SKØV – Skandynawskie korzenie

Wrocławska black’n’rollowa grupa kilka miesięcy temu wydała debiut, który w swojej klasie jest pozycją naprawdę wartą sprawdzenia; chociaż nie wywraca zastanego porządku do góry nogami, to trafia w swoistą niszę, dzięki czemu „Skøv” w perspektywie czasu może okazać się czymś więcej, niż sztuką dla sztuki. O muzycznych i pozamuzycznych aspektach działalności młodej kapeli, procesie klarowania się brzmienia oraz planach na przyszłość opowiadają sami zainteresowani.

Zacznę od kwestii, którą po części poruszyliśmy już w prywatnych rozmowach – jak to jest być młodym, rock’n’rollowym (bo jednak chyba bliżej wam do tej etykiety, niż do zespołu blackmetalowego) zespołem w Polsce? Bez wsparcia modnej sceny, typu właśnie bm albo stoner, bez „pokrewnego” dużego zespołu, który mógłby wziąć w trasę i wypromować?

Chyba jesteśmy między młotem a kowadłem. Ostatnie jakiekolwiek publikacje na nasz temat w internecie kończyły się tym, że każdemu, kto pierwszy raz nas dostrzegł, czegoś brakowało. Obstawiam, że fani blacku nie znaleźli u nas wystarczająco dużo szatana, żeby powiedzieć „black”, a punkowcom brakowało buntowniczego brudu, żeby powiedzieć „punk”. Przez dwa lata nie udało nam się spotkać kapeli, która mogłaby wziąć nas pod swoje skrzydła ze względu na podobieństwo gatunkowe. Jestem pewny, że jakbyśmy narysowali sobie na dłoniach iksy, szybko powiększylibyśmy grono odbiorców, ale to też nie o to chodzi. Chcemy pozostać autentyczni i po prostu grać to, co nam leży. Niestety nie zbudowaliśmy wokół siebie jakiejś aury tajemniczości, przynależności do subkultury, czy ortodoksyjnej ideologii, więc musimy bronić się swoją muzyką i kolorowymi skarpetkami. Z drugiej strony możemy przeniknąć w większą liczbę nurtów, co daje nam możliwość dzielenia sceny z większym przekrojem gatunkowym. Nie mamy zielonego pojęcia, jak to wyglądało dziesięć lat temu, przed erą tak rozwiniętego internetu, ani nie mamy pojęcia, jak to wyglądało lat temu trzydzieści. Z naszego punktu widzenia, w byciu młodym zespołem, który chce ze swoją muzyką zajść jak najdalej, działalność można podzielić na kilka części. 1/4 to czas na scenie i próby, 1/4 to czas spędzony w trasie, a połowa to czas spędzony przed komputerem, zdobywanie kontaktów, wydzwanianie do zespołów, lokalów, wytwórni, producentów, dziennikarzy, oraz zgłaszanie się na przeglądy. Nie ukrywam, że przez pierwszy rok naszej działalności większość stanowiły przeglądy, a nie koncerty. Przeglądy to też bardzo dobra okazja do poznania interesujących ludzi.

Skandynawskie korzenie

Skandynawskie korzenie

No właśnie, wywołaliście temat przeglądów, które – podobnie jak crowdfunding, z którego także korzystaliście – nie cieszą się u nas najlepszą sławą, podczas gdy na Zachodzie takie zabiegi są normą. To dla was zło konieczne, czy raczej zupełnie naturalna droga rozwoju? Bo, nawiązując jeszcze do poprzedniego pytania, kiedy się tak zastanowić, te demonizowane wszędzie przeglądy dla zespołu bez scenowej przynależności mogą stanowić jedyną drogę do zaistnienia gdziekolwiek.

