DAYS OF THE NEW – Days Of The New (Outpost Records)

To jeden z takich albumów, na których brak zbędnych utworów, niepotrzebnych dźwięków, a każdy numer mógłby robić za singiel. Jeden z takich debiutów, które przygotowywane były – co słychać wyraźnie – długo i mozolnie, ale rezultat jest iście imponujący.

O tym zespole krążą legendy, i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że owe legendy to właściwie jedyne źródło wiedzy o Days of the New. Sprawa zastanawiająca, bo – jakby nie było – mówimy o grupie, której utwór swego czasu utrzymywał się na 1. miejscu listy Billboardu przez 17 tygodni! Jedna z takich legend, będąca swego rodzaju „mitem założycielskim”, mówi, że Travis Meeks postanowił wykonywać muzykę akustyczną z jakże prozaicznego powodu – braku funduszy. Stwierdził, że zakup tych wszystkich gitar, wzmacniaczy, efektów to sprawa zupełnie nieopłacalna, kiedy można ograniczyć się do wysłużonego akustyka po wujku (to już akurat radosna twórczość niżej podpisanego…). W kontrze wobec tej teorii stoi inna, przekonująca, jakoby Meeks wraz z kumplami zwrócili się w stronę bardziej wyciszonego grania po niepowodzeniu założonego przez nich zespołu metalowego. Gdzie leży prawda? A któż to wie…days_of_the_new_promo

Pewne jest natomiast to, że to Meeks był główną siłą napędową Days of the New. Podobno nigdy nie przywiązywał większej wagi do składu osobowego grupy, grał ten, kto akurat znalazł się w pobliżu i grać umiał. To był jego zespół, a właściwie: on był tym zespołem. Osobiste wzloty i upadki lidera znajdowały natychmiastowe odzwierciedlenie w aktualnej sytuacji kapeli. Na razie nie wybiegajmy jednak tak daleko w przyszłość… Jest 1997, rok wydania „Yellow”. Płyta odnosi ogromny sukces komercyjny, zespół jedzie na trasę wraz z Metallicą (!) i Jerrym Cantrellem. Chwilę wcześniej koncertuje jednak na mniejszą skalę, samodzielnie, a ci, którzy doświadczyli tego żywiołu w wersji live byli wręcz pewni, że DOTN nawet nie tyle mogą stać się wielcy, co już takim wielkim zespołem są. Wielu widziało Meeksa i spółkę jako naturalnych kandydatów do wypełnienia wyrwy powstałej wskutek zejścia ze sceny Nirvany. Życie napisało, niestety, zupełnie inny scenariusz.

Wspomniałem o tym, że właściwie każdy utwór z debiutu Amerykanów mógłby z powodzeniem pełnić rolę singla. I choć swoje zdanie podtrzymuję, nie dziwię się, że wybrany został akurat „Touch, Peel and Stand” (swoją drogą, „spisał się” nienagannie – to właśnie ten kawałek, który przez przeszło cztery miesiące utrzymywał się na szczycie listy przebojów). Jest to chyba jedyna tak żywa i radosna pozycja na „Yellow” (z tą radością to też nie do końca tak, ale po wgłębieniu się w kontekst pewne pojęcia zwyczajnie ulegają przewartościowaniu…). Nie zrozumcie mnie źle, nie ma tu mowy o jakiejkolwiek monotonii. Po prostu te utwory wypełnione są smutkiem i melancholią; nie zapominajmy, że są one dziełem Meeksa. A ten wesołym młodzieńcem raczej nigdy nie był. Jako dziecko nie mógł nawiązać kontaktu z rówieśnikami, także lata później narzekał na uczucie wiecznego niedostosowania i niemożności spełnienia oczekiwań otoczenia. A uprzedzając stereotypowe dylematy – to wcale nie jest jakieś ogniskowe granie. Muzyka Days of the New przypomina raczej ogromną, złożoną pajęczynę, utkaną z tysięcy rwanych, ulotnych dźwięków akustyka Meeksa. Sam blondwłosy Travis chwalił się kiedyś, że spory wpływ na jego sposób grania ma muzyka klasyczna. W każdym razie to naprawdę bardzo dobrze skomponowane piosenki. Przystemplowane nieprzeciętnym głosem lidera DOTN; czasem pełnym pasji i zaciętości, innym razem niemal transowym.days-of-the-new

Już na trasie z Metallicą coś zaczęło się psuć. I choć do dziś tak do końca nie wiadomo, o co poszło (czy o postępujące uzależnienie Meeksa, czy o kwestie finansowe lub czysto ambicjonalne), jedno jest pewne – był to początek końca Days of the New. Travis Meeks nagrał pod tym szyldem jeszcze dwie płyty, dobierając sobie nowych muzyków. Do sukcesu debiutu nawet się nie zbliżył. Coraz bardziej dawało o sobie znać uzależnienie od metamfetaminy i na kilkanaście lat o charyzmatycznym frontmanie słuch zaginął. Ostatnimi czasy pojawia się tu i ówdzie, to solo, to z zespołem, próbując wskrzesić ducha starego DOTN. Ale nie ma się co szczypać – to wrak człowieka, a co za tym idzie, wrak muzyka. Tym bardziej warto pamiętać o tak niezwykłym świadectwie talentu i wrażliwości, jakim niewątpliwie jest „Yellow”.

Adam Gościniak