SIREN’S DAWN – Żegnamy się na grubo

Tuż po premierze pierwszej dużej płyty, łódzki Siren’s Dawn udaje się na spoczynek. Panowie nagrali co mieli, wybili się ponad krajową przeciętną i doszli do wniosku, że nie zdarzy się już lepszy moment na zejście ze sceny. O „A New Hope” opowiadał nam Piotr Czembrowski – lider i gitarzysta formacji.

Sporo czasu minęło odkąd pierwszy raz o was usłyszałem, a jeszcze więcej, odkąd przypomniałem sobie, że nadal istnieje. Przerwa jak widać okazała się potrzebna, bo nagraliście najlepszy materiał w karierze. Nie kryjesz zadowolenia. Zapytam więc wprost, ile z tego co słyszymy to rzeczy „nowe”, a ile „odświeżone” na przestrzeni ostatnich pięciu lat?

Cześć, dzięki! Materiał na „A New Hope” powstawał na przestrzeni około 5 lat. Najstarsze riffy z „Middle Children of History” czy „The Dawn” musiałem napisać koło 2011-ego, czyli jeszcze przed nagraniem debiutanckiej ep-ki zaś ostatnie poprawki do solówki w „A New Hope” naniosłem pod koniec 2015-ego, a parę miesięcy później weszliśmy do studia. Ogólnie piosenki na płycie są trochę przez przypadek ułożone chronologicznie. Pierwsza połowa jest raczej starsza od drugiej.

I to te starsze podobają mi się najbardziej. chyba ze względu na sentyment od tej muzyki, choć już na tamtym etapie mocno wypalonej, ale nadal doskonale sprawdzającej się na koncertach. W odniesieniu do naszej sceny zarówno wtedy jak i dziś, twój zespół maluje się jako taki outsider. Jak na złość gracie kompletnie niemodną muzykę (śmiech). Martwi mnie jedynie, że to wciąż metalcore, a tylko trochę melodyjny death metal. Nie kusiło Cię aby zmienić proporcje?

Wiesz, ja dopiero niedawno zacząłem rozumieć, że klasyczny metalcore naprawdę wyszedł z mody. To znaczy wiedziałem, że minęły jego lata świetności ale chyba nie zdawałem sobie sprawy, że uprawianie klasycznej formuły metalcoru spod znaku As I Lay Dying może dla niektórych wręcz trącić myszką. Aczkolwiek nawet gdybym zdał sobie sprawę z tego wcześniej ta płyta brzmiałaby raczej dokładnie tak samo, bo to było dokładnie to co chcieliśmy nagrać. Na dowód moich słów dodam, że wszystkie numery na płycie są nagrane w strojeniu drop D a jeden nawet w E standard („The Dawn”) i jest tak dlatego, że po prostu podoba mi się to radosne, rockowe, wysokie brzmienie gitary. Aczkolwiek zgadzam się, że marketingowo jest to pewnie słaba decyzja. Co do „przebalansowania” naszej muzy na stronę melo-deathu: nope. Jeżeli miałbym robić zwrot w którymś kierunku to raczej w stronę vibe’u numetalowego: więcej groovu, mniej blastów, melodyjniejsze refreny, struktura „piosenkowa”. Ja jestem wychowany na Linkin Park i Kornie, obecnie najwięcej słucham popu i zdecydowanie wolałbym robić piosenki bardziej „hiciarskie” niż bardziej „szatańskie”. To co teraz mówię to pewnie kolejny strzał w stopę (śmiech). Następnym razem wyślę swojego adwokata do udzielenia wywiadu.

Żegnamy się na grubo

Żegnamy się na grubo

Wiesz, nie o to chodzi żeby się usprawiedliwiać. Jona Weinhofen, mózg I Killed the Prom Queen i prominentna postać niegdyś w Bring Me the Horizon powiedział mi, że dziś nie widzi siebie w roli koncertującego muzyka, a metal dawno nie jest w kręgu jego zainteresowań. A mimo to, potrafił napisać calą porządną melodeath metalową płytę. Ja widać, to trzeba „czuć”. Ty – co wnioskuję po tej płycie – zatrzymałeś się kilka lat wstecz i to jest spoko. Bo to w pewnym sensie łechce ludzi, którzy z takimi dźwiękami spędzili spory kawałek swojego życia. Mało jest takich grup rekonstrukcyjnych (śmiech). Najlepsza to chyba Feed Her to the Sharks, ale też marketingowo są w ciemnej… Wróćmy może do jasnej strony tego wszystkiego, ten album zamyka pewien etap w twoim życiu?

