciwnie. Wymiana informacji idzie w sieć, najpewniej pójdzie w aplikacje mobilne, ale czy żenujący tekst jest w czymś lepszy tylko dlatego, że ukazał się na łamach drukowanego magazynu, a nie na stronie www? Oczywiście, że nie.

Kwestia mentalności. Ja dostaję piany, kiedy ktoś przysyła mi tekst napisany niechlujnie, bo to przecież do Internetu. Prosty przykład: recenzja a w niej :-) :-) itp. To zawsze mnie doprowadza do furii, podobnie jak „mechanicznopomarańczowe” słowotwórstwo, you know. Ale do sprawy, bo pytanie brzmi: co lepiej się sprzedaje – pisanie o muzyce w stylu tabloidowym, czy naukowym. Znowu przywołam ambitne stejtmenty mr J. Szubrychta, który chce pisać o muzyce w sposób naukowy…

Arek, po co ty się tak wkurwiasz, nie szkoda ci zdrowia? Dostajesz niechlujny tekst, to go nie puszczasz, cześć pieśni. Autor takiegoż pewnie by nie napisał nic lepszego i dla „New York Timesa”, bo strzela przecinkami tam, gdzie Rocco Siffredi nasieniem. Na oślep. No i co z tego, nie można równać w dół. A co do pytania, to nie wiem, co się lepiej sprzedaje, nie jestem księgowym. Myślę, że można pisać w sposób zarówno naukowy, jak i strawny. Nigdy nie zapomnę pewnego mojego wykładowcy z uczelni. A tam, powiem, o kogo chodzi – o Krzysztofa Moraczewskiego. Gość potrafił naukowo, jako doktor, opowiedzieć o muzyce Wagnera tak, że chciałem babcię sprzedać, byle posłuchać jego płyt. Więc nie musisz być nudziarskim akademikiem, by zarazem zachować kompetencje. Formę i treść da się zgrać. Dodam, że Moraczewski był promotorem mojej pracy magisterskiej. O kiczu w metalu.

Jest w tym wszystkim problem, jeden, ale znaczący, mianowicie – szczególnie w kontekście ambicji, zarówno w sztuce pisania, jak i łojenia w instrumenta – musi być odbiorca. Jednak. A ten czyta i słucha to co zna i lubi. Zmęczony 10 godzinami w pracy raczej nie będzie podążał tropem nawiedzonego dziennikarza, który wyciąga spod ziemi różne wynalazki. Jak to powiedział pewien nasz wspólny znajomy: „wiem dokładnie, kto kupi tę płytę; ty, ja i pięciu naszych kolegów”… I w tym miejscu okaże się być może, że lepiej od form krótkich uprawiać jednak sztukę biograficzną.

Dlaczego? Sztukę biograficzną też może kupić pięć osób. No i co z tego? Ja mam to gdzieś. Jasne, że fajnie byłoby pokazać światu, że nadchodząca EP Agoraphobic Nosebleed to świetna muzyka, ale jeśli świat uzna, że bredzisz, to co wielkiego się stanie? Moim zdaniem – nic. A ty pozostaniesz w spokoju sumienia. A skoro kupi pięć osób, to być może trzy dzięki tobie. To już coś.

Zaprawdę, lepiej jeden zbawiony niż tysiąc niewiernych. Skoro już jesteśmy przy „sztuce biograficznej”, muszę zapytać Cię, choć to banalne, o taki biograficzny „kamień milowy”, czyli książka, którą uważasz za, hmmm, wzorzec? Dla ośmielenia zdradzę, że dla mnie będzie to „Młot Bogów”, bo biografia jest podana w sposób tak sensacyjny i wciągający, że przeczytałem książkę kilka razy, tak jak czyta się dobry kryminał…

„Młot Bogów” jest super, ale nie powiedziałbym, że postawiłem go sobie za wzorzec. Co więcej, chyba żadnego takiego wzorca nie mam. I wcale nie dlatego, że uważam się za taką cwana gapę, co to wpływom nie podlega i jest uśmiechniętym demiurgiem własnych wszechświatów. Nie. Rzecz być może w tym, że przemieliłem tych biografii od cholery – częściowo z obowiązku, bo sam recenzuję te książki, więc każdego roku będzie to kilkadziesiąt pozycji. Na szczęście są wśród nich takie, lektura których daje samą przyjemność. Podobały mi się wszystkie wywiady-rzeki Rafała Księżyka – choć ten ostatni, z Kazikiem, akurat najmniej – ale to specyficzna forma, jednak odleglejsza od klasycznej biografii.

