DK3/THE VANITY SET – Mało znane x 2

Dawno nie zabierałem się za opisywanie staroci. Tak dawno, że czas najwyższy ruszyć tyłek i wygrzebać parę ciekawych krążków, bo tych oczywiście nie brakuje. Byłbym jednak hipokrytą, twierdząc, że ty tylko i wyłącznie chęć pisania skłoniła mnie do sięgnięcia po poniższe płyty. Był to raczej przypadek.

A dokładniej rzecz ujmując, moja szanowna małżonka, która parę dni temu, z wrodzoną sobie delikatnością, uderzyła do mnie w te słowa – jak w ciągu dwóch godzin z biurka nie znikną te (i tu pada słowo mało cenzuralne) płyty, to się ich pozbędę w inny sposób, tylko mi potem nie płacz, że czegoś jak zwykle nie możesz znaleźć. Mając na uwadze konsekwencję, z jaką moja lepsza połowa podchodzi do wyznaczonych zadań, rozpocząłem proces szybkiej ewakuacji pokaźnej sterty kompaktów, co oczywiście wiązało się ze znalezieniem dla nich miejsca na półkach, niezliczonych pudełkach i innych zakamarkach. No i właśnie w trakcie tej niezwykle trudnej a na pewno pracochłonnej operacji logistycznej wygrzebałem dawno niewidziane krążki – The Vanity Set (s/t z 2000 roku) i „Neutrons” DK3 z roku 1997. Płyty jakże mi bliskie, bo związane z odpowiednio The Bad Seeds Cave’a (na szczęście, z okresu, kiedy jeszcze nie dał się wziąć za jaja Warenowi Ellisowi…) oraz The Jesus Lizard.DK3

Zacznijmy od drugiej z wymienionych. Tajemniczy skrót DK3 to nic innego jak Denison/Kimball Trio. Trio dość dziwaczne, bo składające się z dwóch typów – Duane Denisona, gitarzysty The Jesus Lizard i Jima Kimballa, perkusisty Mule i Laughing Hyenas, o których już na naszych łamach pisałem, wspierającego w schyłkowym okresie (płyta „Blue”) także Jaszczurkę. Wspólna kolaboracja tych dwóch panów wywołuje u mnie szeroki uśmiech, bo w pewnym sensie jest proroczą wizją tego, co wydarzy się za lat kilkadziesiąt w muzyce alternatywnej. DK3 to nic innego, jak rockowi wyjadacze, którzy postanowili poflirtować z muzyką improwizowaną. Mówi Wam to coś? Trzy płyty w dorobku to przykład bezpardonowego podejścia do struktury muzycznej. Jeden wielki ciąg improwizowanych pochodów gitary i swingującej perkusji Jima musiał kiedyś zostać uzupełniony o dodatkowe elementy, stąd na ostatniej w dyskografii płycie pojawia się obsługiwany przez Kena Vandermarka saksofon. Nieoficjalny – gościnny – muzyk powoduje, że „Neutrons” (1/4 Stick Records) to w zasadzie najbliższa korzennemu jazzowi płyta (choć sam Kimball uparcie używał słówka „jazzy”, podkreślając, że jest przede wszystkim perkusistą rockowym). Coltrane’owska nerwowość („Landshark pt. 2”) zostaje tu zderzona z awangardowymi poszukiwaniami („Heavy Water”) czy nawet lekko bluesowymi pochodami („The Traveling Salesman”), wszystko jest zagrane stosunkowo oszczędnie, „twardo”, ale z niesamowitą wyobraźnią i plastyką. Kojarzy mi się to nieco z późnymi dokonaniami rodzimego Robotobiboka; duża erudycja, pomysłowość i bezkompromisowe podejście do dźwięku powodują, że mamy do czynienia z jedną z oryginalniejszych płyt nie tylko w latach 90., ale też współcześnie. W dodatku – kompletnie zapomnianą. Miłośnicy improwizowanej, krajowej alternatywy powinni się w ten krążek zaopatrzyć koniecznie. Gdzie? Nie wiem, pozostają czeluści Internetu. Polecam!The Vanity Set

Druga płyta to debiutancki long The Vanity Set (s/t, Soul Sister Records), formacji stworzonej przez Jamesa Sclavunosa i Thomasa Wydlera, najlepiej znanych jako członkowie The Bad Seeds. Wspomniałem gdzieś na wstępie, że chodzi o The Bad Seeds ze złotego okresu. Dokładnie tak jest. Słuchając płyty, bez problemu uchwycimy ten charakterystyczny, wczesno cave’woski klimat walczyka, groteski, wesołego miasteczka, podszytych grozą, absurdem i oczywiście balladowo – gawędziarskim klimatem. Płyta snuje się niespiesznie, instrumenty pogrywają nienachalnie. Czasami dosłownie ociera się to o wczesne solówki Cave’a, to znowu przybiera nieco kpiarski charakter („Jump In The Grave”), lekko kabaretowy sznyt („The World Keeps Turning”) czy knajpianą klezmerkę („Slim the Cook”). Czujemy tego bluesa, lecimy gdzieś na południe USA, wdziewamy kowbojki, łazimy nocą po polach i nucimy country’owe „End of the Line”. Słucham tej płyty i wzdycham do czasów, kiedy tak gadały płyty Nicka, kiedy był jeszcze sobą, ba, można w tym wyczuć nawet charakterystyczne dla The Birthday Party (o którym też pisałem) rozchwianie. No i perełka – „The Heavenly Host Are Gathered” – jazzowy instrumental, brzmiący jak naćpana kwasem nowoorleańska orkiestra. Faktycznie, jest to oferta dla miłośników tego charakterystycznie podanego mroku, mistrzowsko zagranego, z fajnym zestawem gości (udziela się tu min. znany z poreaktywacyjnego oblicza Swans Chris Pravdica), luźnym klimatem, mnóstwem miejsca na oddech i dopowiedzenie swojej własnej opowieści. Sclavunos fajnie miksuje swoje doświadczenia orkiestry Cave’a z osobistymi przemyśleniami na temat muzyki i daje nam do ręki świetną, bardzo kolorową płytę, sadowiącą się gdzieś pomiędzy mrocznymi bagniskami, nowojorskim klubem i paryskim burdelem. Wstyd przegapić. Nawet po 17 latach od dnia premiery…

Arek Lerch