[PERU] – trudno pisać o niczym

To prawdziwie globalna historia. W 2013 roku warszawski dziennikarz pochodzący ze Śląska odkrywa na hiszpańskim blogu muzycznym lubelski zespół grający amerykańską muzykę z lat 90 – tych. [peru] nie jest może najbardziej znanym zespołem w Polsce (o czym świadczy powyższa historia), ale ma coś, co intryguje. Mianowicie, punkowego ducha i takiż przekaz ożenione z typowo noise’owym myśleniem o muzyce. Gdyby Albini wespół z Davidem Yow postanowili zbawić świat, powstałoby zapewne coś bardzo podobnego. Druga płyta zespołu, Ktoś z nich to osiem energetycznych, stylowo napisanych i zaaranżowanych kawałków z ciekawymi, buntowniczymi i inteligentnymi tekstami. Jako, że i jedna i druga natura rzeczy nie jest mi obca, postanowiłem dowiedzieć się czegoś więcej i tym samym zachęcić do poznania tego całkiem oryginalnego zespołu. Poniższe przemyślenia przekazali nam kolektywnie panowie Jorge, Jakub i Andrzej…

HISTORIA Jorge Kowalczyk: Na początku było nas dwóch. Przez kilka lat łupaliśmy rozmaite, noise – rockowo – podobne patenty, intensywnie poszukując basisty i nie mając najwidoczniej odwagi wyjść z tymi dźwiękami we dwóch do ludzi. Może nie tylko o brak odwagi chodziło – odkąd poznaliśmy patenty Albiniego (Rapeman, Shellac) czy The Jesus Lizard, marzyły się nam dźwięki oparte na szkielecie mocnej sekcji. Szukanie basisty szło jak po grudzie do 2005 roku, kiedy z Grzesiem spiknął się niejaki Kobonk. Z rzeczy, które mnie interesowały nie słuchał zupełnie niczego, albo jeszcze mniej, ale przyszło nam do głowy, by spróbować razem. Latem 2005 roku zagraliśmy po raz pierwszy we trzech, tłukliśmy w domu Grzesia w Białobrzegach pod Kockiem. Już wtedy utrwalił się nam jedyny dostępny system pracy: dwu – trzydniowe próby raz na miesiąc; do Kocka miałem przeszło 100km. Wrzucaliśmy do wora praktycznie wszystkie riffy jakie łaziły nam po głowach, graliśmy wielominutowe improwizacje i nagrywaliśmy to wszystko. Potem przez miesiąc odsłuchiwaliśmy te nagrania, wybierając momenty najfajniejszej interakcji. Jakieś tam założenia na początku były, ale szybko ustępowały miejsca patentom szlifowanym trochę intuicyjnie, trochę metodą prób i błędów. Oczywiście, każdy miał swoich faworytów, oczekiwania, ale okazało się, że nie umiemy grać jak żadna z kapel, które się nam podobały, a to co robimy ciekawi nas samych na tyle, że warto pójść w tym kierunku. Przez kilka miesięcy wydłubaliśmy pierwszy materiał, kilka numerów, wtedy jeszcze w dość osadzonych i niespiesznych tempach. Pierwszy koncert zagraliśmy 20 marca 2006 roku w lubelskim Rugby Pizza. Wśród innych składów tego wieczoru był też coverband Full Oldschool, w którym na basie i wokalu udzielał się ofiarnie obecny basista i śpiewak [peru] – Orzeł. Z Grzesiem i Kobonkiem działaliśmy do końca 2007 roku, grając przeszło 25 sztuk i nagrywając nasze pierwsze demo EP – cztery kawałki, które skopiowaliśmy potem na cd-rach, umieszczając w ręcznie robionych tekturowych kopertach. Na początku 2008 – po odejściu Kobonka – dołączył do nas Orzeł, łączący obsługę basu z intensywnym zdzieraniem gardła. Rok później – również z przyczyn osobistych – zostawił nas Grześ. Jeszcze z nim wiosną 2009 nagraliśmy 12 numerów na pierwszą płytę. „Strach” wyszedł w listopadzie 2009 nakładem Teeth To Concrete. Jakiś czas potem bardzo szczęśliwym zrządzeniem losu trafiliśmy na Endrju, zgraliśmy z nim materiał i zaczęliśmy znów koncertować. Niewiele tych koncertów było, tym bardziej, że zabraliśmy się za robienie nowych dźwięków, a przy opisanym wcześniej systemie pracy mieliśmy do wyboru albo granie prób z nowymi dźwiękami, albo koncerty. Późną jesienią 2012 weszliśmy do Warthog Studio w Lublinie, gdzie wraz z Hoodeem nagraliśmy materiał, który w sierpniu 2013 Extinction Records wydało pt. „Ktoś z nich” z kapitalną okładką autorstwa Maćka Misiewicza. W tym czasie dane nam było zagrać przeszło 60 koncertów, zawsze w doborowym towarzystwie, za to jakoś dziwnie żadnego takiego, którego by się nie wspominało mile.Peru

