DESERTFEST – Pustynia w wielkim mieście

Desertfest powraca z kto wie, czy nie najbardziej wyrównanym line-upem w historii. Wiele jest rzeczy niezmiennych: pozycja festiwalu na europejskiej mapie imprez (gdzieś między Roadburn, a bardziej jednowymiarowymi wydarzeniami pokroju Freak Valley), obecność w składzie kilku nazw, które wręcz muszą przyprawić o szybsze bicie serca, wreszcie: sam profil gatunkowy. Inna jest tylko miejscówka, co może wskazywać na przyswojenie przez organizatorów faktu, że moda na stoner/doom wcale nie chce ucichnąć, więc… trzeba kuć żelazo, póki gorące.

Wspomniałem o Roadburn, chociaż to raczej myślenie życzeniowe – nawet, jeżeli czasem aż prosi się o przełamanie stonerowych walców grupą wywodzącą się z zupełnie odrębnego poletka, obecny stan rzeczy pasuje chyba wszystkim: sam Desertfest nie przejawia ambicji przeobrażenia się w bardziej eklektyczny festiwal, a słuchacze już przywykli do pewnej – może i nieco ograniczonej – formuły. W line-upie londyńskiej edycji widnieją nazwy Zeke, Winterfylleth czy Napalm Death, ba – nawet w Berlinie rok temu pojawili się m.in. Wolves In The Throne Room. Tym razem takich odmieńców próżno szukać: mamy w ofercie piach psychodeliczny, piach stonerowy, walcowaty… piach z domieszką zieleni. Nie mam zamiaru demonizować w tym miejscu całej sceny – ostatecznie, w obrębie gatunku można znaleźć wiele kontrastów i biegunów. Rzecz w tym, że różnorodność, która bierze się z niczego innego, jak własnej tożsamości, zapewnić mogą jedynie grupy ponadprzeciętne, wybijające się ponad smutną, bezpłciową masę. Szczęśliwie takich na Desertfest całkiem sporo.

Zacznijmy od headlinerów: berlińska impreza to jedna z najlepszych okazji na sprawdzenie w akcji Monster Magnet. Ekipa Wyndorfa od lat omija nasz kraj podczas wszelkich tras koncertowych, a półtoragodzinny set w ramach Desertfest powinien dostarczyć odpowiedzi na pytanie, jak klasyczne numery z „Powertrip” i „Dopes To Infinity” przegryzają się z nowym materiałem. Wyndorf rzekomo schudł i znajduje się w najlepszej formie od lat. Wyjątkowy będzie też koncert ekipy Matta Pike’a: w ramach „Twenty Sunless Years with High On Fire” grupa zaprezentuje przekrojowy set-niespodziankę, w którym nie zabraknie miejsca na dawno (czy wręcz nigdy) niewidziane na żywo perełki. Wreszcie Graveyard: Szwedzi w ostatnich latach uskuteczniali niezliczone odejścia i powroty, ale fakt ten nie może przysłonić ogromnych zasług zespołu we wzroście zjawiska retro-rocka. Nowy krążek grupy, „Peace”, stanowi powrót do klasy debiutu czy „Hisingen Blues” i tylko zaostrza koncertowe apetyty. Poster

Równie ciekawe nazwy czają się jednak na drugim planie. Weedeater odgrywają obecnie swoje szczytowe chyba osiągnięcie, „God Luck And Good Speed”, w całości i czynią to – patrząc chociażby na reakcje po koncercie w ramach Weedstock – naprawdę rewelacyjnie. Występ na Desertfest będzie scenicznym powrotem dla kultowej Nebuli, walcowato/nihilistyczne show zapewnią jedyni w swoim rodzaju Eyehategod, a swoje trzy grosze – także z okolicznościową setlistą – dołożą stonerowi wizjonerzy z Elder, przez wielu uważani za najbardziej oryginalny i swoisty zespół na dzisiejszej scenie. Ja ciekaw jestem koncertu Lucifer, do którego to zespołu dołączył jakiś czas temu sam Nicke Andersson. Tajemnicą poliszynela jest, że był on głównym twórcą materiału na mający ukazać się w czerwcu drugi album grupy. Intryguje, jak wiele charakterystycznego dla siebie, rock’n’rollowego sznytu zdołał przemycić. Czekam też na holenderski Death Alley – ich świeżo wydana „Superbia” to niezwykle smaczna mieszanka psychodelii i proto-heavy, a jakiś specyficzny pierwiastek tkwiący w tych dźwiękach każe szukać porównań z krajanami z Dool czy Gold. Gwarancją więcej, niż solidnego show są także diaboliczni hipisi z Church Of The Cosmic Skull, nasz rodzimy Dopelord czy doomowo-eteryczna Jex Thoth. Temu line-upowi do ideału brakuje tylko wspomnianych „odmieńców”. Bez nich jest bardzo dobrze, po prostu. Koncerty headlinerów są wydarzeniami samymi w sobie i zdaje się, że już dla nich warto wybrać się do Berlina. Nie zmienia to faktu, że i wiele z nazw zapisanych mniejszą czcionką nikt przy zdrowych zmysłach nie nazwałby jakąś „drugą ligą”. W ramach tej sceny to jest skład niemal wymarzony; najlepszy, jaki w danym momencie można było sklecić. Czekam z niecierpliwością.

Adam Gościniak