EXODUS – Biegnij, Janku, biegnij

W wieku 66 lat Cormac McCarthy został ojcem po raz drugi. Wtedy zakiełkował w nim lęk o przyszłość jego młodszego syna i że nie zdąży być przy nim, aby ochronić go przed niebezpieczeństwami świata. Najwybitniejsza współczesna powieść drogi – „Droga” (sic) powstała ze strachu. Opowiada o desperackiej ucieczce i o ocalaniu w sobie najbardziej pierwotnej emocji, miłości rodzica do dziecka. Janek, bohater „Exodusu”, również ucieka. Jeśli powieści drogi popychają bohatera „po coś” i „ku czemuś”, to najnowsza powieść Łukasza Orbitowskiego jest antypowieścią drogi. Zamiast wzdłuż i dookoła, podążamy w dół.

Janek, korporacyjny warszawski „everyman”, rusza przed siebie tak, jak stoi i tak, jak zrobiłby to każdy z nas pod wpływem szoku. Chaotycznie, desperacko, bezładnie zacierając za sobą ślady jak potrafi, czyli jak nauczył się z filmów. Kim jest odkrywamy równolegle w reminiscencjach jego życia i na tle szerokiego świata, w którym Janek pragnie się rozpłynąć i zapomnieć o sobie. Wyrwany z cieplarnianej bańki zderza się z otoczeniem, którego nie zna i nie rozumie. Widzimy żałosną próbę nawiązania „przyjaźni w biedzie”, odnalezienia się jako ciężko pracujący fizycznie człowiek z marmuru, jako opiekun pokrzywdzonych, wreszcie jako drobny diler nielegalną substancją. Wszechobecnym bohaterem „Exodusu” jest współczesna Europa, którą widzimy oczami Janka i jemu podobnych wędrowców, połamanych historią i polityką (wątek „niemiecki”), trybami wielkoskalowych zmian na świecie (wątek „uchodźczy”), jak i małymi dramatami w tle pełzającego rozkładu (wątek „grecki”). Pod tym względem „Exodus” ma zadatki na powieść „pokoleniową”, która jest migawką współczesności daleką od politycznych uproszczeń, judzenia podziałów i straszenia obcością. Świat, zdaje się mówić Orbitowski, zawsze był tuż za płotem i nigdy nie był mniej skomplikowany niż jest dziś. Po prostu sztachety odpadają ze starości i głośniej słychać trzeszczenie szwów. Jeśli jednak jest jakiś naczelny cel podróży Janka i autora, to jest nim odkrycie jak w zwykłym człowieku rodzi się zło.Okładka

Zło w Janku nie jest złem komiksowego czarnego charakteru, nie jest nawet tragicznym losem czystej duszy zepsutej przez świat, w który ją wrzucono. W „Exodusie” zło to brak dobra – czego nie wypełnisz sercem, to się popsuje. Co zaniedbasz, gnić będzie. Janek nie buduje więzi z ludźmi, bo taka więź kosztuje, wymaga i często boli. Turla się przez świat jak taczanka popychana to przez nadopiekuńczą matkę, to przez mechanicznie wypełniane obowiązki męża i ojca, to znów przez wydeptaną, komfortową ścieżkę kariery zawodowej. Szok wywołany tragedią rzuca go w drogę, poza znane i bezpieczne rewiry świata, ale to żadna brawurowa eskapada, tylko kolejna odsłona uników przed odpowiedzialnością. Janek kryje się w świecie, między ludźmi, ale nie rozumie ich i nie próbuje. Reaguje mętną namiastką emocji, trochę podpatrzoną, trochę intuicyjną, w każdym przypadku łatwą do zdławienia kiedy sprawy się komplikują. Opieka nad skrzywdzonym dzieckiem ulicy staje się substytutem ojcostwa. Pomoc w obozie dla uchodźców to powierzchowne, „operacyjne” dobro, którym Janek nie zdołał otoczyć rodziny. Smutny związek z pogrążoną w rozpaczy wdową jest idealny jako stabilna transakcja wiązana z ograniczoną odpowiedzialnością. O ile łatwiej jest opiekować się tymi, z którymi nic nas nie łączy, których możemy protekcjonalnie tulić jak braci mniejszych i przekazać w inne ręce, gdy tylko altruizm zaczyna uwierać. Janek nie sprawdza się ani jako syn, ani ojciec, ani mąż, ani nawet kochanek. Jego exodus musi zatoczyć koło i kazać mu spojrzeć w oczy prawdzie: nie umiem, stchórzyłem, bo inaczej nie potrafię. Odkupienia nie ma, zostaje tylko kara.

„Exodus” jest powieścią trudniejszą w odbiorze niż „Inna Dusza”. Głównie przez ciągłą zmianę scenografii i gęsty tłum przekrzykujących się statystów na drugim planie, ale też przez brak pierwszoplanowej postaci, z którą czytelnik mógłby jakkolwiek sympatyzować. Orbitowski stopniowo obrzydza nam Janka, któremu najpierw kibicujemy z zaciekawieniem, by potem irytować się jego brakiem charakteru i powierzchownym człowieczeństwem. Janek jest jak to obrzydliwe stworzenie ze słów Conradowego Kurtza, które ucieka przed swym demonem. Ani za bardzo nie cierpi, ani za bardzo nie kocha, Janek cały jest „nie za bardzo” – letni i galaretowany. „Exodus” drażni, mimo potoczystej narracji potrafi przygnębić i zirytować. Jednak jeśli uruchomienie emocjonalnej reakcji ma być takim samym wyznacznikiem jakości literatury jak satysfakcja z czytania, to Orbitowski ten mecz wygrywa. Rzecz w tym, że w każdej ciemności musi być jakaś iskra, a „Exodus” jest wielkim, tunelem ciemnym jak siedemdziesiąty krąg piekieł.

Bartosz Cieślak

Łukasz Orbitowski, „Exodus”, (SQN)