NOISE Jakub Orłowski: Zaraziłem się tym w [peru]. Wcześniej z rzeczy hałaśliwych i połamanych znałem i słuchałem chyba tylko NoMeansNo. W zasadzie do dziś mój wachlarz kapel tego typu dość nieznacznie się powiększył, co absolutnie nie przeszkadza czerpać frajdy z grania takich dźwięków. Andrzej Puchacz: Ja zostałem zarażony właściwie za sprawą Orła, który mnie do [peru] zaprosił, a potem dzięki Jorge, który od początku aż do teraz wszystko sprawnie ogarniał. Wcześniej nigdy nie tylko czegoś takiego nie grałem, ani nawet nie znałem takich bandów. Wyrosłem na bardziej sztampowym hc/punk. Przyjmując propozycję bębnienia w tym składzie zachowałem się trochę nieodpowiedzialnie. Raz, że nie wiedziałem czy zwyczajnie podołam materiałowi, który „odziedziczyłem” po Grzesiu, a ponadto, chcąc nie chcąc, musiałem poznać o co w tym wszystkim chodzi. Na szczęście, nie uciekłem, wręcz przeciwnie. Teraz większość rzeczy podsłuchuję od Jorge i Orła i coraz więcej biorę z tego dla siebie – np. brzmienie i realizację bębnów. Jorge Kowalczyk: U mnie odbywało się to na zasadzie łańcuszka – zaczęło się od klasycznych rzeczy rockowych – Hendrixa, Flojdów, Crimsonów, Doorsów czy Free. Free jest ważne w kontekście późniejszych sympatii dla minimalu w rodzaju Shellac czy The Jesus Lizard. Rush był w pewnym momencie dla mnie także ważny. Nie chodziło o wirtuozerię, raczej o ogólnego ducha. Zresztą, nazwy można by wymieniać lawinowo. W międzyczasie pojawił się nasz rodzimy punk, równolegle Bad Brains, potem zaraz Fugazi, NoMeansNo (koniecznie z Andym Kerrem na gitarze), Shellac, The Jesus Lizard. Nie postrzegałem tego do końca świadomie, jako nurt czy scenę. Raczej wciągałem bandy, które mi pasowały z tego co do mnie docierało. To się wciąż dzieje – mnóstwo rzeczy ominąłem i przegapiłem w tym pierwszym okresie, więc intensywnie nadrabiam, sięgając po starocie po dziś dzień.

INSPIRACJE Jorge Kowalczyk: Oczywiście, Fugazi i wczesny Helmet i cała masa innych. Poza Ewą Braun to znakomicie wspominamy Thing, który potem zaowocował Columbus Ensamble/Columbus Duo i innymi odmianami. Był też For Her Pleasure. Mocno inspirowało mnie swego czasu Kristen, choć to inna bajka, ale nie sądzę by nawet wprawne ucho wyłapało ich w naszych dźwiękach. I wreszcie band absolutnie niesłusznie przegapiony: Electroconvulsive Therapy. Sięgało się po jedną płytę, ktoś podsuwał kolejną. Poza tym człowiek, który tego szuka, uważniej przykłada ucho do ziemi i indiańską metodą wychwytuje to co go rusza. Są i teraz zajebiste kapele, ocierające się o taką niesztampową muzę, by wymienić Mnodę i Schrottersburg. Andrzej Puchacz: Dla mnie zawsze ogromny szacunek leciał w kierunku takich kapel jak Starzy Singers, ale to była troszkę inna bajka. I to jest właśnie cały urok noise i post… Jest bardziej niszowy a przez to chyba w inny sposób „szanowany”. Jakub Orłowski: Nie oszukujmy się, przecież to jest niestrawne, porowate i kwadratowe. Miłośnikom takiej muzy należy się szacunek (śmiech…).Peru2