Masz rację. Jeśli ktoś uważa, że przeglądy są cringowe, to z pewnością nie brał w żadnym udziału i nie wie, po co one są. Sam udział w jednej Emergenzie nauczył nas obycia ze sceną. Nauczyliśmy się w kilka minut rozkładać swój sprzęt – każdy wie, czym się musi zająć, i gdzie jest jego strefa. Powiedzmy prawdę w oczy. Jesteśmy studentami, pracownikami sklepów z butami i korpo. Skąd mamy wziąć pieniądze na rozwój zespołu? Zarabiane na co dzień pieniądze służą utrzymaniu samych siebie, a właśnie dzięki przeglądom jeden weekend może spowodować, że będzie nas stać na kolejny wyjazd i zakup wlep. Szczerze to nie wiemy, jak jest na Zachodzie w kwestii przeglądów. Nigdy nie zastanawialiśmy się, czy to zło konieczne, czy normalna droga rozwoju. Była to dla nas naturalna, najkrótsza możliwa ścieżka do zaprezentowania swojej twórczości. Dzięki jednemu konkretnemu przeglądowi byliśmy w stanie na własnej skórze odczuć sukces, kiedy osoba silnie powiązana z branżą i polską kulturą powiedziała na żywo w radiu, że nasz gitarzysta to Paganini. Nie przyniosło to materialnych korzyści, ale każdy z pojedynczych przeglądów to nic innego, jak potężna dawka kontaktów i znajomości. Jesteśmy w trakcie planowania trasy na własną rękę. Byłoby to nieziemsko trudne, gdyby nie masa doświadczenia i znajomości, które zdobyliśmy właśnie dzięki tym demonicznym konkursom. Co do crowdfundingu, to w kraju nad Wisłą stanowczo odradzamy. Już lepiej założyć konto w czeskim banku niż znosić końską dawkę szydery.

A wracając jeszcze do wątku „polskiego rocka” – nie odczuliście nigdy, że jesteście trochę ofiarami tego określenia? Polski rock nie może być dobry, bo kojarzy się z asłuchalnym dziad-rockiem albo zespołami obstawiającymi juwenalia i Męskie Granie. Nie ma nic pomiędzy.

Szczerze to raczej nie. Ostatnio przeprowadziliśmy w zespole ciekawy test, po którym okazało się, że Budka Suflera była rozpoznawana jako Black Sabbath. Nie czujemy się też źle z określeniem, że jesteśmy czymś polskim. Pochodzimy stąd, więc dlaczego nie mielibyśmy się z tym utożsamiać i nie promować naszych korzeni? Na samym Męskim Graniu można znaleźć ambitne kompozycje. Należy pamiętać, że jakości muzyki w żadnym wypadku nie wyznacza gatunek, a tym bardziej gust. Brak obiektywizmu, zasłonięty gustem to bardzo często spotykany mankament podczas wydawania subiektywnej opinii i krytycyzmu. Do polskiego rocka niestety została przypięta łatka muzyki granej na Mazurach przy ognisku po ośmiu Specjalach. Można dywagować nad jakością „Whisky”, jak i „Jolki”, ale oba te zespoły nagrały utwory, które teraz robią na nas kolosalne wrażenie.„Jest taki samotny dom” może być dla zespołu takiego, jak nasz, inspiracją. Tak naprawdę polski rock to studnia, z której można czerpać więcej, niż by się wydawało. Również aktualnie na polskiej scenie pojawia się wielu artystów, którzy pozostawiają po sobie miłe emocje.

Okej, przejdźmy do brzmienia Skøv – w recenzjach debiutu i generalnie w materiałach na wasz temat zwykle pojawia się nazwa Kvelertak jako taki najbardziej oczywisty punkt odniesienia. Ciekawi mnie, czy faktycznie ten konkretny band to tak poważna dla was inspiracja, czy brzmicie tak, jak brzmicie, ze względu na ogólną fascynację skandynawskim punkiem, o której wspomnieliście kiedyś w innym wywiadzie?