Dotknąłeś kolejnej kwestii, często ostatnio wałkowanej, czyli wywiadu – rzeki. Sprawa w sumie jest chyba prostsza – pozornie – niż typowy bios; ot, siadasz i gadasz. Z tym, że w niniejszym temacie sprawę za jednym zamachem załatwił wspomniany Księżyk swoim „Desperado”, która to pozycja pod względem dziennikarskiej dociekliwości i ekshibicjonistycznej natury rozmówcy postawiła poprzeczkę nie do przeskoczenia, z mojego punktu widzenia. Po drugiej stronie ustawi się „Dziwny Dziwny” czyli wywiad bios z Lipińskim, gdzie więcej można się dowiedzieć o odpytującym dziennikarzu. Właśnie – z pozycji kolan, czy jak p partner – prześmiewca?

Ciekawe pytanie, szczególnie że „Dziwny dziwny” jest jedną z tych książek, których jeszcze nie przeczytałem. Po tym, jak ją opisałeś, zaczynam się zastanawiać, czy przeczytam. Zaskoczyło mnie to, bo Tomasz Lipiński nigdy nie wyglądał mi na kogoś, kto dałby się zdominować w rozmowie na tyle, że przesłoni go rozmówca-dziennikarz. Trudno mi powiedzieć, czy wywiad-rzeka jest formą prostszą, bo nigdy się z takową nie zmierzyłem, ale ilekroć rozmawiałem z autorami takich książek, słyszałem, że jest to aktywność mniej czasochłonna od pracy nad biografią. Bo – jak mówisz – siadasz i gadasz. Tylko co począć, jeśli okazuje się, że masz gadać z mrukiem? Pomijam tu absurd sytuacji, w której mruk godzi się w ogóle na wywiad-rzekę, ale może się przecież zdarzyć. No i może mruk jest mrukiem tylko w określonej interakcji? Może trzeba zadać odpowiednie pytania, by przystymulować rozmówcę? Tu akurat mniej więcej wiem, o czym mówię, bo mniejszych objętościowo wywiadów się narobiło trochę. I jednak nie jest to tak, że siadasz i gadasz. A przynajmniej nie zawsze. Czasem trzeba się odrobinę spocić, by wywlec z rozmówcy coś poza oklepanymi promocyjnymi frazesami albo wypowiedziami, którymi uraczył poprzednich pięciu interlokutorów. Jeśli się jednak uda – to jest powód do dumy. Ale są oczywiście i tacy rozmówcy, którzy nawijają zupełnie naturalnie i bez podpórek. Ot, ostatnio takim okazał się na przykład Abbath. Wprawdzie nie odpowiedział właściwie na żadne pytanie, jakie zadałem, ale to nieistotne, bo zbudował całkiem przyjemną narrację i bez zawracania sobie głowy głupotami takimi jak moje propozycje tematów. Czasem trzeba zejść rozmówcy z drogi. Z jednym wyjątkiem: King Diamond. Tego trzeba stopować, bo nie zadasz w godzinę więcej niż dwóch pytań.FNM_3_3_1

Tak, czy inaczej, najlepsza jest jednak forma tradycyjnej biografii. W przeciwieństwie do wywiadu – rzeki (odpytywany muzyk zawsze będzie stawiał się w pozycji „ja cwaniak, reszta leszcze”) oraz autobiografii (100% cwaniak a reszta to leszcze, których udało mi się wydymać albo musiałem wiecznie prowadzić za ręce, vide autobiosy Michała Urbaniaka czy Lemmy’ego, Rottena jeszcze nie zacząłem czytać…). Zgadzasz się?

