EWA BRAUN – ESION (Nikt Nic Nie Wie)

Nie, to nie jest jakieś super wznowienie, wzbogacone o sto nagrań z prób i zapis koncertu zarejestrowanego na magnetofonie kasetowym. To… powrót. Jak zwykle, jak zawsze. Bo mamy wakacje, sezon ogórkowy, Slayer dopiero we wrześniu a Editors w październiku. Ale są też inne powody niż brak nowej muzyki. Najważniejszy jest taki, że przeglądając swoje zbiory co i rusz natykam się na płyty, które mają naście, albo i dziesiąt lat, a wśród nich takie, co przeszły trochę bez echa, przyćmione ważniejszymi wydarzeniami, choć wbrew prawom natury, nie zestarzały się ani trochę, ba, dzisiaj wydają się mieć więcej uroku niż w dniu premiery. Dlatego, korzystając z wolnego czasu, postanowiłem przypomnieć krążki, które absolutnie na zapomnienie i zakurzoną półkę nie zasługują. Na pierwszy ogień idzie „Esion”…

I cofamy się do roku 1996. Lata 90. były dla polskiej sceny, wbrew pozorom, całkiem łaskawe, choć największą bolączką była raczej odtwórcza rola zespołów, częściej zerkających za wielką albo i mniejszą wodę, niż we własne głowy. Dlatego dzisiaj bez trudu można namierzyć płyty, które okazały się być czymś więcej niż zwykłym kaprysem czy chwilową podjarką paru kolegów z podwórka. Skupiamy się też na polu nie – metalowym, bo to i tak obrabiane jest na wszystkie możliwe sposoby. Ewa Braun, poza prowokacyjną nazwą, od początku podążała własnym kursem i bacznie przyglądała się noise rockowej scenie z Ameryki. Po pierwszych dwóch demach przyszła kolej na debiut „Love Peace Noise”, niedawno wznowiony i opisywany na naszych łamach. Jednak dopiero następna płyta stała się dziełem, które wyprzedziło swoją epokę. „Esion” nie został należycie doceniony, być może dlatego, że muzycznie odstawał od przyjętych w latach 90. kanonów sceny hc/punk, z której Ewa Braun się wywodziła. Inna sprawa, że dzisiaj pamięta się przede wszystkim o następnej płycie, czyli „Sea Sea”, uważanej za jeden z pierwszych przejawów zjawiska zwanego post rockiem. Być może tak jest, ale siła, głębia i dreszcz emocji pozostaje na wieki przy „Esion”. Dzisiaj, kiedy słucham tej płyty, ujmuje mnie przede wszystkim fakt, jak bardzo aktualne są, w kontekście dzisiejszych „post – poszukiwań”, pomysły trójki muzyków. Marcin Dymiter, ojciec chrzestny post rocka w Polsce, na „Esion” stanął w rozkroku, między klasycznym noise, a przestrzenią i transem. Najważniejsze jest jednak, że muzyka z tej płyty wymyka się wszelkim klasyfikacjom i w zasadzie nie można jej do niczego porównać. Owszem, pewne zwroty melodyczne, pomysły gitarowe, wskazują jakiś ślad, ale trop bardzo szybko się gubi. Niedawno, na łamach T-Mobile Music, Łukasz Dunaj pisał o debiutanckiej płycie Kobong, jako o pierwszym przejawie własnej tożsamości muzycznej w świecie polskiego metalu. Analogicznie mógłbym napisać o „Esion” – to muzyka, która bazując na zdobyczach amerykańskiego noise, zachowała polskiego, nostalgicznego ducha, znalazła własne środki wyrazu i skondensowała taki ładunek emocjonalny, że wszystkie późniejsze emo – wynalazki razem wzięte nie były wstanie wygenerować podobnego napięcia. Własna wizja dźwięku wyrażona została zresztą już w przewrotnym, tytułowym anagramie słowa „noise”.Ewa w środku

Przejdźmy zatem do muzyki… Jasne – nie można uznać, że jest to dzieło idealne, ba, faktycznie, „Sea Sea” jest płytą stworzoną z większą konsekwencją (choć dla mnie i tak nierówną…). Z „Esion” wylecieć winna kompozycja „A.I.D.S.”, wyraźnie odstająca od reszty muzyki (taki mój kaprys). Poza tym kompletnie nie przekonuje mnie też instrumentalna końcówka płyty; utwór „Esion”, będący w moim przekonaniu całkiem udaną improwizacją, umieszczony po monumencie „Samochodem i domem zajęła się policja” jest w pewnym sensie bluźnierstwem. Więcej grzechów nie zanotowałem. Przede wszystkim zespół postawił na TRANS. Prawdziwy, objawiający się w długaśnych tematach, wolno rozwijających klimat, niechętnie przechodzących do słownego meritum. Paradoksalnie, to najkrótszy w zestawieniu utwór powoduje, że po plecach wędrują mi miliony mrówek i świat staje się jakiś inny. „Ucieczka” to magiczny moment i tekst, nadal budzący rozterki, bo choć wiem, że naiwna próba romantycznego potraktowania samobójstwa jako ostatecznej formy separacji jest tylko poetycką kreacją, brzmi jakby napisało ją życie: „A my? A nas już nie będzie, a w gazetach pokażą nasze zdjęcie, gdy trzymając się za ręce na raz – dwa – trzy skaczemy. Dwadzieścia parę pięter, tyle niepotrzebnych lat, wiatr ubierał nas do trumny, ocieraliśmy się o niebo, przez parę chwil żyliśmy wiecznie.”

Cała płyta to coś w rodzaju pochwały nonkonformistycznego życia, lepszej niż niejedna, punkowa produkcja. Motyw ucieczki pojawia się tu kilka razy, najlepszym przykładem będzie chociażby „W drodze”; zawsze po wysłuchaniu mam ochotę rzucić pracę, złapać stopa i schować się gdzieś w szerokim świecie… Teksty to ważny element „Esion”, ale muzyka pozostaje dominująca, porywająca szamańskim transem, dudniącymi bębnami („Niebo”), ponurym pochodem w „MLK” czy prekursorskim wręcz, post rockowym „Czarnym Ptaku”. Najlepsze momenty to wspomniany już „W drodze”, pulsujący światłami autostrad, hipnotyczny lot, tajemniczy „Mów mi Alie” czy mglisty instrumental „Hard Core”, wbrew tytułowi zabierający słuchacza na długą wyprawę w noc. W tym utworze udziela się na klarnecie sam Sławek Gołaszewski (westchnijmy – niedawno zmarły…) i jego wkład, pozornie nieduży, zmienia całkowicie klimat utworu. Nie jest to płyta łatwa, bo wszechobecna monotonia może zmęczyć. Trzeba się poddać nastrojowi, smutnej, wycofanej melodyce, zapomnieć o innych sprawach i podążać za muzyką. Rzecz dzisiaj niespotykana… „Esion” hipnotyzuje, uzależnia i nie pozostawia obojętnym nikogo, kto poświęci trochę czasu na zaprzyjaźnienie się z tymi dźwiękami. Nie wiem, czy słowami jestem w stanie przekazać kruchość emocji, jakie zostały w tych dźwiękach zaklęte, ale niewątpliwie jest to płyta, która pozostanie ze mną na zawsze.

Arek Lerch