Oczywiście, że Kvelertak to jest jedna z największych inspiracji-filarów naszego zespołu. Co ciekawe, na początku, kiedy jeszcze spotykaliśmy się na salach plug&play, nie wszystkim podobał się Kvelertak, a nawet riffy proponowane przez Mateusza. Czas i obycie się zweryfikowały to w brutalny sposób. Każdy z naszej piątki już jest zajarany tym norweskim zespołem. O ile Kvelertak pozostaje naszą inspiracją, to założyciele Skøv wciąż jarają się takimi kapelami, jak LÜT, Kivesveto Go Go, Trubbel, Oslo Ess, Ondt Blod, Nyrkkitappelu, czy Skambandt. Już nie raz wspominaliśmy, że nasza muzyka to wypadkowa kilku gatunków. Kalifornia, śląski hc, polski szatan i wcześniej wspomniana skandynawska muzyka urodziły coś takiego, jak „Release the Barabash”. Kurde, temat naszych inspiracji myślę, że został wyczerpany. Klarowne są skandynawskie korzenie i naleciałość Skrillex’a.

okładka

SKØV – Skøv Nieczęsto zdarza się natrafić na debiut podobnej klasy, i absolutnie nie mam na myśli aspektu nowatorstwa albo zdolności do wzbudzania duchowych poruszeń – to zwyczajnie nie jest estetyka na nowatorstwo czy poruszenia – ale wykonawczą i kompozytorską sprawność zespołu. Nie dość, że w Polsce nikt inny tak nie gra, to, nawet po odrzuceniu kryterium geograficznego, zespołów łączących black metal z punkiem, grających „pod Kvelertak” (określenie dla nakierowania na odpowiedni zestaw skojarzeń), nie ma wcale tak wielu. Właśnie brak scenowego wysycenia takim graniem powoduje, że Skøv mają szansę stać się czymś więcej niż nikomu niepotrzebną „rodzimą odpowiedzią na…”, słowem: nie podzielić losu kapel parających się zmetalizowanym hardcore’m po linii Celeste czy Trap Them – tyleż rasowych, co grających totalnie dla nikogo. Tutaj jest inaczej, bo o ile poszczególne elementy brzmienia Skøv nie stanowią zaskoczenia, tak po złożeniu w całość tworzą wciąż niezbyt często spotykaną mieszankę. Co istotne, zespół unika stereotypowych cech brzmienia: hardcore’owe gang vocals tylko dodają refrenom przystępności i uniwersalnego charakteru, a rock’n’rollowa, ciepła produkcja stoi w kontrze do punkowej zwięzłości struktur. Przede wszystkim to są wszystko bardzo dobrze napisane piosenki, na czele z wspaniale grającym dynamiką „Mud”, czy chyba najciekawszym kompozycyjnie, zamykającym „Burden of Crowd”. Nie boję się stwierdzenia, że czysto muzycznie Skøv to już dzisiaj w zasadzie gotowy produkt, w swojej klasie pierwszoligowy. Pozostaje czekać, aż ktoś ich zauważy, wtedy urosną z dnia na dzień.

Generalnie jesteście zadowoleni z miejsca, w którym znajdujecie się jako zespół po tych około dwóch latach działalności? Z jednej strony zdążyliście dorobić się własnego, charakterystycznego brzmienia i nagrać dobry debiut, z drugiej: wydaje się, że ta płyta mogłaby dotrzeć do szerszej publiczności, niż dociera.

Oczywiście, że tak. Samo granie na Pol’and’Rocku jeszcze kilka miesięcy temu było dla nas czymś, co „może kiedyś nam się uda osiągnąć”. Minęły dwa lata od praktycznie pierwszego spotkania Skøv, a okazuje się, że już zaczęliśmy spełniać marzenia, które nie sądziliśmy, że są w naszym zasięgu. Co jednak warto zaznaczyć, nie dostaliśmy tego za nic. To, co osiągnęliśmy do teraz, zostało okupione ciężką harówką, ale mamy jeszcze sporo sił, żeby dalej ciągnąć ten wózek. Uchylając rąbka tajemnicy, możemy zdradzić, że już mamy dosyć sporo ciekawego materiału na nową płytę. Postaramy się utrzymać, a może i zwiększyć tempo, jakie sobie narzuciliśmy, więc kto wie – może za rok ten sam festiwal, ale inna scena, albo wciąż przeglądy. Co do promocji płyty, to chyba staramy się robić, co możemy. Być może robimy to nie do końca dobrze, ale niestety żaden z nas nie ukończył kursu „jak stać się sławnym nie mając pieniędzy”. Oprócz tego, że praktycznie wszędzie wysłaliśmy maile, wiadomości na facebooku i instagramie, to także porozdawaliśmy sporo fizycznych egzemplarzy. Bardzo rzadko zdarza się, że otrzymujemy szybko odzew, który może nam coś pomóc – o ile w ogóle go otrzymujemy. Nieważne, jak dobra nie byłaby muzyka, nie można siedzieć pod miotłą, bo nikt się o niej nie dowie. Wysłaliśmy nasze utwory nawet do CD Projekt Red z nadzieją, że jeśli wsiądziesz do auta w Night City, to będzie można usłyszeć w radiu naszą twórczość. Kilkukrotnie udało nam też się „coś załatwić” przez totalny przypadek lub po znajomości, ale w naszym kontekście, jeśli opieralibyśmy się tylko na tym, to nawet nasi rodzice mogliby nie wiedzieć, że coś nagraliśmy.

