COŚ TU ZGNIŁO #1 – Król jest nagi.

A gdyby tak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady? Próbowałem. Naprawdę przykładałem się do tego by rzucić to wszystko w cholerę i dać sobie spokój, ale w sumie okazało się, że może i nie mam o tym zasadniczo większego pojęcia, ale nadal chciałbym mieć coś do powiedzenia w temacie muzyki. No dobra, skoro nie znam się i nikt mnie nie pyta dziś chciałbym podzielić się z Wami moją opinią na temat kondycji polskiego metalu w roku 2017r. To tak zamiast podsumowania roku, które przecież w styczniu jest już tematem mocno nieaktualnym.

Otóż sprawa ma się tak, że całkiem niedawno, biorąc do ręki jeden z muzycznych periodyków, przeczytałem zdanie, które wprawiło mnie w dość poważny stan radosnej konsternacji, który trwa do dziś. Rzecz odnosiła się do świetnej kondycji polskiej muzyki niezależnej, a niejako w tle padło zdanie, że przecież „w ekstremalnym metalu od zawsze byliśmy dobrzy a dziś jesteśmy jeszcze lepsi”. Poważnie?! O ile o kondycji „niezalu”, jako takiego wypowiadać się nie zamierzam, bo styczność ze zjawiskiem mam dość fragmentaryczną, to scenę tak zwanej „muzyki ekstremalnej” śledzę dość skrupulatnie i z roku na rok nabieram przekonania, że nasz wspaniały metal to w gruncie rzeczy wydmuszka i projekcja naszych wyobrażeń a nie realna wartość. Mamy co prawda w Polsce kilka, no może tuzin, interesujących zespołów i szarą, bezbarwną tkwiącą głęboko w zaściankowej lidze podwórkowej resztę. No sami przyznacie, że nawet dwie dziesiątki kapel na wysokim poziomie to trochę mało by sypać dogmatami, jacy to jesteśmy silni, mocni i wszechpotężni, a właśnie taka retoryka dominuje na scenie metalowej. Na przestrzeni lat nie wykreowaliśmy ani jednego globalnego trendu w tej niszy, bo przecież epizod z unikalnym brzmieniem Vader z połowy lat 90. to rzecz o czym nikt już nie pamięta. Dlatego też uważam, że nigdy nie mieliśmy przesadnie dobrej sceny metalowej, ale za to zawsze wydawało się nam, że mamy najlepszą…

Spójrzmy na obecną polską scenę metalową w sposób pozbawiony emocji. Pierwszym wyznacznikiem wspaniałej sceny jest moim zdaniem silna scena koncertowa. W tym aspekcie zjawiska kulturalnego o nazwie „metal” dzieje się u nas naprawdę nieźle, ale zauważyć trzeba jedną zasadniczą kwestię – otóż problemu z frekwencją nie mają w naszym kraju albo uznane, często mocno podstarzałe gwiazdy z tak zwanej zagranicy lub dosłownie kilka krajowych kapel, które wypracowały sobie publikę przez wiele lat ciężkiej pracy. Gdyby z kalendarza koncertowego wykreślić Vader, Mgłę, Behemoth i Furię okazało by się, że ta silna scena to głównie na wpół puste kluby. Bądźmy realistami – na koncerty młodych polskich zespołów, które czasami mają muzycznie coś do powiedzenia, nie chadzają w tym kraju tłumy. Wzorzec metalowej publiki to jednak casus inżyniera Mamonia, który sparafrazować można stwierdzeniem „słucham metalu, więc chodzę na koncerty zespołów, które dobrze znam…” tylko, że z takim podejściem możemy zapomnieć o zbudowaniu silnej sceny, możemy zapomnieć o tym, że nasze zespoły będą miały odwagę by zdobywać świat.coś tu zgniło