„Grupa rekonstrukcyjna”! Muszę zmienić opis zespołu na fejsie. Odpowiadając: zdecydowanie tak to czuję. Dla mnie ta płyta to podsumowanie 5 lat działalności zespołu i owoc niezliczonych nocy spędzonych nad gitarą. Ta płyta to moje (jako songwritera) ostatnie słowo w temacie klasycznego metalcoru. Wszystko tam już powiedziałem, nie wyobrażam sobie, żebym chciał coś kiedykolwiek dodać. I jest to też ostatnie wydawnictwo Siren’s Dawn, które teraz może w spokoju i z godnością zejść ze sceny. Yep, kończymy działalność. Nie będziesz miał tęczowo-radosnego wywiadu, sorewicz. Ale Dillinger Escape Plan też niedawno udzielił swojego „exit interview” więc atmosfera jest dobra na pożegnania (śmiech/chlip).

Jeden z tych pożegnalnych sam przeprowadzałem (śmiech). Ale załóżmy, że tak jest i nagle z tym projektem wchodzisz w nu. Historia zatoczyłaby koło bo każdy kto urodził się po 90 roku zalicza podobna ścieżkę i ostatecznie wraca to dźwięków czasu „za dzieciaka”. Wielu robi to jednak dla fejmu i kasy bo takie mamy trendy. Wolałbyś przyjąć wiadro pomyj za nu metal czy za metalcore? Dla przeciętnego kuca jedno i drugie to porażka.

Dla mnie przeciętny kuc to porażka (śmiech). Wiesz co, idea tego, że ktokolwiek w polskim podziemiu metalowym/core’owym robi coś dla fejmu i kasy jest dla mnie niesamowita. Obawiam się, że przewróciłbym się ze śmiechu gdyby ktoś mi kiedyś to zarzucił. Albo bym mu podziękował. Bo to by znaczyło, że wreszcie zrobiłem coś sensownego z tym moim brzdąkaniem (śmiech). Co do przyjmowania wiadra pomyj: wiesz, mam jednego ziomka, który jest prawdziwym metalowcem. Takim jakim ja nigdy nie byłem i nie będę. Ja po prostu lubię ten agresywniejszy vibe, ale cały czas oczekuję od muzyki chwytliwych melodii i bujających rytmów. A on słucha samych gruzów i brudów i najlepiej żeby jeszcze były źle wyprodukowane. I ja to bardzo szanuję, tacy ludzie utrzymują tę kulturę. I nasze rozmowy sprowadzają się do tego, że on mnie katuje Portalem a ja mu tłumaczę dlaczego Babymetal należy zaklasyfikować do metalu a nie j-popu. I oczywiście ten ziomek uważa mój band oraz cały metalcore za skalanie muzyki gitarowej. I ja nawet szanuję to jego zdanie (śmiech), bo cóż innego miałby mi powiedzieć będąc tak trve jak on. I nawet nie potrafię podejść do tego jakoś emocjonalnie, bo to jest dla mnie po prostu ciekawa obserwacja socjologiczna. Więc ostatecznie: chyba byłoby mi obojętne za co przyjmę wiadro pomyj. Robię muzę dla siebie. Na metalcorze już zjadłem zęby więc teraz chętnie bym się spróbował w nu metalu. Ale to się raczej nie wydarzy w najbliższym czasie.Okładka

Bardziej zastanawiające jest to, że teoretycznie ludzie słuchający bardziej gitarowej muzyki powinni mieć otwarte głowy. Nie mówię o stricte metalowcach, ale często okazuje się, że jest inaczej i towarzyszy im dziwaczna maniera wywyższania się nad innymi (ludźmi, gatunkami itd). Fascynuje mnie to, że ludzie wciąż posługują się szufladkami, stereotypami i patrzą na muzykę przez sobie tylko znany pryzmat.