Skoro już wspomnieliście o nowym materiale, powiedzcie, czy w ogóle zajmuje was taka kwestia, jak wymyślanie siebie na nowo? Czy macie gdzieś w świadomości brzmienie debiutu, i nie chcecie go w stu procentach powielać, czy po prostu gracie to, co przychodzi wam naturalnie, i nie zastanawiacie się nad tym/ nie planujecie dalszego kierunku rozwoju?

Uzyskanie brzmienia, które można usłyszeć na debiucie, było całkowicie naturalnym procesem. Chcieliśmy, żeby płyta brzmiała żywo i ciepło, a przede wszystkim: żeby oddawała emocje, które towarzyszą nam przy wykonywaniu tej muzyki. Staraliśmy się uzyskać taki efekt, by słuchacz podczas odbioru miał wrażenie, że siedzi obok grającego zespołu. Prawdę powiedziawszy nie zastanawiamy się nad tym, jak będzie brzmiała płyta nr 2. Planujemy zachować jakąś część z debiutu, ale nie zamierzamy się również zamykać na nowe pomysły. Chcemy, żeby nasza twórczość jako całość była spójna, więc nie należy spodziewać się radykalnych odbić od nurtu, który na ten moment prezentujemy. Wiesz, chcemy w tym wszystkim pozostać na tyle autentyczni, na ile tylko to możliwe. Chyba jedyne momenty, w których tworzymy się na nowo, to przelotne myśli w naszych głowach. Nieustannie staramy się sprawić, żeby było lepiej, dlatego też pewnie myśli o zmianie wizerunku mogły się przewinąć, ale z pewnością w najbliższej przyszłości się to nie wydarzy. Jeśli by do tego doszło i wpadlibyśmy na jakiś głupi pomysł, to obyśmy zmienili tylko wizerunek, a nie wywracali do góry nogami naszą muzykę. Z takich subtelnych kwestii wizualnych, to niesamowite wrażenie pozostawia sytuacja, gdy na scenie wszystko ma swoją rolę, przeznaczenie i jest spięte klamrą tematyczną. Co jest zauważalne na przykład na koncertach Jacka White’a – wszyscy jego techniczni zawsze są ubrani tak samo, w eleganckie stroje, o kolorach odpowiadających zespołowi, z którym aktualnie występuje. Dzisiaj koncerty zaczynają być w większości widowiskami, w których oprócz muzyki trzeba także nasycić oczy odbiorcy. Już sama chociażby spójność kolorystyczna, czy baner za plecami muzyków podnosi ich rangę, o ile nie wygląda to kiczowato. W przypadku zespołów grających cięższą muzykę jest to chyba rzadsze zjawisko. Nie przywiązuje się znacząco uwagi do tego, co i kto jest na scenie, oprócz ewentualnych banerów, albo idzie się w drugą stronę i tworzy potężne scenografie oraz przywdziewa stroje, jak Behemoth czy Ghost. Możliwe, że brakuje tego złotego środka.