Sięgnijmy głębiej i zerknijmy na biznesowy aspekt metalowego podziemia. Silna scena to również prężnie działające wytwórnie. Oczywiście, dziś rola labelu jest mniejsza niż dwie dekady temu, ale mimo wszystko wydawca z rozwiniętą siatką kontaktów dystrybucyjno-promocyjnych jest w stanie pchnąć zespół na zupełnie nowy tor. Powiedzmy sobie wprost – rynek wydawniczy, jeśli chodzi o ekstremalny metal w Polsce prezentuje się… źle. Co prawda mamy kilku na pierwszy rzut oka nieźle prosperujących wydawców, ale ich działalność ma wymiar właściwie tylko lokalny. Który wydawca miałby dziś być reprezentantem polskiej sceny? Pagan? Gdyby nie Furia to label ten nie byłby już nikomu potrzebny. Witching Hour? No cóż, ostatnimi czasy zasłynął głównie koszmarną realizacją przedsprzedaży i wydawaniem starych materiałów Vader. Ok. Mamy jeszcze Agonię, która to, jako jedyna stara się realizować na szerszą niż krajowa skalę, ale też w większości sięga po zespoły spoza Polski. Właściwie to jedyną wytwórnią na polskim rynku, która starała się promować wartościowe nowe zespoły, wydawać mozolnie kute w piwnicach czarne złoto jest odchodząca w niebyt Arachnophobia. Niestety, ale obawiam się, że boleśnie odczujemy brak wytwórni z pajęczą siecią w logo. Oczywiście, pominąłem tu kilku wydawców, ale pozostałe oficyny wydawnicze, albo wydają dość zróżnicowaną muzykę (Selfmadegod), albo wypuszczają na świat na tyle mało tytułów, że trudno jest myśleć o nich, jako reprezentantach silnej sceny.

Mamy więc w naszym grajdołku scenę koncertową zorientowaną na znane nazwy i publikę bez chęci poszukiwania, nie mamy wydawcy, który byłby w stanie reprezentować i promować polski metalowy underground. A co w takim razie z solą tej sceny, czyli zespołami? Czy ktoś na tym świecie (oprócz nas) wie, że mamy w Polsce „wspaniałą” scenę ekstremalnego grania? No niekoniecznie. Na potrzeby tego tekstu przejrzałem w sumie kilkadziesiąt podsumowań różnych magazynów, blogów itp. i właściwie jedynym polskim zespołem, który pojawił się w kilku z nich byli twórcy doskonałego „Hope”, czyli Mord’a’Stigmata. Niezbyt to okazała reprezentacja jak na tak świetną scenę… To, że nasze kapele nawet te ciekawe, pozostają nieodkryte i kończą żywot w piwnicach Kędzierzyna Koźla czy innego Otwocka wynika po części ze zjawisk opisanych wyżej, ale w dużej mierze odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponoszą w przerażającej większości do bólu przewidywalni twórcy. Bądźmy szczerzy – na naszej scenie nie dzieje się wiele rzeczy godnych uwagi, a zespoły, które mają odwagę stworzyć coś naprawdę swojego można policzyć bardzo szybko. Żeby nie było niedomówień, nie mam tu na myśli tego, że każdy grajek powinien z automatu celować w awangardę, solidne rzemiosło również ma sporą wartość, ale tylko wtedy, gdy poparte jest wizją. Tymczasem gro naszych twórców skupia się głównie na szlifowaniu techniki pomocnej w reprodukowaniu trendów czy to lokalnych, czy wykraczających poza granice naszego kraju. Modne jest studio czy realizator X – wszyscy chcą nagrywać właśnie tam nie zastanawiając się nawet chwili nad tym czy poza będącym na fali nazwiskiem lub nazwą miejsca wpłynie to w pozytywny sposób na ich muzykę. Modne są polskie nazwy i teksty? Nie ma problemu, nagle okazuje się, że polscy metalowcy nie gęsi i swój język mają. Śmieszne to i odrobinę żałosne. Jednak i tak na pierwszym planie pozostaje muzyka, która w twórczości przeważającej wręcz ilości polskich zespołów metalowych jest miałka, nudna i pozbawiona wyrazu. Czasem mam takie wrażenie, że wielu naszych twórców nie potrafi nawet koncertowo spierdolić materiału by jakoś wyróżnić się z tłumu. Nie możemy pochwalić się czymś w rodzaju „polskiego brzmienia” i choć to w gruncie rzeczy smutne większość naszych zespołów nie ma nawet ambicji by coś takiego stworzyć.No i tak...

Kochane metale! Czas skończyć z poklepywaniem się po pleckach i hymnami pochwalnymi na cześć wyimaginowanej sceny, która tak naprawdę nie broni się, jakością. Muzyka dziś zyskuje wymiar globalny i niestety, ale w takim ujęciu tematu nasze nijakie zespoły giną w tłumie tych z większą siłą przebicia. Dziś jak powietrza potrzebujemy twórców odważnych i bezczelnych inaczej czeka nas tylko, co raz większy regres i scena metalowa, na której rządzi hologram Dio do spółki z Nocnym Kochankiem…

Wiesław Czajkowski