Zgadzam się z Tobą, że nawet w swoim własnym interesie dobrze jest mieć otwartą głowę, dlatego, że w przeciwnym przypadku można przegapić mnóstwo świetnej muzyki. Wywyższanie się nad innymi na gruncie upodobań muzycznych jest oczywiście zachowaniem irracjonalnym i dość gimbazjalnym. Wynika zapewne z potrzeby poczucia akceptacji, przynależności, własnej wartości niezaspokojonych w innych sferach życia i potrzebuje jedynie jakiegoś podłoża merytorycznego: klubu piłkarskiego, religii, przynależności państwowej czy właśnie preferowanego gatunku muzycznego. Co do szufladek się nie zgodzę, bo te akurat lubię. Porządkują rzeczy. Nie mam najmniejszego problemu, żeby stwierdzić, że Siren’s Dawn gra klasyczny metalcore i nawet nie czuję, żeby ta szufladka mnie jakoś szczególnie ograniczała. Może gdybyśmy grali naprawdę coś z pogranicza różnych gatunków a wciąż wrzucaliby nas do jednej szufladki z bandami, od których się chcemy odróżniać – wtedy może bym się wkurzał. Ale np. widziałem kiedyś wywiad ze śp. Mitchem Luckerem gdzie sugerował, żeby nie szufladkować muzy Suicide Silence jako deathcore tylko szerzej jako heavy metal. To jest dla mnie ewidentna przesada.

I tu ja się zgadzam bo gdyby nie szufladki, to miałbym utrudnioną pracę (śmiech). Faktem jednak jest, że poprzez nazewnictwo często dochodzi do nieporozumień. Wróćmy jednak do płyty. Z czego najbardziej jesteś zadowolony Z solówek? Bo to bodaj najmocniejszy punkt całego wydawnictwa.

Jestem szczególnie zadowolony z kilku aspektów tego albumu. Po pierwsze: jest to 45-minutowy longplay czyli jak na razie najdłuższe, autonomiczne wydawnictwo muzyczne, które skomponowałem. Po drugie: udało się uniknąć „zapychaczy”. W odwodzie były jeszcze dwie piosenki, które drogą eliminacji nie dostały się na album. Po trzecie: faktycznie zmierzyłem się na tym albumie z solówkami i myślę, że wyszło mi nieźle. Jest to dla mnie pewien wyczyn bo zdecydowanie pewniej czuję się w temacie precyzyjnego, wykminionego riffowania niż szalonej improwizacji. Ale chyba najbardziej jestem dumny z finałowej piosenki czyli tytułowego „A New Hope”. Ostatnia minuta tego albumu to najlepsza minuta tego albumu i jeden z najlepszych fragmentów muzyki jakie kiedykolwiek ułożyłem, obok bridge’a i pierwszego refrenu z „Reclamation”, solówki z „Misery” czy finałowego riffu w „Permission to Die”.

Na początku zastanawiał mnie wybór Aurora Studio. Daniel jak dotąd okazyjnie pracował nad aż tak gęstą i agresywną muzyką, choć na metalcorze zjadł zęby. I to chyba był strzał w dziesiątkę, bo wszystko brzmi ta jak powinno.

Daniel nagrał i zmiksował każdą minutę muzyki, jaką wydał ten zespół i byliśmy zawsze zadowoleni z brzmienia. Poza tym lubimy się z Danem i całą jego rodziną, jesteśmy najwierniejszymi klientami Aurora Studio, podobno nieco przyczyniliśmy się do rozkwitu tego biznesu więc wybór był dla nas dość prosty. Ale też nie wiem czy to co mówisz o producenckim doświadczeniu Daniela jest prawdą. Dan nagrał i zmiksował świetny materiał m.in Black Mad Lice, któryLive jest znacznie gęstszą młócką niż to co my gramy.

Mówiłeś, że Sirens Dawn i metalcore to związek, który ma swój koniec. Teraz? Kiedy docierają pozytywne opinie, pojawiły się klipy i jakby „mocniej” widać was w mediach?

Wiem, że brzmi to trochę irracjonalnie, ale spójrz na to z innej perspektywy. W zespole od dawna istniały procesy rozpadu, których nikt w porę nie zatrzymał, bo chyba były nie do zatrzymania. Mogliśmy pewnego dnia po prostu zniknąć, po miesiącach stagnacji po cichu stwierdzić, że to koniec. I to według mnie byłoby naprawdę słabe, pozbawione szacunku dla idei zespołu, w którą każdy z nas włożył dużo pracy i serca. Więc odczytuj to szumne wydanie tej płyty, teledyski, ostatnie koncerty jako nasz finałowy tygrysi skok. Gdy Siren’s Dawn schodzi z posterunku to robi to tak, żeby wszyscy zapamiętali. Dla mnie to też jest bardzo trudna decyzja, przez całe lata ten zespół stanowił jakiś tam sens mojego życia, ale znajduję ukojenie w tym, że żegnamy się na grubo.

Rozmawiał Grzegorz Pindor

Zdjęcia: One Man Foto/Asya Warner