APTEKA – Urojonecałemiasta (SPV Polska)

Wiecie, czego najbardziej żałuję, myśląc o Aptece? Tego, że wiele lat temu, na fali obrzydzenia kasetami, sprzedałem oryginalne wydanie „Urojonych”. Oryginalne, bo do dzisiaj – zapewne ze względu na aspekty prawne – nie pojawiła się pełna, wypasiona i prawilna wersja tej płyty. Jeśli ktoś ma oryginał, zapraszam – chętnie odkupię. Oczywiście, po rozsądnej cenie. Teraz już wszyscy, wszystko wiedzą – będzie znowu sentymentalnie, znowu lata 90., znowu wzdychanie do jakichś zapomnianych przez Boga i ludzi rzępoleń.

 Apteka 1993

Apteka 1993

Apteka to fenomen i tylko ignorant nie jest w stanie rozpoznać charakterystycznej nawijki Kodyma. Jędrzej to kwintesencja polskości, sumienie burackiego pospólstwa i człowiek, który słowo „kompromis” wyrzucił ze słownika, zanim jeszcze nauczył się mówić. Samo powstanie Apteki to najlepszy przykład teorii, że tylko projekty powoływane dla tzw. jaj mają rację bytu. Cofamy się zatem do początku lat 90., pomijamy pierwszą, nagraną dla zgrywy płytę „Big Noise” i lądujemy gdzieś w okolicy „Narkotyków”. Ta płyta jest dla naszej opowieści o tyle istotna, że to na niej po raz pierwszy spotkał się klasyczny i najlepszy – co piszę zupełnie subiektywnie – skład Apteki. Płyta nagrana, jak twierdzi Kodym, z braku zajęć, była sposobem na przegryzienie się składu, jednak dopiero podczas następnej sesji nagraniowej wszystko co miKreditsyało eksplodować, eksplodowało. Sam Kodym i perkusista Maciej Wanat, byli już dotarci kilkuletnią współpracą; wspólnie stworzyli debiut, zaliczyli też kilkumiesięczną „trasę” po Syberii (kojarzycie słowo „szała”?), potrafili zatem ten skrzywiony klimat przełożyć na język muzyki. Mając obok siebie świetnego basistę Marcina Ciempiela i fanatyka hendrixowskiego stylu gniecenia gitary, czyli Janusza Sokołowskiego, Kodym mógł zrealizować swoją wizję balangi totalnej w studiu. I tutaj znowu pojawi się zupełnie nieprofesjonalny, prywatny „wjazd”. Otóż tak się złożyło, że dwa lata po sesji „Urojonychcałychmiast” miałem przyjemność pojawić się w Modern Sound, podczas nagrywania pewnej płyty, ale ten wątek pomijam… Ważne, że zobaczyłem studio i pomieszczenia, w których powstał omawiany tu materiał. I… było to dość zwyczajnie miejsce, za to z niezwyczajnym klimatem, tworzonym przez gdyńskie Orłowo. Dopiero po wizycie w tym miejscu mogłem zrozumieć, skąd wziął się ów luz. Wolność, którą przynosiło morze, czuję do dzisiaj, odpalając płytę. Oczywiście, Kodym ze swadą dodawał, że wówczas w okolicy funkcjonowała też ciekawa agencja towarzyska i działy się rzeczy bardzo mocne. Jak zwykle zresztą, bo o imprezach organizowanych przez Jędrzeja krążą do dzisiaj legendy. Cóż, wspominam pierwszy wywiad z Jędrzejem, w roku 99, kiedy jako dziennikarz pisma XL miałem przyjemność zaliczyć dzień w jego towarzystwie. Wrażenia bezcenne (dzięki za kasę na bilet!) razem z otarciem się o sąd, bo nawet po wyczyszczeniu wszystkich wulgaryzmów, wycięciu personalnych inwektyw i brudów, ktoś jednak (dodajmy – ktoś bardzo znany…) poczuł się urażony i zapragnął zemsty. Po prostu, prawdziwe emocje, prawdziwe życie.