PUNK Jorge Kowalczyk: Jeśli punk potraktujemy szeroko i otwarcie, to jak najbardziej. A ja go właśnie tak traktuję. Kiedy weźmiesz na warsztat Hammerhead, którego uwielbiam, to przecież słyszymy punka. Tylko krzyczą jakby ich bardziej bolało. Wiesz, ja mam poczucie, że w tym co robimy jest pewnie całe mnóstwo inspiracji, nazwijmy to nieuświadomionych, mimowolnych. Dźwięków, które zostają gdzieś w środku zupełnie nieproszone i potem potrafią wyleźć na wierzch w najmniej odpowiednim i planowanym momencie. Przykład: niektórzy chcą u nas znaleźć Albiniego i jego Shellaca. Uwielbiam go absolutnie, to jeden z najważniejszych bandów dla mnie – ale czy my rzeczywiście zahaczamy o jego rewiry? Nie mam pojęcia.

PRZEKAZ VS MUZYKA Jorge Kowalczyk: To się dzieje całkowicie intuicyjnie. Dźwięki są takie jakie lubimy i jakie nam wychodzą. Teksty z kolei to zjawisko porównywalne z pisaniem automatycznym. Zaczyna się od wersu albo dwóch, potem idzie reszta transmisji na papier czy komputer. Chyba o to chodzi w tzw. zaangażowanych tekstach, żeby powstawały z potrzeby powiedzenia o czymś ważnym – choćby ważnym tylko dla mnie. Poza tym najfajniejsze w robieniu muzyki jest to, żeby ona sama nas zaskakiwała. Największa frajda płynie ze zrobienia czegoś, czego żaden z nas nie spodziewałby się jako całości na początku. Dlatego większość dźwięków nie powstaje w domu, w głowie jednego z nas, ale na próbach, gdzie zderzamy swoje koncepty i próbujemy je turlać dalej. Określenie „zaangażowane” w odniesieniu do tekstów to też bardzo płynna sprawa. Sporo ludzi tradycyjnie uważa za takie jedyniePeru3 manifesty w rodzaju „kawa na ławę”, odezwy, komunikaty. Nie utrzymuję, że muzyka, choćby najbardziej zaangażowana, zmienia świat w sensie globalnym, ale mówienie o rzeczach ważnych, połączone z innymi formami zaangażowania, potrafi zmieniać spojrzenie pojedynczych osób na szereg spraw a to też forma stopniowego zmieniania świata. My ze swymi dźwiękami docieramy raczej do pojedynczych osób niż do tłumów. Jest spora szansa, że jeśli ktoś już zawiesi ucho na naszych dźwiękach, zechce mu się uchwycić też tekst. Gdybym myślał inaczej – nie pisałbym tekstów w ogóle. Nie robię tego dla siebie, to forma zwrócenia uwagi kogoś innego na pewne kwestie. Nie bijemy tymi tekstami po głowie, nie zmuszamy nikogo do przyjęcia naszego poglądu. To ma być kuksaniec w bok. A jak ktoś na niego zareaguje – to jego rzecz. Mówisz komuś „uważaj”, ale nie będziesz za niego uważał, prawda? Andrzej Puchacz: Myślę, że tak naprawdę od dawna wiadomo o co chodzi, tylko większość tej prawdy nie chce znać i nie chce o niej słyszeć. Ja osobiście bym się ucieszył z samego faktu, że coś do kogoś dotarło, a czy to coś zmieni, nie leży już w naszych rękach. Może to być jedynie głosem przeciw albo za. Jeśli mogę w tym procesie uczestniczyć, to dobrze.

Wysłuchał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Agnieszka Kowalczyk/Mike Champagne