Rottena właśnie zacząłem, jeszcze nie wiem, czy będzie deifikacja. Ale jeśli nawet będzie, to nic w tym złego moim zdaniem nie ma. To też rysuje obraz postaci, która prowadzi opowieść – przecież gdzieś pomiędzy gęstwiną faktów, dat i personaliów tłoczą się emocjonalne niuanse, subiektywne postrzeganie, żar uczuć. Może właśnie na tym cały urok autobiografii i wywiadów-rzek polega, że nikt – no, mało kto – usiłuje zachować pozory obiektywizmu? Jak w muzyce – kompozycję w sumie konstytuuje nie tylko liczba nutek, ale też interpretacja. Pewnie dlatego są maniacy, którzy kupują rejestracje sześćdziesięciu ośmiu różnych wykonań jednej kompozycji Mozarta.

I tu pojawia się zatem pytanie – czy taka bio (auto) (wywiado) grafia ma być li tylko dokumentem czy może jednak (lepiej?) beletrystyką? Da się to pogodzić? A jeśli tak, to gdzie przebiega punkt styku?

Niechaj autorzy decydują. Jeśli jednak ktoś świadomie, z premedytacją decyduje się na fantazjowanie, to wolałbym, aby zakomunikował to we wstępie. Z drugiej strony chodzą po świecie indywidua o tak barwnych losach, że sam ich opis skonstruowany w zgodzie z faktami może budzić niedowierzanie większe niż garderoba Roba Darkena. Co do przecięcia rysu biograficznego z beletrystyką, to bardzo ciekawym przypadkiem wydaje mi się „To zupełnie nieprawdopodobne” Kelnera, którą sam autor opisywał zarówno jako powieść autobiograficzną, jak i literaturę przygodową.

Jest jeszcze „Podróż na wschód”, której w zasadzie nie jestem w stanie sklasyfikować…

Ani ja, ale to chyba dobrze o niej świadczy.

Dokładnie. Nazwijmy ją baśnią biograficzną. Ale my tu tak krążymy jak wilk wokół głównego tematu, czyli biosa Faith No More Twojego autorstwa. Pytanie „dlaczego” jest głupie, zatem: „po co?”

Dla sławy i pieniędzy, to chyba rozumie się samo przez się, czyż nie? Nie, no dobra, ktoś jeszcze gotów w to uwierzyć. Tak naprawdę potraktowałem pracę nad tą książką jako coś w rodzaju umiarkowanego wyzwania intelektualnego. Albo umiarkowanie intelektualnego. Po latach dłubania w recenzjach, artykułach i wywiadach pomyślałem sobie, że w ramach odrdzewiania miło byłoby zmierzyć się z inną formą. I rzeczywiście, okazało się, że to zupełnie przyjemna działalność.

Kolejna, nieautoryzowana biografia każe zadać pytanie – o co chodzi z tą zespołową autoryzacją, przyklepaniem itp. Czy faktycznie trudny dostęp, brak zainteresowania zespołu są główną przyczyną? A może jest gdzieś mała obawa, że np. upierdliwy artysta będzie próbował zablokować albo przynajmniej skutecznie utrudni spokojną pracę nad dziełem? Czy Twoja książka byłaby inna (lepsza?), gdyby udało się uzyskać błogosławieństwo czy pomoc Pattona&co?

No tak, po prostu trudny dostęp, co jakoś specjalnie mnie nie zaskoczyło, bo zespół dawał tu i ówdzie do zrozumienia, że udziałem w podobnych przedsięwzięciach nie jest specjalnie zainteresowany. I właściwie jestem to w stanie zrozumieć. Być może łatwiej byłoby zarazić ich entuzjazmem, gdyby chodziło o publikację w języku angielskim, która miałaby ukazać się na całym świecie. Podniosłeś natomiast dość ciekawe zagadnienie ewentualnych ingerencji opisywanego podmiotu. Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób, ale faktem jest, że jeśli brak dostępu do artystów miał jakiś plus, to niewątpliwie właśnie taki, o jakim wspomniałeś: spokój i niezależność. Ja wprawdzie robiłem wywiady z zespołem, ale nie wprost na potrzeby książki. Czy książka byłaby inna, gdyby udało się uzyskać błogosławieństwo Pattona i kolegów? Niewątpliwie. Czy lepsza? Tego się nie dowiem. Wiele zależałoby od tego właśnie, na ile muzycy chcieliby decydować o treści.