A jak wy się odnajdujecie w sytuacji, w której – jak wspomnieliście na początku – samo granie stanowi zaledwie ułamek bycia w zespole, a pozostałą część czasu zajmuje zdobywanie znajomości i próby dotarcia z tą muzyką do jak największej ilości słuchaczy? I w której pojawiają się przemyślenia, że muzyka sama w sobie to może być za mało, bo przydałoby się podeprzeć ją wizerunkiem/ otoczką PIC_6250[1]wokół zespołu?

Na samym początku było to trochę dołujące dla niektórych z nas. Wiadomo, że każdy od razu chciałby być gwiazdą i wchodzić tylko na gotową scenę. Raczej z chłodną głową podchodzimy do tej kwestii i mamy świadomość, że jeszcze trochę pracy będziemy musieli w zespół włożyć. Staramy się, jak możemy, planować wszystko w higieniczny i efektywny sposób, przez co minimalizujemy ewentualne negatywne odczucia. Właściwie to wizerunek można podzielić na dwie kategorie. Ten sceniczny, oraz taki bardziej PR. Na scenie jesteśmy sobą. Tak, jak wcześniej wspominaliśmy, chcemy być autentyczni. Kilka razy nam to nawet pomogło, ponieważ ludzie, widząc nas wchodzących na scenę, myśleli, że zagra jakaś indie kapela, ale gdy Marcin zaczynał soundcheck, to wychodziło zdziwienie. W kwestii tego naszego PR-u poza sceną, staramy się, żeby publikowane przez nas treści w internecie były zwarte, ciekawe i miały duszę. W większości sami tworzymy grafiki na wydarzenia itp., więc mamy kontrolę nad swoim contentem. Staramy się ciągnąć swego rodzaju żart przy publikowaniu naszych postów, który może w przyszłości stanie się jakimś naszym znaczkiem rozpoznawczym. Dla ciekawych zapraszamy na naszego nieszczęsnego facebooka, na którym owe posty można zaobserwować. Niestety media społecznościowe to teraz obowiązkowa pozycja w kwestii promocji. Jako ludzie jesteśmy raczej sceptycznie nastawieni do social mediów, które, będąc potężną bronią mogącą służyć światu, często są wykorzystywane w celach egoistycznych, bałwochwalczych, itp. Praktycznie za darmo i dosyć szybko można poinformować ludzi o koncercie, zamiast rozwieszać kilkaset plakatów po mieście. To jest oczywiste i sami z tego korzystamy, ale staramy się uważać na to, co publikujemy, żeby miało to ręce i nogi. Można też chyba stwierdzić, że zespoły wprowadzają ambitne zmiany wizerunkowe w momencie, kiedy już nie muszą przejmować się logistyką zespołu, bo mają od tego ludzi, a same jedynie grają na scenie. Wtedy, dzięki większej ilości czasu, można wymyślać i tworzyć nie tylko ambitniejsze rzeczy, ale i zacząć rozwijać się na innych płaszczyznach. Chwała tym, którzy mają pomysł, siłę i pasję, żeby robić to od razu, bo na pewno jest to duży plus, i o wiele więcej osób zapamięta „tych śmiesznych w maskach, co w sumie spoko grali”, niż „tych, co spoko grali”.

W takim razie ostatnie słowo zostawiam wam: zespołowe plany, nadzieje, oczekiwania na przyszłość?

Chcemy grać jak najdłużej i jak najlepiej. Chyba z oczekiwań tyle wystarczy, żeby nikt nas nie nazwał gwiazdkami rocka. Z najbliższych planów to serdecznie zapraszamy na nasz występ na Pol’and’Rocku, w Bielsku-Białej, oraz na Festiwalu Mocnych Brzmień w Świeciu. Czeka nas intensywna jesień, gdyż jesteśmy w trakcie organizowania koncertów w całej Polsce. Zagramy kilka weekenderów, więc większe grono ludzi będzie miało możliwość nas zobaczyć. Postaramy się utrzymać na fali świeżości i będziemy publikować nowe klipy. Dziękujemy bardzo za zaproszenie i do zobaczenia w trasie.

Rozmawiał Adam Gościniak

Zdjęcia: archiwum zespołu/Ceralitle Art