Wracając do roku 92/93 i trzeciej (czasami w dyskografii pojawia się też „Live 92”, materiał przez Kodyma traktowany raczej jako bootleg) płyty Apteki. Nie jestem bezkrytyczny. Dzisiaj uważam, że gdyby to „Urojone” a nie „Menda” zostały w 100% zaśpiewane po polsku, to właśnie „trójka” byłaby najbardziej antycypowanym wydawnictwem zespołu. Na szczęście, absurd wyłaził tak czy inaczej z każdej sekundy krążka, niezależnie od narzecza. Gadki między kawałkami, jakieś pomyłki, falstarty, luz, atmosfera 100% live i niesamowita muzyka, choć o niej było jak na razie najmniej. „Urojone” to rock, psychodelia, improwizacja, trans, podany w sielsko- rubaszny sposób. Jednocześnie każda nuta nie dość, że szczera, to jeszcze zagrana była z takim feelingiem, że daj zdrowie całej, ówczesnej scenie rockowej. Kodym nie musiał nikogo obrażać, żeby każdy muzykant zaliczający się do ówczesnej czołówki tzw. „mjuzik biznesu” poczuł się nieswojo. Największym złem tamtych dni było straszliwe i często koslawe parcie na tzw. profesjonalizm. Wyposzczeni po bidzie lat 80. – pomijam tu bandy, które wówczas miały się całkiem dobrze a dzisiaj udają weteranów walki z komuną – muzycy ze spiętymi dupami cGrafika zdjęciahcieli pokazać, że są „profeszynal”, znają lengłidż i „są już amerykany”. No i przy takiej Aptece wyglądali jak skarpeta w klapkach Kubota. Ekipa Kodyma wiedziała jak się zabawić i takąż atmosferę oddać w dźwiękach. Wprawdzie poprzednia płyta miała odpowiednią nazwę, ale to z „Urojonych…” na milę śmierdzi wszystkimi możliwymi używkami. No i oczywiście „Korowód” – kolejna świętość potraktowana przez Aptekę z właściwą sobie nonszalancją, tu w wersji techno, z oczywistymi, hmmm, dodatkami tekstowymi. Co dalej? Zajebisty song tytułowy, że zacytuję: „Ujarane całe miasto, wszyscy idą ulicami, ciasno. Narkomani i faszyści, panki, kurwy, terroryści”. Szczerość zdradzona na twarzy. Piękne „Blackmail”, subtelne – jak na Aptekę – „Empire of Love”. „Extasy” i „For Miles” na pożegnanie. Kunszt, duch hendrixowskiego rocka, słodkawy zapach w powietrzu. W pankowo-grandżowej Polsce to było coś nowego. Wolność, szkoda, że tak krótko. Jeszcze przed premierą płyty, w wypadku ginie (wraz z Michałem Orlewiczem z Pancernych Rowerów) perkusista Maciej Wanat…

Pomyłka

Pomyłka

W zasadzie płytę należy traktować jako całość i tym sposobem wygrywa z „Medną”, która do końca świata będzie kojarzyć się z szlagierem „Chłopcy i dziewczyny”. Na „Urojonych” nie ma aż takich hitów, ale jest klimat. Lata, wody, trawki i paru innych rzeczy, o których nie będę wspominał, bo może ktoś nieletni przeczyta te słowa. Jak wspomniałem, płyta do dzisiaj pozostaje w cieniu „Mendy” i zawsze było „pod górkę”. Pierwotnie, w 1993 roku SPV Polska miała wypuścić na rynek wersję kasetową i CD. Kompakt z jakichś powodów się nie ukazał (dzisiaj pewnie chodziłby za takie same pieniądze jak debiut Kobong), Kodym z wytwórnią się procesował i coś tam ponoć wygrał, ale niestety, chyba bez praw do grafiki. Pierwsze, kompaktowe wydanie pojawiło się dopiero w 2003 roku z koszmarną okładką, pod tytułem „Psychodelic Underground”, co już było niezłym skandalem. Wydanie zaiste okrutne z dorzuconymi „bonusami” w postaci trzech numerów z „Narkotyków”. Nie wiem, gdzie terminowali „wydawcy” tego cuda, ale całość jako żywo przypominała „stadionówki” (dla młodzieży – pirackie płyty sprzedawane w miejscu, gdzie dzisiaj dumnie puszy się Narodowy). Co ciekawe, Wikipedia podaje jako wydawcę Sonic Records, choć na posiadanym przeze mnie kompakcie widnieje logo „Big Blue”. Pierwszej, legalnej edycji kompaktowej – choć też bez oryginalnej okładki i grafiki – płyta doczekała się w roku 2008 dzięki Fonografice. Piętnaście lat po premierze…

Wspomniałem o kasecie. Kupiłem ją w sierpniu 1993 roku. Pamiętam, że jadąc gdzieś na wakacje, siedziałem w zatłoczonym, dusznym pociągu, wdychałem smród jakichś bab, pijany koleś spał mi na ramieniu a ja słuchałem na sfatygowanym walkmanie (dla młodzieży – ówczesny odpowiednik odtwarzaczy mp3, opalany węglem) funkującego „Sky Dance” i czułem wiatr wiejący od morza.

Arek Lerch

Wszystkich zdegustowanych zbyt prywatnym charakterem recenzji informuję, że tak właśnie miało być.