Jako, że książki nie czytałem – taki ze mnie żurnalista – wolę Fakt (śmiech) muszę zadać teoretyczne pytanie, które może coś wyjaśni, a może nie: czy postawiłeś przed sobą jakieś założenie, na zasadzie „chcę pokazać zespół z takiej czy innej strony”. Czy stworzenie sztywnych ram, organizujących pracę to podstawa, czy raczej żywioł, zaskoczenia i mniej lub bardziej chaotyczne – ale systematyczne – grzebanie w zespołowym śmietniku? Poza tym – Internet, czy materiały drukowane?

Nie, nie stawiałem sobie z góry założeń. Może zabrzmi to cokolwiek idiotycznie, ale pozostawiłem sobie samemu taki przywilej, by historia zespołu mogła zaskoczyć i mnie. Nie obrałem założenia, że sportretuję muzyków Faith No More jako rebeliantów, jako chłopców z sąsiedztwa, jako cyników albo wrzody na ciele shołbiznesu. Nie próbowałem upychać faktów w takie szablony, co nie miało sensu o tyle, że oni wchodzili i wciąż wchodzą we wszystkie te role. I kilka innych. Tego rodzaju ram nie było, natomiast ramy, jak to ująłeś, „organizacyjne” – owszem. I zbudował je żelazny reżim systematycznej roboty. Tylko tyle. Jeśli żywioł i chaos były zapakowane w taką zbroję, to ze spokojem się na nie godziłem. Źródła to zarówno Internet, jak i materiały drukowane, przy czym w dobie cyfryzacji granice zacierają się o tyle, że wiele materiałów pierwotnie wydanych na papierze można zlokalizować w odmętach sieci.

Intrygujący materiał do obróbki

Intrygujący materiał do obróbki

Banał kolejny – dlaczego Faith No More? Bo bezpiecznie balansuje na pograniczu metalu i mainstreamu? Był jakiś research w stylu – ten zamierza pisać o tym, za miesiąc wychodzi bios takiego wykonawcy, więc pozostaje…np… Faith No More!

Odpowiedź jest prosta, chociaż zarazem może nie świadczy za dobrze o mnie jako tym, który powinien niby brać sprawy w swoje ręce. Otóż kandydaturę Faith No More przedstawiło mi wydawnictwo, a ja w mig zdałem sobie sprawę, że to jest zespół, którego muzykę po pierwsze lubię, a po drugie taki, który zbudował zupełnie interesującą historię. Może nikt się tam nie mordował, jak w Mayhem, może nikt kościołów nie podpalał, nikt nie strzelił sobie nawet w łeb, ale materiał do obróbki i tak wydał mi się intrygującym.

Kiedy nastąpił moment przesilenia? Bo zawsze podczas prac następuje coś takiego, niezależnie czy piszesz książkę czy np. budujesz dom. Znaczy, domu nie budowałem, więc nie wiem, ale chyba tak jest…

Zaskakująco późno, co mnie cieszy, bo na wysokości mojej własnej korekty. Wcześniej był okres kreatywny, czyli radosny, ale to brnięcie przez setki tysięcy znaków z zamiarem eliminacji ewentualnych błędów i literówek było męką. Nic specjalnie twórczego już się nie działo, ale nie chciałem sobie tego odpuścić, bo to by było chyba tak, jak w przypadku muzyka, który nagrał w studiu płytę, ale odpuszcza mastering… Skoro coś ma pozostać dla potomnych, to zacisnąłem zęby i szukałem własnych potknięć, chociaż wiedziałem, że i tak dojdzie do zewnętrznej korekty. No i nie żałuję.

