BARTOSZ CIEŚLAK – zamiast podsumowania

Kiedy Nadredaktor Lerch poprosił o jakąś koncepcję muzycznego podsumowania roku, rozłożyłem metaforyczne ręce w geście intelektualnej bezsilności. Nie wiem co mógłbym napisać – było trochę fajnej muzyki i trochę niefajnej, tej pierwszej całkiem sporo, w istotę tej drugiej w zasadzie nie wnikałem. Jeśli kogoś interesuje lista najlepszych moim zdaniem tegorocznych premier (moje rozdęte ego nie przyjmuje do wiadomości, że być może nie interesuje to nikogo), znajdzie takową na łamach fachowej prasy drukowanej. Rok 2014 był dla mnie osobiście czasem bardzo intensywnym i udanym, dużo ciekawszym „życiowo” niż muzycznie (choć w pewnych punktach te dwie sfery się przecinały), ale to przecież mało kogo poza mną i moimi najbliższymi interesuje. Działo się dużo, na szczęście przeważnie dobrych rzeczy, a muzyka w postaci tegorocznych premier i wydawnictw starszych towarzyszyła temu w mniejszym lub większym stopniu, dorzucając kolejne cegiełki do mojego małego, osobistego światka.

Snując te refleksje, których pozazdrościliby mi Małgorzata Domagalik i Janusz Leon Wiśniewski, uświadomiłem sobie, że w ramach podsumowania roku 2014 najłatwiej mi wskazać najdziwniejszą myśl, na którą natknąłem się w muzycznych rejonach polskich internetów. Otóż całkiem niedawno za jednym zamachem dowiedziałem się, że muzyka klasyczna jest a priori lepsza od popularnej, muzyka bardziej złożona formalnie jest lepsza od muzyki prostszej, a co za tym idzie, jej odbiorca lepiej kuma wielką sztukę niż ten, który woli rzeczy proste. Przy tym reakcja emocjonalna słuchacza nie ma żadnego znaczenia – liczy się intelektualny przekaz i emocje twórcy, cokolwiek by to miało znaczyć.

Po przeczytaniu tych światłych enuncjacji złapałem się za głowę, tym razem zupełnie dosłownie. Spróbowałem wyobrazić sobie świat, w którym słucham tylko muzyki najbardziej wyrafinowanej wykonawczo, skomplikowanej formalnie i powszechnie uznanej za najdonioślejsze dzieła w historii generowania dźwięku przez istoty ludzkie. Ujrzałem półki, które wyczyściłem z death metalu, punka, stonerów i zawiesiłem się na Davisach, Coltrane’ach i Mingusach, bo jeszcze nie zdecydowałem, czy powinienem ich słuchać. Usłyszałem siorbanie chilijskiego wina przy muzyce Hilliard Ensemble, kiedy chętniej wypiłbym piwo i włączyłbym Wolfbrigade. Zobaczyłem, jak przechadzamy się z Krzysztofem Pendereckim po ogrodach jego posiadłości w Lutosławicach, a Mistrz tłumaczy mi różnice między sekstą małą a septymą wielką. Poczułem pod palcami klawiaturę, za pomocą której jojczę w komentarzach na poziom tegorocznej Warszawskiej Jesieni, śmieję się z grania black metalu w XXI wieku i buduję obiektywne kryteria oceny każdej muzyki świata. Rozbolała mnie głowa od wizji wertowania książek o muzyce dawnej i próby zapamiętania cytatów, którymi mógłbym potem rzucać w rozmowach…

Nie umiem i nie chcę tak myśleć o muzyce. Będę się upierał, że to emocje odbiorcy są istotne, a nie to, co muzyk bądź kompozytor życzył sobie przekazać za pomocą zapisu nutowego albo tabulatur. Ostatecznie, na końcu łańcuszka krytyków i muzykologów jest słuchacz i jego wrażliwość – i to niezależnie od tego, czy gra Witold Lutosławski, czy Pan Witek. Całe to nasze pisanie o muzyce, te recenzenckie rozkminy nad brzmieniem werbla, to męczenie artystów wydumanymi pytaniami o przebieg sesji nagraniowej – to tylko środki pozwalające autorowi i czytelnikowi odnaleźć się wzajemnie w gąszczu nazw, odniesień i opinii. Pisząc o muzyce, sprzedajemy komuś kawałek naszego świata, próbujemy zasugerować czego warto a czego nie warto posłuchać z miliona nowszych i starszych wydawnictw. Ale to zawsze jest i powinna być nasza osobista wizja, ulepiona na przecięciu względnego obycia w temacie i emocji, bez których moim zdaniem nie ma sensu słuchać muzyki. Bo pisać się nawet da, ale komu takie pisanie potrzebne? Pewnie, że fajnie jest być oblatanym z muzyce, i jeszcze umieć o niej opowiadać budując układ odniesień, nawiązań, skojarzeń. Jednak jeżeli całą relację z muzyką mielibyśmy sprowadzić do kryteriów technicznych i formalnych, to już lepiej obejrzeć mecz albo popykać na plejce – przynajmniej jedno ani drugie nie wywoła poczucia winy z powodu obcowania z czymś zbyt przyziemnym.Płyty

Moja lista najlepszych płyt roku 2014 zawiera, zgodnie z odgórnymi wytycznymi z centrali Hałas Magazynu, trzydzieści tytułów. Ile z nich będzie mi towarzyszyć za kilka miesięcy, lat? Nie mam pojęcia i nikt tego nie wie, choć oczywiście wszystkie te albumy uważam za bardzo dobre i warte poznania. Dziś wiem natomiast, że „Wojny Nie Będzie” Inkwizycji to moja osobista płyta roku. Również dlatego, że muzycznie, brzmieniowo i tekstowo jest bliska mojego wyśnionego ideału, ale to nie z tego powodu w pewien wtorkowy wieczór trajkotałem średnio zainteresowanej żonie o tym, jaka to jest płyta zajebista. Nie muszę być zatroskanym Afroamerykaninem, aby od półtora miesiąca słuchać „Run The Jewels 2” codziennie. W skład Fire! Orchestra wchodzi trzydziestu albo stu muzyków, ale nie to sprawia, że „Enter” jest jeszcze lepsza od ubiegłorocznego „Exit!”.

Jeżeli muzyka jest dla was istotną częścią życia, to u kresu dziejów ujrzycie momenty, w których wam towarzyszyła, a nie cytaty z „Penguin Guide To Jazz”, ani nawet z moich recenzji. Jak by nie wpłynął upadek ZSRR na rozwój black metalu, to nie Michaił Gorbaczow sprawił, że drugi album Darkthrone jest tak wyjątkowy, nie tylko dla mnie. Nikt poza mną nie widzi brudnego pociągu relacji Tczew-Starogard Gdański podczas słuchania „Formulas Fatal to the Flesh” Morbid Angel i „Metropolis pt. 2” Dream Theater, ale ja pamiętam dlaczego ich wtedy słuchałem. Choć nikogo poza mną to nie obchodzi. „Bullhead” Melvins i Cold Ground Echoes of Yul to świetne płyty, ale tylko ja wiem, czemu pierwsza kojarzy mi się z porannym spacerem do pracy, a druga z jazdą autobusem linii 127 spod szpitala na gdańskiej Zaspie. I nie mądrale liczące metrum, ale te autentyczne emocje, wspomnienia i tanie sentymenty słuchacza są tym, co decyduje o faktycznej wartości muzyki, w tym czy w innym roku.

Bartosz Cieślak