Odpuszczenie masteringu to obecnie najmodniejszy sposób na szybkie i tanie uzyskanie tzw. wintydżowego brzmienia… Co Ciebie, jako szperacza, zaskoczyło w temacie Faith No More? Czy takie szperanie zmienia pogląd na zespół? Przyznam, choć to może kogoś zdziwić, że ja np. dopiero podczas szperania i słuchania różnych dziwnych sesji w pełni skumałem i pokochałem Kyuss…

Może nie posunąłbym się do wniosku, że zmieniło się moje podejście do zespołu albo że doznałem jakiejś iluminacji, ale nie ulega wątpliwości, że jeśli wkręcasz się w temat na dłuższy czas i właściwie codziennie krążysz myślami wokół jakiegoś zagadnienia, zaczynasz je widzieć ostrzej. Oczywiście, z drugiej strony, jeżeli wgapiasz się zbyt długo w jeden punkt, to obraz zaczyna się w końcu rozmazywać, ale na szczęście muzyka zarówno Faith No More, jak i innych projektów muzyków tej grupy nie generuje podobnych problemów: wszystko zmienia się tam jak w kalejdoskopie. Kiedy pozwalasz sobie na luksus skupienia uwagi przez dłuższy czas na jednym temacie, pojawiają się w końcu niuanse, których wcześniej nie zauważałeś. Zupełnie jak album, na którym dopiero po setnym przesłuchaniu, z pozoru przypadkowo, odkrywasz jakiś detal na trzecim lub czwartym planie, gdzieś za ścianą gitar albo wręcz obok niej. W przypadku Faith No More i innych kapel wyłapywałem różne drobiażdżki, takie jak choćby pierwsza ekspozycja wątków włoskich w twórczości Pattona. Pierdoły, które jednak splatają się z losami muzyków i każą przyjrzeć się i przysłuchać temu wszystkiemu z innych punktów widzenia / słyszenia.

To teraz krótko: który album FNM jest, Twoim zdaniem, zupełnie subiektywnie najlepszy?

Zupełnie subiektywnie, to „King For a Day, Fool For a Lifetime”.

A najnowsze dzieło? Dobrze że się ukazało, czy może jednak nie?

Ja jestem rad. Odpowiadałem na podobne pytanie w innym wywiadzie, dlatego wybacz, jeśli będę się powtarzał. Doskonale rozumiem tych, którzy „Sol Invictus” postanowili zglebić – bo ta płyta jest z pozoru taka zwykła, wypłaszczona, normalna jak wystudzona kawa w szklance na biurku przygnębionego nauczyciela biologii w polskim gimnazjum. Może nawet niepotrzebnie dodałem „z pozoru”, może taka właśnie jest jej istota. No, ale paradoksalnie w tym właśnie kryje się, moim zdaniem, jej czar. W zwyczajności, który na albumie Faith No More jest czymś niezwyczajnym.

Ok, myślę, że tradycyjnym sposobem zakończenia konwersacji, będzie pytanie o przyszłość – czy pojawiły się już jakieś nowe wyzwania zawodowe, oczywiście w temacie dziennikarstwa muzycznego, jakkolwiek by to nie brzmiało…

Ujmę to tak: drzwi są otwarte, by zmierzyć się z kolejną książką, ale nie wybrałem jeszcze tematu. I chyba będę potrzebował trochę czasu, by się zdecydować. No, chyba że znów ktoś z zewnątrz sprzeda mi wspaniałą sugestię. Gdyby tak miało być, to zachęcam do kontaktu. Poza tym muszę ogarnąć prozę życia, zanim znów zacznę udawać pisarzynę… Dzięki za zainteresowanie.

Faith No More – Królowie życia (i inne nadużycia) – Maciej Krzywiński (In Rock) premiera – przełom stycznia i lutego 2016r.

Rozmawiał Arek Lerch
Zdjęcie: materiały autora
Zdjęcie FNM: materiały zespołu